Świt i zmierzch
W pierwszych dniach czerwca, kiedy na wzgórzach zakwitły dzikie róże, a całe Glen tonęło w kwiatach jabłoni, przybyła do małego domku Maryla w towarzystwie wielkiej walizy, obitej mosiężnymi gwoździami, która od pół wieku spoczywała w ciszy jakiegoś kąta Zielonego Wzgórza.
Zuzanna Baker, która w czasie swego kilkutygodniowego pobytu w małym domku nauczyła się ubóstwiać „młodą panią doktorową”, jak w ślepym zapale nazywała Anię, spoglądała z początku na Marylę zazdrosnym i niechętnym okiem. Kiedy się jednak przekonała, że Maryla nie ma zamiaru mieszać się do jej spraw w kuchni ani przeszkadzać w usługiwaniu Ani, pogodziła się szybko z jej obecnością i opowiadała swym przyjaciółkom, że panna Cuthbert jest miłą, starą damą, która dobrze wie, jakie miejsce jej się należy.
Pewnego wieczoru, kiedy przezroczysta cisza niebios jaśniała w czerwieni zachodzącego słońca, a małe ptaszyny świergotały w złocistych półmrokach swe hymny do gwiazd, wszczął się nagły ruch w małym domku. Wieści wysłane zostały telefonicznie do Glen i wnet potem przyjechał doktor Tomasz z pielęgniarką w białym czepcu. Maryla, chodząc w ogródku między muszlami dookoła gazoników, odmawiała modlitwy, a Zuzanna siedziała w kuchni, z zatkanymi uszami i fartuchem narzuconym na głowę.
Ewa widziała ze swego okna, że w małym domku świeciły się wszystkie lampy, i nie mogła zasnąć całą noc.
Krótka jest noc czerwcowa, zdała się jednak wiecznością dla tych, którzy
czuwali i czekali.
- Czy to się nigdy nie skończy? – zawołała Maryla.
Widziała poważne twarze doktora i pielęgniarki i bała się dalej pytać
przypuszczając, że Ania... ale Maryla nie chciała nic przypuszczać.
- Niech mi pani nie mówi – zawołała gwałtownie Zuzanna w odpowiedzi na
udrękę w oczach Maryli – że mógłby Bóg być tak okrutny, aby zabrać spośród
nas to niewinne jagniątko, które tak bardzo kochamy!
- Zabierał już inne, równie gorąco kochane – odrzekła Maryla ochrypłym
głosem.
Wreszcie o świcie, kiedy wschodzące słońce przedarło zasłonę z mgieł,
wiszącą nad portem, i promieniami swymi nadało jej kolory tęczy, radość
zapanowała w małym domku. Ania była uratowana, a obok niej leżała malutka
istotka z dużymi oczętami swej matki. Gilbert, na którego szarej twarzy
odbiły się wszystkie troski i cierpienia minionej nocy, przyszedł, aby
donieść o tym Maryli i Zuzannie.
- Dzięki niech będą Bogu! – szepnęła Maryla.
Zuzanna wstała i wyjęła watę z uszu.
- No, a teraz do śniadania! – zawołała. – Mam wrażenie, że wszyscy będą
radzi z małej zakąski i zupy. Proszę powiedzieć młodej pani doktorowej, żeby
o nic się nie troszczyła. Ster domu jest w rękach Zuzanny. Może myśleć tylko
o swoim dziecku.
Gilbert smutnie się uśmiechnął odchodząc. Ania z bladą twarzyczką, z oczyma,
w których płonął święty ogień macierzyńskiej miłości, nie potrzebowała, aby
jej przypominano o obowiązkach względem dziecka. O niczym innym nie myślała.
Przez kilka godzin czuła w sobie tyle szczęścia, że pytała, czy jej go nie
zazdroszczą anieli w niebie.
- Moja Joyce – szepnęła, kiedy Maryla przyszła, aby zobaczyć maleństwo. –
Postanowiliśmy tak nazwać dziewczynkę. Tyle było imion, które chcieliśmy jej
nadać i nie mogliśmy się zdecydować na żadne. A potem zgodziliśmy się na
Joyce, w skróceniu Joy – radość. To tak dobrze się nadaje. Ach, Marylo!
Myślałam, że dawniej byłam szczęśliwa. Teraz wiem, że wówczas miałam tylko
piękne sny o szczęściu. Dziś dopiero stało się ono rzeczywistością.
- Nie mów zbyt dużo, Aniu. Musisz poczekać, aż będziesz mocniejsza –
ostrzegała Maryla.
- Wiesz, jak mi trudno przychodzi milczenie – uśmiechnęła się Ania.
W pierwszych chwilach była zbyt osłabiona i zbyt szczęśliwa, żeby zauważyć
wyraz powagi na twarzach Gilberta i pielęgniarki, a niepokoju w oczach
Maryli. Potem tak cicho, zimno, bezlitośnie jak mgły skradające się od morza
przestrach począł wciskać się do jej serca. Dlaczego Gilbert nie okazywał
więcej radości? Dlaczego nie chciał mówić o dziecku? Dlaczego nie chcieli
jej przynieść dzieciny po tej pierwszej godzinie niebiańskiego szczęścia?
Czy... czy stało się coś złego?
- Gilbercie – błagalnie szepnęła Ania – czy dziecko ma się dobrze, powiedz,
powiedz?
Długiej chwili trzeba było, żeby Gilbert się do niej zwrócił. Potem nachylił
się nad Anią i spojrzał jej w oczy. Maryla przerażona, stojąc za drzwiami,
usłyszała bolesny jęk i uciekła do kuchni, gdzie zastała zapłakaną
Zuzannę.
- Biedne jagniątko, biedne jagniątko! Jak ona to zniesie, panno Cuthbert?
Boję się, że to ją zabije. Taka była szczęśliwa i tak czekała na to dziecko,
i tyle robiła planów na jego przyszłość. Czy nic nie można poradzić?
- Niestety, myślę, że nie, Zuzanno. Gilbert mówi, że nie ma żadnej nadziei.
Od pierwszej chwili wiedział, że dziecina nie będzie żyła.
- Taka słodka istotka – szlochała Zuzanna. – Nie widziałam nigdy tak białego
dziecka. Najczęściej są czerwone albo żółte. A oczy to otworzyła, jakby już
miała kilka miesięcy. Takie maleństwo! O biedna młoda pani doktorowa!
O zachodzie słońca mała duszyczka, która zjawiła się o świcie, odeszła
zostawiając za sobą zbolałe serca. Panna Kornelia odebrała malutką, białą
sukieneczkę uszytą przez Ewę. Ewa prosiła o to. Potem zaniesiono ją i
położono obok biednej, złamanej, zalanej łzami matki.
- Bóg dał, Bóg wziął, kochanie – mówiła przez łzy panna Kornelia. –
Błogosławione niech będzie Jego Imię...
Odeszła potem, pozostawiając Anię i Gilberta samych z drogą zmarłą
dzieciną.
Następnego dnia złożono małą, białą Joy w trumience wybitej aksamitem, którą
Ewa ubrała kwiatami jabłoni, i zaniesiono na cmentarz za kościołem, obok
przystani. Panna Kornelia i Maryla poskładały wszystkie ubranka i schowały
je razem z przystrojoną koronkami i frędzelkami kołyską, w której miało
spoczywać drobne ciało i puszysta główka. Nie było przeznaczone małej Joy
spać tam. Znalazła sobie inne, zimniejsze i skromniejsze łóżeczko.
- Bardzo to jest wielki zawód dla mnie – westchnęła panna Kornelia. –
Oczekiwałam tego dziecka i życzyłam sobie bardzo, aby to była dziewczynka.
- Ja mogę tylko podziękować Bogu, że życie Ani zostało uratowane –
powiedziała Maryla, z drżeniem przypominając sobie te ciężkie chwile, kiedy
jej ukochana wychowanka zdawała się już wędrować przez dolinę duchów.
- Biedne, biedne jagniątko, jej serce jest zupełnie złamane! – dodała
Zuzanna.
- A ja zazdroszczę Ani! – zawołała gwałtownie Ewa. – Zazdroszczę jej,
chociaż dziecko umarło! Przez jeden cudowny dzień była matką. Chętnie
oddałabym za to moje życie!
- Ja bym tego nie mówiła, kochanie – zauważyła z prośbą w głosie panna
Kornelia. Bała się, aby taka godna osoba jak Maryla nie nabrała złego
wyobrażenia o Ewie.
Rekonwalescencja Ani była długa i dużo rzeczy sprawiało jej nieznośny ból. Kwitnące drzewa i słońce w Czterech Wiatrach szarpały jej duszę, a gdy ciężko padały krople deszczu, wyobrażała sobie, jak bezlitośnie uderzają w tę mogiłkę za przystanią. W podmuchach wiatru dokoła małego domku zdawała się słyszeć pełne smutku głosy, jakich nie słyszała nigdy przedtem.
Dobrzy ludzie, którzy ją odwiedzali i najszczerszymi słowami pociechy
starali się przysłonić całą okropność poniesionej straty, ranili również jej
serce. List, jaki otrzymała od Izy Blake, był jednym akordem więcej. Iza
słyszała o przyjściu na świat dziecka, nie wiedziała nic natomiast o jego
śmierci i napisała list z gratulacjami, pełen wesela, który Anię strasznie
zabolał.
- Tak bym się cieszyła z tego listu, gdybym miała obok siebie moje dziecko –
z łkaniem mówiła do Maryli – ale teraz wydaje mi się, że to umyślne jakieś
okrucieństwo. Chociaż wiem, że Iza za nic w świecie nie zrobiłaby mi takiej
przykrości. Ach, Marylo, nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę mogła być
szczęśliwa! Wszystko mi będzie sprawiać przykrość, aż do końca mojego życia.
- Czas ci pomoże – odparła Maryla, która rada by wyrazić Ani jak najpiękniej
całą swą miłość, a nie umiała ubrać inaczej swych uczuć jak w stare,
oklepane słowa.
- To nie jest sprawiedliwe! – zawołała buntując się Ania. – Dzieci się rodzą
i żyją tam, gdzie nikt ich nie chce, gdzie się o nie nikt nie troszczy,
gdzie nie mają żadnej przyszłości. Ja bym tak kochała moje maleństwo i tak
dobrze bym się nim opiekowała, i tak starałabym się mu zapewnić dobrą i
szczęśliwą przyszłość, a przecież nie było mi pozwolone zachować go dla
siebie.
- Tak Bóg chciał, Aniu – powiedziała Maryla, bezradna wobec zagadki śmierci.
– Małej Joy teraz jest o wiele lepiej!
- Nie uwierzę w to! – z goryczą zawołała Ania. A zobaczywszy, że Maryla
spojrzała na nią z wyrzutem, dodała zmieszana: - To po co przyszła na świat?
Dlaczego w ogóle rodzą się dzieci, jeżeli ma im być lepiej po śmierci? Nie
wierzę, ażeby dla dziecka było lepiej umrzeć zaraz po urodzeniu, aniżeli
przejść całe życie, kochać, być kochanym, radować się i cierpieć, wykonać
całą swą pracę i rozwinąć cechy, które by mu dały w wieczności jakąś
indywidualność. A skąd możesz wiedzieć, że to była wola boska? Może to było
właśnie pokrzyżowanie planów boskich przez siły zła? Nie można od nas
wymagać, abyśmy się z tym pogodzili.
- Ach, Aniu, nie mów tak – szepnęła Maryla, już doprawdy przerażona, nie
chcąc, by Ania zapuściła się za daleko na niebezpieczne wody. – My nie
możemy wszystkiego zrozumieć, ale musimy mieć wiarę, że wszystko jest jak
najlepiej urządzone. Wiem, że trudno ci w to uwierzyć właśnie teraz, ale
staraj się być dzielną choćby dla dobra Gilberta. On jest taki zmartwiony z
tego powodu. Nie nabierasz sił tak szybko, jak by to powinno być.
- Ach, wiem, że jestem bardzo samolubna – westchnęła Ania. – Kocham Gilberta
więcej niż kiedykolwiek i chcę żyć dla niego. Ale przy tym zdaje mi się, że
cząsteczka mnie samej została pochowana tam, na cmentarzu za przystanią, a
to tak bardzo boli, że boję się życia.
- Nie zawsze cię to będzie tak bolało, Aniu.
- Myśl, że przestanie mnie to kiedykolwiek boleć, jest dla mnie jeszcze
bardziej nie do zniesienia niż wszystko inne, Marylo.
- Tak, wiem. Odczuwałam to samo w stosunku do innych rzeczy. Ale my cię
wszyscy tak kochamy, Aniu. Kapitan bywa tu codziennie i pyta o ciebie. Pani
Moore zachodzi wciąż, a panna Bryant spędza tu większą część dnia, gotując
dla ciebie różne dobre rzeczy. Zuzannie nie bardzo to się podoba. Wyobraża
sobie, że gotuje co najmniej tak dobrze jak panna Bryant.
- Kochana Zuzanna! Ach, wszyscyście byli tacy dobrzy dla mnie. Nie jestem
wcale niewdzięczna. I może, jak ten straszny ból trochę się uciszy, dojdę do
przekonania, że mogę dalej żyć.
Zaginiona Małgorzata
Ania doszła do przekonania, że może dalej żyć; przyszedł nawet dzień, kiedy znowu śmiała się z uwag panny Kornelii. Był jednak w tym śmiechu odcień jakiś, którego nie słyszało się dawniej i który już na zawsze pozostał.
Pierwszego dnia, kiedy mogła wybrać się na wycieczkę, Gilbert zabrał ją do
przylądka i tam ją zostawił, a sam czółnem popłynął w górę kanału, aby
odwiedzić swego pacjenta w wiosce rybackiej. Wesoły wietrzyk igrał wzdłuż
przystani i wydm piaszczystych, tworzył na wodzie białe czapeczki piany, a
na przybrzeżne piaski pędził długie grzebienie fal.
- Dumny jestem, że panią znów widzę, pani Blythe – powiedział kapitan. –
Proszę, niech pani usiądzie. Jestem w strachu, że za dużo tu dziś pyłu, ale
mając taką scenerię przed sobą, nie potrzebuje pani zważać na pył,
nieprawdaż?
- Nie zważam na pył – odrzekła Ania. – Ale Gilbert twierdzi, że muszę jak
najwięcej przebywać na świeżym powietrzu. Myślę, że lepiej będzie, jak zejdę
na dół i usiądę na skale.
- Chciałaby pani mieć towarzystwo czy woli pani być sama?
- Jeżeli pod słowem „towarzystwo” – rozumie pan siebie, to wolę je niż
samotność – uśmiechnęła się Ania. Potem westchnęła. Dotychczas nie zwracała
uwagi na samotność. Teraz obawiała się jej. Przytłaczała ją obecnie
podwójnym ciężarem.
- Jest tu piękne miejsce, gdzie pani wiatr nie dosięgnie – powiedział
kapitan, jak doszli do skały. – Często tu siedzę; to wspaniałe miejsce do
marzeń.
- Ach, marzenia! – zawołała Ania. – Moje marzenia skończyły się.
- Ależ nie, nie, pani Blythe. – To nieprawda – żywo zaprzeczył kapitan. –
Wiem co pani teraz czuje, ale za jakiś czas przyjdzie chwila, że pani znowu
będzie szczęśliwa ,a pierwszą rzeczą będą nowe marzenia. Dzięki Bogu za nie.
Lepiej, aby nas od razu pochowano, aniżeli odebrano możność snucia marzeń.
Jak byśmy mogli znieść życie bez naszych, na przykład, marzeń o
nieśmiertelności? A to jest, proszę pani, marzenie, które bezwarunkowo się
spełni. Przyjdzie dzień, w którym pani znów ujrzy swoją małą Joyce.
- Ale ona nie będzie moim dzieckiem – powiedziała Ania drżącymi ustami. –
Będzie może, jak mówi Longfellow: „piękną dziewczyną o niebiańskim wdzięku”,
ale dla mnie będzie zupełnie obca.
- Bóg to lepiej urządzi, jestem pewien – powiedział kapitan.
Na chwilę oboje umilkli, a potem kapitan odezwał się cichym głosem:
- Pani Blythe, czy mogę pani opowiedzieć historię zaginionej Małgorzaty?
- Oczywiście – odpowiedziała Ania uprzejmie. Nie wiedziała, kim była
„zaginiona Małgorzata”, ale spodziewała się usłyszeć jedną z przygód
kapitana.
- Dawno już chciałem pani o niej opowiedzieć – ciągnął dalej kapitan. – A
wie pani dlaczego? Bo chcę, żeby ktoś o niej pamiętał i myślał, jak ja już
odejdę. Nie mogę pozwolić na to, aby imię jej miało pójść w zapomnienie. A
obecnie nikt, oprócz mnie, nawet nie pomyśli o zaginionej Małgorzacie.
Kapitan chrząknął i zaczął opowiadać starą, bardzo starą, zapomnianą
historię. Już pięćdziesiąt lat minęło od czasu, kiedy Małgorzata usnęła
pewnego dnia w łódce swego ojca i popłynęła – tak przynajmniej
przypuszczano, bo nic pewnego nie udało się ustalić – wzdłuż kanału,
następnie poza wał utworzony przez piaszczystą wydmę – na otwarte morze, aby
zginąć w burzy, która nagle wezbrała całą siłą i rozszalała się w owo letnie
popołudnie. Ale dla kapitana tych pięćdziesiąt lat zdawało się dniem jednym.
- Miesiącami całymi wędrowałem wzdłuż brzegów, zrozpaczony, chcąc odnaleźć
drogie ciało, morze jednak nigdy go nie zwróciło. Lecz ja ją kiedyś odnajdę,
pani Blythe, ja ją odnajdę, ona czeka na mnie. Chciałbym opowiedzieć pani,
jak ona wyglądała, ale nie potrafię. Widziałem pewnego razu cudną,
srebrzystą mgłę zawieszoną nad wałem o wschodzie słońca i wydała mi się
podobna do niej, a potem widziałem białą brzozę w lasku tam daleko i znowu
ona mi przyszła na myśl. Miała drobne paluszki, jak pani, tylko bardziej
opalone, bo to była wiejska dziewczyna. Czasami budzę się w nocy i słyszę,
jak mnie woła morze, i zdaje mi się, że dolatuje mnie głos zaginionej
Małgorzaty. A kiedy nad przystanią rozszaleje się burza i kiedy rozkołysane
wichrem fale zaczną łkać i jęczeć, to dolatuje mnie między tymi głosami
płacz Małgosi. A gdy fale śmieją się w promienne, słoneczne dni, wyobrażam
sobie, że słyszę śmiech jej, słodki, dźwięczny śmiech. Morze mi ją zabrało,
ale kiedyś ją odnajdę. Nic nie zdoła rozłączyć nas na zawsze.
- Jestem rada, że mi pan opowiedział jej historię – odezwała się Ania. –
Często dziwiło mnie, dlaczego pozostał pan samotny.
- Nikt więcej mi się nie podobał, zaginiona Małgorzata zabrała ze sobą moje
serce – powiedział stary marynarz, który przez pięćdziesiąt lat dochował
wiary swej ukochanej. – Pani się nie gniewa na mnie, że tyle o niej mówię?
Dla mnie to wielka rozkosz, bo ból minął, a zostało błogosławieństwo jej
drogiej pamięci. Wiem, że pani jej nigdy nie zapomni, a mam nadzieję, że
lata przyniosą w progi paninego domku inne małe dary. Chciałbym, aby mi pani
przyrzekła, że opowie pani kiedyś swoim dzieciom historię Małgosi. Niech
pamięć o niej nie zaginie między ludźmi.