KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Czerwona pigułka Morfeusza

Film Matrix braci Wachowskich z 1999 roku odniósł tak wielki sukces, że dzisiaj chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć znaczenia słów „Welcome to the real world”. Neo, który słyszy je po wyborze czerwonej „pigułki prawdy” budzi podziw. Jak czulibyście się jednak będąc na jego miejscu? Czy mając wybór na pewno nie sięgnęlibyście po niebieską tabletkę?

Od dwóch tygodni zdanie wypowiedziane przez Morfeusza towarzyszy mi bez przerwy. Świat, w którym żyłam przez 33 lata, rozpadł się na kawałki. Tak jak Matrix, okazał się być sztucznym tworem. Nie był idealny, zdarzały się w nim przykre wydarzenia, nie zawsze byłam szczęśliwa. Sądziłam, że jest rzeczywisty. Podejrzewałam wprawdzie, a może raczej przeczuwałam niejasno, że gdzieś daleko istnieje coś więcej, że prawdziwe życie przebiega w nieco innym wymiarze, trudno dokładnie określić jakim – głębszym, poważniejszym, sensowniejszym? Nie czułam jednak potrzeby ani chęci poszukiwań. Nie jestem Neo. Chciałam po prostu żyć dalej w moim wygodnym, spokojnym i fałszywym świecie, w którym nie ma cierpienia, a jedynie drobne niewygody.

Właśnie dlatego stworzyłam tę iluzję, postawiłam sobie Matrix przed oczami aby zasłonić prawdę. Aby uniknąć cierpienia i śmierci. Nie miały do mnie dostępu. Mogły zdarzać się innym, gdzieś tam daleko, w innym świecie innych ludzi. Nie w moim.

Przyszedł jednak dzień, który zachwiał systemem, odsłaniając kawałek prawdy. Oto nagle wydarzyło się coś, co nie miało prawa zaistnieć, co w żaden sposób nie mogło być częścią mojej szczęśliwej i złudnej egzystencji. Szpital. Zagrożenie ciąży. Nadal jednak trwałam w przekonaniu, że najgorsze się nie stanie. To po prostu niemożliwe. Przecież mam już jedno dziecko i w ciąży nie miałam żadnych, nawet najmniejszych problemów. Przecież skoro już zdecydowałam się na drugie dziecko, to będę je mieć. Przecież jestem jeszcze młoda i zdrowa. Przecież TAKIE RZECZY MNIE SIĘ PRZYTRAFIĆ NIE MOGĄ. To mogło spotkać tę dziewczynę ze szpitala Żeromskiego, której w 7 miesiącu ciąży odeszły wody i po długim leżeniu straciła dziecko. To się zdarza Oldze, która w 14 tygodniu ciąży nagle dowiedziała się, że dziecko nie żyje, a teraz leży bo jej druga ciąża nie przebiega prawidłowo. To się zdarza Marcie, która przez 7 lat małżeństwa nie mogła zajść w ciążę i ma synka adopcyjnego. A teraz nagle wpadła i poroniła. To się zdarzyło tej dziewczynie, która leżała zapłakana w mojej sali, kiedy przyjęto mnie do szpitala na Ujastku – straciła dziecko w 20 tygodniu ciąży. Jak one to zniosły? Jak można żyć po czymś takim? Nawet wtedy, współczując im, nie przyszło mi do głowy, że i ja mogę doświadczyć takiej tragedii. Matrix zasłaniał mi wszystko. MNIE SIĘ NIC TAKIEGO NIE MOGŁO STAĆ.

3 tygodnie walki w mojej głowie i sercu. Na przemian ataki rozpaczy i nadziei. Nieustanne napięcie i stres. Chwile pozornego spokoju i rezygnacji.

I wreszcie 12 września. Dzień, którego nigdy nie zapomnę, bo właśnie wtedy powitano mnie poza Matrixem. Oto prawdziwy świat. Oto cierpienie. Oto śmierć. Właśnie tak to jest, tak wygląda prawda o życiu. Nadal broniłam się jednak przed czerwoną pigułką, wpychaną mi do gardła. Nie chciałam zobaczyć mojego dziecka, które urodziłam w 18 tygodniu ciąży. Nie chciałam wiedzieć jakiej było płci. Nie chciałam go pochować. To było zbyt straszne. Bałam się. Nie jestem przecież Neo. Nie przeżyłabym takiego bólu. Narkoza podana po porodzie była wybawieniem. Znowu mogłam nie żyć, tylko pogrążyć się we śnie, nic nie czuć i nie widzieć. Ten ostatni moment spokoju i niewiedzy był jednak bardzo krótki. „Wake up, Ula” – usłyszałam.

Do Matrixu nie ma powrotu. Po zażyciu czerwonej pigułki – doświadczeniu cierpienia – trzeba swój świat budować od nowa. Nic już nie jest i nie będzie takie jak wcześniej. Już wiem, że mój świat był fałszywym tworem, opartym na negacji cierpienia i śmierci. Już wiem, że rzeczywistość jest ponura i straszna, że życie boli i przeraża. Wiem, że jestem bezsilnym CZŁOWIEKIEM (a nie wszechmocnym Bogiem) i na wiele rzeczy nie mam wpływu. Teraz muszę nauczyć się żyć z tą trudną wiedzą o własnej kruchości i śmiertelności.

W powszechnym mniemaniu cierpienie jest złem, które nie powinno istnieć, widzę jednak, że z całą pewnością ma ogromny sens: otwiera na głębszy wymiar istnienia i uczy pokory. W takim momencie oczywista staje się ludzka słabość i zależność od jakiejś siły wyższej. Z pana wszechświata człowiek w mgnieniu oka przemienia się w błagającą o litość istotę. Cierpienie, oprócz prawdy o mnie i świecie pokazało mi także prawdę o relacjach z innymi ludźmi. Nagle mogłam się przekonać, kto naprawdę jest bliski, kto jest przyjacielem i nie boi się zadzwonić i wysłuchać słów o niewygodnej, strasznej, bolesnej prawdzie, a kto tchórzliwie milczy albo udaje, ze nic się nie stało. To był wielki sprawdzian dla znajomych i rodziny. I miałam szczęście. Okazało się, że mam wielu prawdziwych Przyjaciół.

Tak, jak Neo poznawał od podstaw zasady egzystencji w dziwnym, prawdziwym świecie, tak i ja uczę się poruszać po nowych rejonach rzeczywistości, których istnienia nie podejrzewałam. Nagle trafiłam do społeczności Kobiet Po Stracie Dziecka. Okazuje się, że jest ona niestety niemała... Temat poronień i śmierci dzieci jest w Matrixie starannie pomijany, dlatego nikt nie wie, jak powszechny jest to problem. Kiedy doświadczasz tej tragedii i zaczynasz o niej mówić, nagle okazuje się, że prawie każdy, kto słyszy o tym nieszczęściu, też je przeżył albo zna kogoś, kto przeżył.

Bardzo ważną rolę odgrywa Internet. Wirtualny świat stał się istotnym elementem mojego życia. Niespodziewanie spotkałam w nim wielu ludzi, którzy natychmiast stali się mi bardzo bliscy, bo rozumieją co czuję i swoimi świadectwami potrafią pomóc. To tutaj dowiedziałam się, że październik przezywa się jako miesiąc pamięci dzieci zmarłych a 15-ego świętuje się Dzień Dziecka Utraconego. Odkryłam nowe przestrzenie w sieci. Poznałam grupy wsparcia, zaczęły interesować mnie całkiem nowe kwestie i aspekty życia, myślę o zaangażowaniu się w ruchy sieciowe i pozarządowe. Zaczynam rozumieć, że o cierpieniu trzeba mówić, że należy budzić innych, że z Matrixem i strachem przed prawdą trzeba walczyć. Już wiem, że nie muszę wstydzić się łez. Zupełnie nowego wymiaru nabrało dla mnie przeżywanie czasu: wszystko ma odniesienie do 12 września. To trochę tak, jakbym ja – mama kruszynki, ważącej 250 gramów, też przyszła wtedy z nią ponownie na świat. Poprzez ból i śmierć narodziłam się naprawdę.

Pomimo braku grobu – materialnego miejsca pamięci – już się nie boję. Straciłam wtedy Hanię. Znicze dla niej zapalam pod Krzyżem w centrum naszego cmentarza.

Ale i tak chyba wybrałabym niebieską pigułkę.

U.T.
październik 2008