KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Doświadczyliśmy Bożego Miłosierdzia.

Poronienie było dla mnie - jakkolwiek nieprawdopodobnie to zabrzmi - łaską i doświadczeniem Bożego miłosierdzia.

Przez cały czas trwania naszego narzeczeństwa modliliśmy się z mężem- za radą znajomego księdza- o wszelkie potrzebne łaski dla naszego przyszłego małżeństwa. Dziecko miało być jedną z nich. Ponieważ przeszłam kilka lat wcześniej dwie poważne operacje, obawialiśmy się czy zajście w ciążę w ogóle okaże się w moim przypadku możliwe. Tym bardziej gorąco prosiliśmy Pana, aby dal nam potomstwo i aby pojawiło się ono w odpowiednim czasie. Mimo, iż Pan podarował nam je tylko na krótko doświadczając nas przy tym cierpieniem z powodu jego straty, wiem że był to właśnie ten najlepszy czas na jego przyjście, o który tak gorąco prosiliśmy.

Gdy po ślubie okazało się, że jestem w ciąży, czułam jakby wydarzył się cud. Coś, co wydawało się niemożliwe teraz zostało nam dane. Pełni radości dziękowaliśmy Bogu że dokonał cudu i obdarzył nas tym, czego tak mocno pragnęliśmy. Rozpoczął się czas pogłębiania wiedzy, dzielenia się radością z bliskimi i przede wszystkim oswajania się z myślą, że zostaniemy rodzicami. I pewnego dnia pojawiło się krwawienie, wielki niepokój i niepewność co dalej. Pocieszenia znajomych zupełnie nas nie uspokoiły. Na pogotowiu usłyszałam suche i twarde słowa, że to może być poronienie i w tak wczesnej ciąży niewiele można zrobić. Skierowano nas do szpitala, gdzie stwierdziłam, że krwawienie ustało. Lekarz, który mnie badał nie mógł stwierdzić jeszcze ciąży. Zaproponowano mi pozostanie w szpitalu i przyjmowanie leku podtrzymującego ciążę lub powrót do domu i niezwłoczny powrót do szpitala gdyby krwawienie nadal trwało. Był późny wieczór wiec wykupienie leku w najbliższych aptekach okazało się niemożliwe. Zmęczeni wróciliśmy do domu, gdzie okazało się że krwawienie wróciło. Nie zdecydowaliśmy się jednak na powrót do szpitala mieszczącego się daleko od naszej miejscowości. Być może ta nasza decyzja też była wpisana w Boży plan względem naszej ciąży? Pozostała nam tylko modlitwa. Wiec modliliśmy się pełni niepokoju, aby Pan pomógł nam w naszym cierpieniu, aby ocalił nasze dziecko, aby działa się Jego wola. Następnego dnia mąż pojechał szukać apteki, w której mógł by kupić lek przepisany mi przez lekarza. Zostałam sama w domu. Bałam się bardzo ale starałam się kierować moje myśli ku Bogu i modlić się aby mi pomógł. Jakkolwiek, ale żeby był przy mnie. Wtedy właśnie będąc w łazience przekonałam się, że utraciliśmy dziecko. Widok, który wtedy zobaczyłam a który zapewne widziało również wiele z was, gdy doświadczałyście poronienia, był dla mnie wstrząsający. To, co Bóg dał, to małe istnienie, widziałam teraz na własne oczy. Płakałam i bardzo cierpiałam- tak jak wiele z was po stracie dziecka. A jednak teraz, gdy to wspominam, widzę że już wtedy Bóg przyszedł mi z pomocą. Z oczu lały się łzy a jednak w sercu zagościł już pokój. Tak, jakby Jezus wziął mnie w swoje dłonie i przeniósł ponad tą tragedia. Płakałam z powodu utraty kochanej istoty a jej widok rozdzierał mi serce, a jednak czułam, że nie jestem sama, że Bóg nie pozwoli mi popaść w rozpacz, że właśnie tu i teraz przychodzi ze swoim miłosierdziem.

Niebawem przyjechał mąż. Gdy dowiedział się o stracie nie uronił ani jednej łzy a jednak wiem, że bardzo cierpiał. Przytulił mnie mocno i trwaliśmy tak w ciszy powierzając nasze cierpienie Bogu; nie będąc w stanie własnymi słowami układać modlitwy, kierowaliśmy ku Niemu nasze bezładne myśli nie przestając ufać w Jego miłosierdzie i pomoc. Niezwykle jest dla mnie to, że mieliśmy wtedy siłę do modlitwy, że w ogóle przyszło nam do głowy aby się modlić. Przecież powinniśmy opłakiwać naszą stratę, pogrążać się w bólu całymi sobą. Ale Duch Święty działał wtedy w nas jakby bez naszego udziału, działał przez naszą bezsilność. Modlił się w nas bez naszego udziału, poprzez naszą wolę modlitwy. W obliczu naszej straty Boża obecność była tym, czego potrzebowaliśmy najbardziej i odczuwaliśmy ją niemal namacalnie.

Za chwilę pojawiła się rodzina. Krzątali się koło nas, dzwonili na pogotowie, pakowali moje rzeczy do szpitala. Byli wstrząśnięci tym, co się stało i starali się pomóc nam z wszystkich sił; widziałam z jakim trudem starali się dobierać słowa pocieszenia aby nas nie zranić a przynieść otuchę. Ale my nie potrzebowaliśmy tych słów pocieszenia; już byliśmy spokojni. Nie płakaliśmy, siedzieliśmy w milczeniu przytuleni do siebie pośród zamętu, jaki wokół nas panował i spokojnie czekaliśmy na dalszy bieg wydarzeń.

Niebawem znaleźliśmy się w szpitalu, do którego wkrótce przyjechali moi rodzice. Było mi ich bardzo szkoda. Moja mama próbowała byc silna, chciala być dla mnie oparciem; jako matka rozumiała jak mogę się czuć i chciała ulżyć mojemu cierpieniu. A tymczasem to ja musiałam ją pocieszać, to ja musiałam dawać jej nadzieje i udowadniać, że jest mi dobrze, że już zostałam pocieszona. Gdybym wtedy powiedziała, żeby się nie martwili bo Pan jest blisko i przyciska nas mocno do swojego serca, pewnie nawet by tego nie usłyszeli. Czysto po ludzku patrzyli na to, co się stało. Dla nich to była tragedia, której skutki trzeba było jak najszybciej usunąć i zrobić wszystko, aby życie wróciło do normy, aby jak najszybciej wyrzucić z pamięci to przykre wydarzenie. Doskonale jednak rozumiem ich myślenie.

Następnego dnia, po powrocie ze szpitala, postanowiliśmy z mężem udać się do kościoła na mszę świętą a potem na cmentarz, aby pożegnać się z naszym dzieckiem grzebiąc jego ciało w ziemi. Moja rodzina, zatroskana o mnie i przeciwna podejmowaniu jakichkolwiek prób wysiłku fizycznego z mojej strony, dowiedziawszy się, że wyszłam z domu, obrzuciła mnie przez telefon gromami pretensji i oskarżeń o nieodpowiedzialność, niedojrzałość i brak zrozumienia poważnego stanu zdrowia w jakim się znajduje. Nie mogłam się przebić przez ich krzyk, nie miałam żadnej możliwości aby im cokolwiek wytłumaczyć. Nie chciałam zresztą na siłę przekonywać ich o słuszności czynu, który dla nas był oczywisty i konieczny. Bardzo mnie jednak bolało, że nie jestem rozumiana i że spadają na mnie słowa, na które nie zasłużyłam. Jak zwykle oparciem był mąż. On wiedział, że wykonaliśmy naszą powinność wbrew ocenom naszych najbliższych. Wiedział też, podobnie jak ja, że moje wyjście z domu nie było wysiłkiem, który mógłby mi zaszkodzić.

Następnego dnia odwiedziła mnie mama. Martwiła się o mnie, była ciekawa jak się czuje jednak zachowywała się oschle i wyniośle, aby pokazać mi, jak bardzo nieodpowiedzialne jest dla niej to, co wczoraj zrobiłam, moje wyjście z domu. Było mi bardzo przykro, cierpiałam; nie chciałam czuć do niej żalu ale było mi bardzo trudno nie przeżywać słów od niej usłyszanych i spokojnie patrzeć na jej wyniosłą postawę wobec mnie. Jednak z Bożą pomocą przełamałam mój opór i spokojnie wytłumaczyłam to wszystko, co się stało. Że ważniejsze było dla nas wyprawić nasze maleństwo w ostatnią drogę oddając je Bogu w modlitwie i symbolicznym geście spalenia jego ciałka i pochowania w ziemi na cmentarzu niż siedzenie w domu troszcząc się o moje zdrowie które było zresztą w niezłym stanie. Mówiłam długo i prosto z serca głosem załamującym się od tłumionych łez. Tak bardzo chciałam, żeby mnie rozumiała, żeby spojrzała szerzej, żeby nasza strata nie była w jej oczach czymś niepotrzebnym i niesprawiedliwym, co nas przybiło, załamało i trzeba wszelkimi możliwymi środkami zabliźnić tą ranę. Chciałam, żeby tak jak my w tym trudnym czasie zaufała Bogu, żeby miała świadomość, że nie dotknął nas tym cierpieniem bez powodu i że to brzemię nie jest tak ciężkie, gdy pomaga je nieść sam Bóg. Spostrzegłam, że coś w niej pękło. Miała w oczach łzy gdy słuchała moich słów. Może nawet od początku rozumiała dlaczego tak postąpiliśmy ale przeważyła w niej troska o córkę, która jest słaba i musi o siebie dbać. Widziałam jak bardzo żałuje smsa wysłanego wczoraj do mnie z krótkim stwierdzeniem, iż nie wiedziała, że nie dorosłam do roli dojrzalej kobiety. Nie przechodziło jej przez gardło słowo "przepraszam " ale wiem, że przyznawała nam w głębi duszy rację.

W ciągu najbliższych dni pojawiła się u nas również teściowa i inni bliscy. Wszyscy bardzo przejęci, wszyscy cierpiący z powodu naszej straty, wszyscy pocieszali nas słowami "nie martwcie się, jeszcze będziecie mieli dzieci". Słowa te, wypowiadane ze szczerego serca jako pocieszenie dla nas, nie były żadnym pocieszeniem. Słuchając ich zdałam sobie sprawę z kruchości i przemijalności naszego życia, z wątłości naszych postanowień, planów, zamierzeń. Z tego, że dziś jesteśmy- jutro może nas nie być. Dziś mamy dziecko- jutro możemy je stracić. Jak mało możemy byc pewni naszego losu ufając że sami sobie ze wszystkim poradzimy, wierząc w to, że nad wszystkim zapanujemy, ze nic nas nie zaskoczy. Gromadzimy wokół siebie pieniądze, rzeczy, układamy plany awaryjne na wypadek, gdyby coś się popsuło ale są one tak samo nietrwale, jak wszystko na tym świecie. Wystarczy moment, jedno potkniecie aby cala ta materialna konstrukcja legła w gruzach. I wtedy, gdy przychodzi tragedia, taka jak np. poronienie, ktorej nie jesteśmy w stanie uniknąć, a nasze ziemskie zabezpieczenia zawodzą, bo są słabe i nietrwałe- nie mamy żadnego innego pocieszenia, które przyniosłoby ulgę. Gdy opieramy się tylko na ziemskich gwarancjach, nie możemy być nigdy pewni, że nas nie zawiodą. Nie mamy wtedy nic, co mogłoby nas podnieść. Wtedy dotykamy kruchości naszego życia, słabości naszych planów życiowych, naszych zabezpieczeń na wypadek tragedii. wtedy zdajemy sobie sprawę, że w sprawach ducha nic nam nie pomogą a to on jest przeciez motorem naszego życia i działania. Jest tylko jeden ratunek trwały, pewny i niezawodny- Bóg. Jeżeli nie powierzymy Jemu naszego życia, jeżeli nie pozwolimy, aby w nim działał, jeżeli nasze życie oderwiemy od Niego - każda tragedia będzie cierpieniem ponad nasze siły, za które będziemy próbowali kogoś/ coś obwiniać nie widząc w nim sensu. Słowa "jeszcze będziecie mieli dzieci" nie są dla nas żadną gwarancją, że tak rzeczywiście będzie. Wiadomo, że poronienie nie uniemożliwia ponownego szczęśliwego zajścia w ciążę, ale co będzie, jeżeli jednak się to nie uda? Co będzie, jeśli nie będzie nam dane mieć upragnionego potomstwa? Jeżeli będziemy próbować bezskutecznie, wierzyć że się uda a nie uda się? Wtedy przeżyjemy kolejną tragedię bo zaufaliśmy ludzkim obietnicom, że "jeszcze będziecie mieli dzieci". Obietnice te, mimo szczerych intencji tych, którzy je wypowiadają, nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości. Nie możemy przecież zagwarantować nikomu, że będzie szczęśliwym rodzicem, nie mamy nieograniczonego wpływu na naszą płodność, na nasze zdrowie, nie jesteśmy w stanie pewnych przeszkód wyeliminować ani zaplanować sobie, żeby było tak jak chcemy. Nie jesteśmy w stanie zapanować nad wszystkim. Medycyna wprawdzie się rozwija, teoretycznie można by było przy jej pomocy „załatwić” pewne problemy, które stoją na drodze ku szczęśliwemu rodzicielstwu, trzeba jednak zadać sobie pytanie, czy warto to robić za wszelka cenę? czy taki jest Boży plan względem nas? Czy aby Bóg na pewno chce byśmy za wszelką cenę starali się o dzieci uciekając się nawet do nieetycznych metod gdy naturalne zawodzą? Czy koniecznie trzeba urodzić swoje dzieci aby byc szczęśliwymi?

Nasze poronienie uświadomiło nam, że tylko Boga możemy być tak naprawdę pewni i że cierpienie pojmowane w świetle wiary ma ogromny sens i może byc wielkim darem. Mógłby ktoś pomyśleć, że Bóg jest okrutny bo zamiast podarować nam pięknego bobasa, o którego tak prosiliśmy w gorącej modlitwie, dał nam cierpienie. Można by pomyśleć, że Bóg jest złośliwy, że nas oszukał, zabawił się naszym kosztem ale to nie tak. Po pewnym czasie uświadomiliśmy sobie, że poprzez to cierpienie dal nam dużo więcej niż moglibyśmy otrzymać rodząc zdrowe dziecko. Uświadomił nam naszą słabość i Swoją wszechmoc, że tylko Jego możemy być tak naprawdę pewni, gdy wszystko wokół się wali, że tylko On daje pocieszenie, które przenika całą naszą istotę a nie tylko uśnieża na chwilę ból tak jak wszelkie ziemskie środki. Pomógł nam pogodzić się ze śmiercią naszego dziecka i cieszyć się, że jest ono już u Ojca. Nie dopuścił do tego, byśmy utracili nadzieje, byśmy cierpieli patrząc na szczęśliwe rodziny z dziećmi. Umocnił naszą ufność w Jego miłość i opiekę, w słuszność Jego planów względem nas. Łatwiej jest znosić cierpienia mając świadomość, że są one elementem mądrego, Bożego planu, który dla nas przygotował, aby prowadzić nas do siebie. A być blisko Boga to największa radość człowieczego serca.

Po utracie dziecka uświadomiliśmy sobie jak niewiele od nas zalezy na tym świecie, jakie to wszystko jest nietrwale. Z całą ostrością zobaczyliśmy nasze dotychczasowe życie, które płynęło sobie niby z Bogiem a jednak obok Niego. Dotarło do nas, że zostawiliśmy sobie wiele furtek tylko dla naszych spraw i decyzji, do których nie chcieliśmy dopuszczać Pana Boga. Niby słuchaliśmy Go, niby prosiliśmy o to, by był i działał w naszym życiu, a jednak działaliśmy o swojemu nie dostrzegając Jego planów, którymi chciał się z nami podzielić. Poronienie było nam potrzebne po to, byśmy się upokorzyli, byśmy uznali moc Boga i nasza słabość. To nie jest Boża złośliwość ani okrucieństwo, że posłużył się naszym dzieckiem, aby nam to uświadomić. To upokorzenie było nam bardzo potrzebne. Było jak grom z jasnego nieba, który sprawił, że spadły nam łuski z oczu i zobaczyliśmy całą prawdę o tym, co interpretowaliśmy po swojemu na nasz użytek. Wiele spraw i grzechów, których wcześniej nie widzieliśmy, teraz zobaczyliśmy w pełnej okazałości. Byliśmy nadzy przed Bogiem i sobą samymi w obliczu naszych ograniczeń.

Bóg nie zgładził naszego dziecka tylko wziął je do Siebie, czyli zrobił coś nieskończenie najlepszego dla tej małej duszyczki- pozwolił jej przebywać jak najbliżej Siebie. A co do nas, to być może uznał, że nie jesteśmy jeszcze gotowi do roli rodziców i postanowił obdarować nas na krótko potomstwem, aby pokazać, jak wiele mamy jeszcze do roboty w sobie samych zanim tą robotę będziemy wykonywać na rzecz naszego dziecka. Być może już wcześniej na różne sposoby pokazywał nam naszą pychę, której nie chcieliśmy zobaczyć, dlatego postanowił zastosować mocniejszą formę uświadomienia nam naszych grzechów. Zastosował to "żywe narzędzie", które w dobitny sposób uświadomiło nam, jak daleko jesteśmy od tego Boga, o którym tyle mówimy.

Jeżeli powołaniem naszego małżeństwa jest rodzicielstwo, to na pewno otrzymamy dar kolejnego dziecka, choć może niekoniecznie je urodzimy. Musimy jednak zacząć inaczej myśleć o rodzicielstwie. Nie może ono być naszym prywatnym ludzkim pragnieniem, czymś, co jest nam potrzebne do pełnej realizacji jako kobiety i mężczyzny bo nasze zegary biologiczne tykają i mówią nam, ze jest czas na dziecko. Dar rodzicielstwa służy temu, by samemu przybliżać się do Boga, aby dziecku przybliżać Boga, aby całe nasze rodzinne życie było drogą do Boga. A do tego trzeba pokory. Trzeba pamiętać kto jest dawca tego życia, że to życie nie jest naszą własnością, że Jemu należy się nieskończona wdzięczność za dar rodzicielstwa i że przede wszystkim Jego wola musi się w nim realizować gdyż to On jako Stwórca wie co jest najlepsze dla Jego stworzeń. I nie ma to nic wspólnego z panoszeniem się Boga w naszym życiu, wykorzystywaniem przez Niego ludzi dla realizacji swoich celów, w których nikt z nas nie ma nic do gadania. On po prostu WIE co jest dla nas dobre i chce nam to dobro dać. Ale człowiek odrzuca tą Bożą pomoc bo ma swoje plany. Bóg oczywiście pozwala na to, po to stworzył nas wolnymi. Czy jednak zawsze jesteśmy szczęśliwi i w pełni zrealizowani, gdy układamy nasze życie według naszych zamysłów? Nawet gdy pozornie wszystko w nim gra, w sercu pojawia się jakiś brak, którego nie sposób nazwać. A gdy coś nam się sypnie, zostajemy sami, zrozpaczeni i przygnębieni. Bo czym mielibyśmy się pocieszyć, skoro gromadziliśmy wokół siebie ziemskie "pocieszacze" i nagle one przepadły? Podobnie jest z tymi, którzy wielką nadzieję wiążą z dzieckiem i nagle je tracą. Razem z dzieckiem przepadają wszystkie nadzieje i radości i pozostaje pustka, której nic nie może zapełnić. Ten ból może uleczyć tylko Bóg, konieczne jest zaufanie i wdzięczność Jemu. Wdzięczność za dar życia, które nam ofiarował i prośby, aby był z nami cały czas i aby działa się Jego wola, bez względu jaka by nie była.

Trzeba wyciągać wnioski z naszych tragedii. Trzeba wrócić myślami do naszych poronień, które odsunęłyśmy w głąb świadomości, aby nie sprawiały bólu. Byc może były one wydarzeniami zbawiennymi dla nas. Byc może więcej dobrego wniosły do naszego życia niż wniosły by narodziny dziecka. Bóg mowi do nas poprzez wszystko dokoła. Zarówno dając nam upragnione potomstwo, jak i poprzez to potomstwo, które tracimy zanim jeszcze mogłyśmy je poznać. Nic się nie dzieje przypadkowo i to poronienie, które przeżyłaś droga siostro, byc może było Bożym darem dla ciebie, byc może uchroniło cię przed jakimś złem, przed twoją/ waszą niedoskonałością, być może jest to początek waszego nawrócenia. Rozważ to w sercu i spytaj Pana po co cię tym obdarował. Tak, przyjmij to jako dar choć teraz wydaje ci się to absurdalne. Spójrz na cierpienia Chrystusa, które tez mogły wydawać się bezsensowne a przyniosły zbawienie światu. Twoje cierpienie też może okazać się zbawienne dla ciebie i twoich bliskich a także dla twojego dziecka w niebie. Zwróć uwagę również na to, że Chrystus nawet w chwilach największej męki nigdy nie był sam. Bóg stał po Jego prawicy i Go umacniał choć zdawało się, że zostawił samego. Ten sam Bóg jest również obok ciebie w twoim cierpieniu choć może ci się wydawać, że cię opuścił. Bóg nigdy nie opuszcza człowieka. Jest z nim zawsze, nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że znikąd nie mamy pomocy. Byc może tak trzeba, być może musisz teraz cierpieć aż do granic wytrzymałości, aby potem objawiło ci się samo dobro jakie z tego cierpienia płynie.

Miłość Boga mnie zadziwia. Najbardziej to, że chce Mu się pochylać nad takim grzesznym stworzeniem jakim jestem i pomagać mu mimo, iż cały czas się od Niego odsuwa. Taka właśnie jest miłość Boga. Nie opuszcza nas nawet wtedy, gdy chcemy się od Niego uwolnić. Bo Bóg wie, że jesteśmy bardzo słabi i bez Jego pomocy wcześniej czy później popadniemy w otchłań rozpaczy. Jest w tym wszystkim jeszcze jedna niesamowitość- nadal jesteśmy rodzicami. To, że nasze dziecko jest już u Boga, nie zmienia faktu, że nadal jest naszym dzieckiem, o które się modliliśmy i które Pan nam dał. Modliliśmy się o najlepszy czas na jego poczęcie- i poczęło się w najlepszym czasie mimo iż nie było nam go dane poznać. Za to wniosło w nasze życie wiele zmian, które byc może by nie nastąpiły, gdybyśmy nie przeżyli jego utraty. Ze wszech miar był to najlepszy czas na jego ziemskie z nami bytowanie. A po naszym odejściu z tego świata zjednoczymy się wszyscy razem, my z mężem i ono, w chwale Bożej i będzie to pełnia życia. Teraz ono tam "ciąga się za Panem Bogiem aby coś dla nas wysępić", jak usłyszałam od jednego ze znajomych. Byc może wyprasza łaski również dla swojego przyszłego rodzeństwa, jeżeli jednak jego rodzicom nie będzie dane urodzić więcej dzieci, to prosi Boga by byli posłuszni Jego woli i również swoim niespełnionym rodzicielstwem chwalili Go.

Od poronienia minęły dokładnie trzy miesiące. Wydarzenia tamtego czasu głęboko zakorzeniły się w mojej pamięci a jednak nie cierpię wspominając je. Ostatnio usłyszałam od ciężarnej koleżanki, że zapewne niezbyt fajnie muszę się czuć patrząc na jej brzuch, w którym baraszkują 6 miesięczne bliźniaki. Zdarza się też, że ktoś ze znajomych delikatnie pyta jak się czuje. Ludzie starają się mówić o poronieniu tak, aby mnie przypadkiem nie zranić. Doskonale to rozumiem. Jednak wtedy mowie im, że moja rana została wyleczona skutecznie i na trwałe i to bardzo szybko. A blizna po niej jest dla mnie przypomnieniem chwały Bożego zwycięstwa nad moją słabością. I raduję się, że to wszystko się stało, bo dzięki temu wiem, jak bardzo Bóg nas umiłował.

Kilka dni temu byłam u ginekologa. Wyniki badań są w porządku, możemy znów "starać się o dziecko". Gdy powiedziałam o tym mężowi, nagle obleciał mnie strach. Podświadomie chyba jednak obawiam się kolejnego poronienia, które jakby nie patrzył nigdy nie jest wydarzeniem przezywanym bez bólu i emocji. Mąż jednak dodał mi otuchy przypominając o Bożym miłosierdziu, które zawsze jest wylewane na tego, kto go potrzebuje. Przypominają mi się też słowa Jana Pawła II, które powiedział na początku swojego pontyfikatu a które prowadziły go przez całe dalsze życie: "nie lękajcie się!". Przed oczami staje mi również osoba Matki Najświętszej, która nie bała się przyjąć woli Bożej w postaci swego Syna. Jej serce też przeszył miecz boleści gdy patrzyła na Jego cierpienia jednak wytrwała dzięki łasce Bożej. I nam siostry jest dana ta łaska Boża. Bóg przeznaczył nas do macierzyństwa i będzie nas wspomagał. Nie lękajmy się Jego miłości, nie lękajmy się cierpienia, które może nas dotykać, wypłyńmy na głębię naszego powołania i oddajmy Bogu nasze rodzicielstwo i małżeństwo. Niech będzie w nich zawsze obecny i przemienia je dla naszego dobra i na swoja chwale. Alleluja!

Kamila