To już rok...
Dziś mija rok od odejścia naszego dziecka. To już rok... a pamiętam to wszystko tak jakby dopiero co się wydarzyło. Postanowiłam napisać o tym kilka słów żeby przy okazji samej zrobić sobie "rozrachunek z przeszłością". Pamiętam doskonale tamten dzień. To była niedziela. Mąż pojechał do Warszawy (mieszkamy pod Warszawą) do jedynej apteki, w której było jedno jedyne opakowanie leku podtrzymującego ciążę, który dzień wcześniej przepisał mi lekarz. Ja zostałam sama w domu i byłam naocznym świadkiem utraty mojego dziecka.
Nie chcę rozmyślać kto zawinił, mimo że często nasuwają mi się takie myśli. Czasami analizuję cala sytuację i mysle że mogło być inaczej, że moje maleństwo mogło żyć gdyby nie lekarze, gdyby nie nasz brak świadomości itp. Gdy jednak spojrzę na moje życie po stracie, na różne wydarzenia które potem nastąpiły to widzę że nie mogło się stać inaczej, że jego odejście, choć dla nas bolesne, było potrzebne i wiele dobra wniosło w nasze życie.
Przede wszystkim wiem, że gdyby nie wiara w Boga, nie mogłabym dziś mówić o nim tak spokojnie. To dzięki Bogu przetrwaliśmy ten trudny czas. Dzięki Niemu nie utraciliśmy nadziei, nie było w nas złości na kobiety ciężarne i rodziny z dziećmi, nie było czarnych myśli ani złości na kogokolwiek. Modlitwa, mimo iż wtedy tak trudna, towarzyszyła nam przez cały okres niewiadomego co się dzieje z naszym dzieckiem, przez szok i smutek gdy okazało się, że maleństwo nie żyje, przez pobyt w szpitalu i potem, aż do dziś. Mimo wielkiego smutku i łez, czułam że nie jestem sama, że On w tym tak trudnym dla nas czasie, daje nam swoje pocieszenie. Nie takie pocieszenie, jakie dają bliscy, którzy mówią w najlepszej wierze "wszystko będzie dobrze". On dal mi prawdziwe, trwale pocieszenie, dał mi świadomość, że jest cały czas ze mną i NAPRAWDĘ z Nim nic złego mnie nie spotka, dał nam nadzieję i pokój.
Wiem jednak, że nie do końca dobrze przeżyłam czas po stracie. Mimo tego pokoju ducha i chrześcijańskiej nadziei, jaką Bóg wlał wtedy w nasze serca, nie dałam sobie czasu na zwykle ludzkie wypłakanie się, na spokojne przeżycie swojej żałoby. Za szybko chciałam wrócić do normalności. Trochę dla mojej rodziny, która była wstrząśnięta naszą tragedia i widok mojego cierpienia był dla nich ogromnie przykry; trochę dla znajomych, którzy zawsze widzieli we mnie osobę silną i optymistyczną, do ktorej przychodzi się ze swoimi problemami a która sama tych problemów nie ma. To wszystko sprawiło, że wydawało mi się, iż naprawdę stanęłam na nogi i mogę dalej spokojnie żyć lecz tak naprawdę stłumiłam wszystko w sobie nie dałam sobie szansy na stanięcie przed sobą w prawdzie i przyznanie się samej przed sobą, że straciłam dziecko i jest mi ciężko.
Minęło kilka miesięcy naznaczonych oczekiwaniem na "pozwolenie" starania się o kolejne dziecko wydanym przez ginekologa. Gdy z wielką nadzieja rozpoczęliśmy starania, okazało się że mimo moich oczekiwań a nawet pewności, że jestem w ciąży - było inaczej. I wtedy po raz pierwszy coś we mnie pękło. Wróciły wspomnienia sprzed kilku miesięcy, zaczął się płacz i wielki smutek. Byłam tak pewna, że tym razem się uda, że nie brałam nawet pod uwagę, że może byc inaczej. Uświadomiłam wtedy sobie, że za mało jest we mnie ufności Bogu. Po poronieniu, gdy tak mocno doświadczyłam swojej słabości i osamotnienia, postanowiłam całkowicie zdać się na wolę Bożą, oddać Mu cały nasz smutek bo widziałam zę tylko On może dać nam prawdziwy spokój i szczęście, nawet jeżeli postanowi pozbawić nas radości rodzicielstwa. A tymczasem przyłapałam się na tym, że bardzo chce egoistycznie zrealizować swoje plany nie licząc się z obiecanym Bogu postanowieniem, że będę przyjmować Jego wolę. Poczułam jak bardzo mi ciężko z tym moim układaniem sobie zycia po swojemu, jak bardzo niepewnie się w tym czuje. W każdej chwili moje plany mogą runąć a ja pozostanę w tym wszystkim sama i bezradna. wtedy postanowiłam ponownie zdać się na Niego, bo moje ludzkie rozczarowanie było dla mnie doświadczeniem ogromnej pustyni i niepewności. Poza tym dotarło do mnie, że moja żałoba wróciła do mnie i muszę wreszcie dać sobie czas wreszcie czas na przeżycie jej.
Niebawem nastąpił dziwny odwrót. Tak jak tuz po poronieniu obydwoje mięliśmy bardzo silnie rozbudzoną potrzebę szybkiego zostania ponownie rodzicami, potem zaś nastąpił u mnie czas opłakiwania zarówno straty dziecka jak i tego, że nie mogę zajść ponownie w ciążę, tak teraz nastąpiło cos jeszcze zupełnie innego. Gdy trochę się wypłakałam, postanowiłam swoim zwyczajem szybko stanąć na nogi i żyć dalej nie pokazując nikomu z otoczenia, że jest mi źle. Oczywiście mi się udalo. Potrzeba rodzicielstwa jakby trochę przygasła. Do tego doszło uczucie, które nazwałabym taką "małą stabilizacją": nadal byliśmy otwarci na dziecko, chcieliśmy z jednej strony i czuliśmy się gotowi do zostania ponownie rodzicami (tym razem świadomie bo poprzednia ciąża była dla nas obydwojga wielką niespodzianką) ale z drugiej strony osiągnęliśmy stan takiej emocjonalnej stabilizacji, ktorej nie chciało nam się zmieniać. Byliśmy obydwoje zmęczeni moją huśtawką emocjonalną z ostatniego czasu a także tym niecierpliwym oczekiwaniem na "pozwolenie". Gdy to wszystko jakoś przycichło, zwyczajnie nie chciało nam się przeżywać ponownie żadnych silnych emocjonalnych przeżyć. Chcieliśmy odpocząć.
Cały czas prowadziłam obserwacje cyklu i gdy okres zaczął się spóźniać, zaczęliśmy odczuwać niepokój. A wydawałoby się, że powinniśmy trwać w radosnej nadziei, że wreszcie się udalo... Nie chcieliśmy jednak robić sobie nadziei w obawie, że gdy wynik testu okaże się negatywny, ponownie zachwieje to naszym spokojem, w którym trwaliśmy i w którym było nam dobrze. Niepewność trwała kilka dni. W końcu kupiłam test, aby ostatecznie wyjaśnić sprawę. Postawiłam go na półce i... czekaliśmy. Na co? Tak nam się nie chciało wychodzić z tego stanu emocjonalnego spokoju, tak nie chcieliśmy aby sprawa nas w ogóle dotyczyła. Ani ciąży nie chcieliśmy ani jej braku. Chcieliśmy świętego spokoju...
Ale jednak czas płynął a ciekawość mimo wszystko rosła. W końcu odważyliśmy się. Udaliśmy się obydwoje do łazienki i na wpół żywi ze zdenerwowania wpatrywaliśmy się w okienko testu, w którym... powoli zaczęła pojawiać się różowa kreska... Myślicie, że zaczęliśmy szaleć z radości? Nic z tych rzeczy. Uspokoiliśmy się (przynajmniej pozornie) i wróciliśmy do przerwanych zajęć. Oto nastąpił moment, na który czekaliśmy od kilku miesięcy a my nawet nie potrafiliśmy się nim cieszyć! Dopiero po kilku dniach zaczęliśmy powoli o tym rozmawiać, oswajać się z sytuacją, wyobrażać sobie co dalej.
Niebawem podzieliłam się na forum ową radosną nowiną, z ktorej nie potrafiłam się cieszyć tak, jak mi się wydawało, że będę się cieszyć, gdy wreszcie nastąpi ten moment. Jedna z was napisała mi wtedy, że po poronieniu nic już nie jest takie samo, że każda kolejna ciąża nosi na sobie piętno tej, która zakończyła się śmiercią dziecka.
Nie mogę powiedzieć, że w ogóle nie było w nas radości z powodu pojawienia się dziecka. Była to radość "zachowawcza"; nie chcieliśmy dać się jej ponieść w obawie, że kolejna strata nas złamie. Pojawił się za to ogromny lęk, gdy w 5 tygodniu pojawiły się plamienia. Z calą silą wróciły wspomnienia okoliczności związanych z poprzednim poronieniem i samej tragedii. Gdy niebezpieczeństwo minęło, pojawił się strach związany z 7 tygodniem ciąży - wtedy to straciliśmy naszą pierwszą dzidzię, potem latanie co chwila do łazienki aby sprawdzić czy nie ma krwawienia, płacz "na wszelki wypadek" itp. Jednak w całym tym ludzkim szaleństwie staraliśmy się oddawać Bogu nas samych i nasze dzieciątko prosząc aby uporządkował to wszystko po swojemu, abyśmy nie dali się ponieść naszym nerwom i niepotrzebnym stresom. Z czasem pojawił się spokój. Wiedzieliśmy że Bóg czuwa nad nami i czuliśmy się przy Nim bezpieczni.
Za miesiąc urodzi się nasz synek Cyprian Daniel, dokładnie miesiąc po rocznicy odejścia jego brata (wydaje nam się z mężem że to był chłopiec). Jesteśmy przekonani, że to Benonek wyprosił dla nas łaskę rodzicielstwa i czuwa nad nami przez cały czas. Poronienie sprawiło, że zapragnęłam pomagać rodzicom, którzy również przeżyli tą tragedię i mówić o tym, że poronienie jest tragedią realnej utraty dziecka. piszę obecnie pracę magisterską na temat żałoby po stracie dziecka nienarodzonego na podstawie waszych wypowiedzi na forum. I sama dla siebie bardzo wiele dobra czerpie z tego co piszecie. Przede wszystkim wreszcie "dokańczam" moją rozpoczętą a jeszcze nie do końca przeżytą żałobę. Czytam wasze wypowiedzi i płaczę razem z wami. Potrzebuje tych łez bo czuje jak przywracają mi prawdziwy spokój i zupełne pogodzenie się z odejściem mojego dziecka. To łzy które widzi tylko mój mąż. Nie próbuje mnie pocieszać za co bardzo mu dziękuję. Jego cicha obecność jest największym dobrem, jakie mógłby mi teraz wyświadczyć. Jestem na zwolnieniu, siedzę w domu i mogę spokojnie bez świadków przepracować moją tragedię. Wreszcie "mam na to czas" i świadomość jak bardzo jest mi to potrzebne.
Nie bójcie się swoich łez, swojej potrzeby wyżalenia i wysmucenia. Teraz wiem, że tragedia wróci jeśli nie damy sobie czasu na to, aby się wypaliła w nas. Ja chciałam pokazać wszystkim w około, że jestem twarda i świetnie sobie radzę a w końcu i mnie dopadło. Po dłuższym czasie żałoba jest jeszcze trudniejsza do przeżycia, bo dochodzą jeszcze inne sprawy i problemy, które się pojawiły w związku z naszym nie pozwoleniem sobie na przeżycie jej do końca. Konflikty w rodzinie, pracy, oddalenie od ludzi itp. Macie prawo do żałoby po stracie waszych nienarodzonych dzieci tak jak każdy ma prawo do żałoby po stracie jakiejkolwiek bliskiej osoby. Nie jest ona niczym dziwnym, nawet jeżeli wasi bliscy nie potrafią jej zrozumieć. Może przyjdzie czas, że zrozumieją a może ten ich pozorny brak zrozumienia to po prostu skrywanie bólu który ich również dotknął w związku z wasza stratą, bo nie wiedzą czy mają prawo do łez albo nie chcą pokazać wam swojej słabości?
Dziś idziemy z mężem na Mszę pomodlić się za naszą rodzinę, za nasze dzieciątko, które za miesiąc się urodzi a także za was wszystkich, których dotknęła tragedia poronienia. My z naszej historii wyciągnęliśmy m. in. naukę, że żadna tragedia nie spotyka nas bez powodu, nawet jeśli teraz nie widzimy w niej sensu. Bóg na pewno pozwoli nam dowiedzieć się po co się to wszystko wydarzyło, w tym albo przyszłym życiu. Przede wszystkim zaś pamiętajcie o tym, że nasze utracone dzieci są teraz w Niebie jak naucza nas Kościół. Nie potrzebują juz niczego, jest im tam najlepiej jak tylko może być człowiekowi, mają to wszystko, czego pragnie dusza ludzka nawet nie zdając sobie z tego sprawy. One przebywają teraz najbliżej Boga, radują się tą bliskością, doświadczają Miłości Bożej i wstawiają się u Niego za nami. Nie bójcie się zwracać do nich ze swoimi prośbami. Na pewno przedstawią je Bogu i będą wypraszać wszelkie dobro dla was. A kiedyś się wszyscy spotkamy z nimi. Niech ta nadzieja napełni was pokojem i radością.
9 września to dzień, w którym narodziłby się nasz Benonek. Był to dla mnie bardzo trudny dzien. Nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, nie potrafiłam znaleźć pocieszenia we łzach, które wylewałam. Był to niewątpliwie skutek mojej nieprzebytej żałoby. Dopiero gdy się pomodliliśmy z mężem, na nowo wróciła mi pewność, że wszystko jest w rękach Boga, że wszystko dzieje się tak, jak powinno, że Bóg czuwa. Zastanawiałam się wtedy jak przeżyje rocznice śmierci mojego dziecka, skoro dzień jego niedoszłych narodzin przyniósł mi tyle łez. Dziś jest właśnie ten dzień a ja od rana jestem w pogodnym nastroju. Cyprianek kopie radośnie w moim brzuchu, Benonek uśmiecha się do mnie poprzez cudnie święcące dziś słońce. O godz.15, w godzinie Bożego miłosierdzia, objęłam moją modlitwa was wszystkie, wasze dzieci, mężów i bliskich. Mam ogromny spokój w sercu bo wiem, że wszystko na ziemi ma swój czas i miejsce, nawet niezawinione cierpienia. To Bóg daje mi tą świadomość i pokój, którego sama nie potrafiłabym wzbudzić w moim sercu.
Życzę wam dużo wiary w to, że Bóg jest blisko nawet gdy wydaje się że Go nie ma. On na prawdę jest i pomoże wam dźwigać wasze krzyże jeśli tylko poprosicie Go o pomoc. Łączę się z wami w modlitwach. Ściskam was wszystkie*
Kamila (Madness)Mama Benona i Cypriana