Umarłych pogrzebać
Nie wiedziałam, że grób jest taki ważny. Myślałam, że skoro dziecko na zawsze zostanie w moich myślach to nie potrzeba nam marmurowego nagrobka. Tylko czemu taka bezdomna się czułam za każdym razem przechodząc przez cmentarz?
Nie wiedziałam, że dotyk jest tak ważny. Przytulanie żywych, to oczywiste, ale zmarłych?
Nie wiedziałam, że rachunki mogą się aż tak mylić. Że trzy równa się pięć. Że będę musiała nieustannie poprawiać krewnych i znajomych w kwestii ilości moich dzieci. Może oni myślą, że nie umiem liczyć?Dziesięć lat. Tyle minęło od pierwszej straty. Maleńkiego, 11mm człowieczka. Córeczki, zdaje się. To jak to, dzieci naprawdę umierają? O pochówku nie pomyślałam. A potem synek też odszedł. Większy, prawie pół kilowy. Ale też nie pochowany, bo w szpitalu kłamali, że jeśli jedzie do badań, to nie możemy go zabrać. Czuliśmy, że to nie tak, ale wydawało się ponad siły zajmować się tym wszystkim. No i skoro jedno dziecko nie ma grobu, to drugie też niech nie ma. Taka sprawiedliwość.
Niespodziewanie czytam na forum link od Wuchowej: jest zalecenie żeby bloczki parafinowe po badaniach histopatologicznych przechowywać minimum dziesięć lat. Dziesięć? Przecież to tuż, tuż. A potem co? Jakoś mi nie przeszkadzała myśl, że moje dziecko leży na półce, ale skoro ma przestać leżeć, to może niech ma własne miejsce.
Mój mąż takie moje pomysły przyjmuje ze spokojem. Piszemy podanie do szpitala. A oni na to, że proszę bardzo. Hurra! Będziemy organizować pogrzeb – opowiadam wszystkim z uśmiechem.
Ale nowa myśl: bo bloczki synkowe też gdzieś tam leżą, 150 km od domu. Może niedużo tam go jest, ale zawsze. Drugie podanie. „Proszę telefonicznie ustalić termin odbioru…” Niedowierzam: to takie proste?
Teraz już z szaloną radością mówię: „Będziemy chować nasze dzieci”. Wariatka, pewnie myślą.
Idę do księdza proboszcza. Nowy, przyjechał przed tygodniem. Nie wie chyba, co ma ze mną zrobić. Ale nie widzi przeszkód.
Po prawdzie nie jest tak całkiem prosto. Żeby przewieźć „zwłoki” córeczkowe potrzebny karawan. Pytam czy jakbym chciała zabrać je do innego laboratorium, to też by był potrzebny? Nie, mogłabym je dostać w kieszeń, ale jak do pochówku to tak. Hmm… Czyżbyśmy mieli zrezygnować, bo nas przerosną koszty?
Dzwonimy do drugiego zakładu: tam możemy jechać osobiście i dostaniemy do ręki, ale nie pamiętają, żeby nam pozwolili. Mam pismo z podpisem profesora. ‘Naprawdę? Profesor nie pamięta. Pani zadzwoni jutro. I kolejne pismo napisze’. Omamy mam czy co? Ale pisze i dzwonię potulnie. W końcu przypomnieli sobie. Możemy jechać.
Trzymam te kawałki synkowe w ręce i czuję jakby jakieś rozsypane kawałki wracały na swoje miejsce. Przypominam sobie jak zmarła moja babcia i ja stałam w deszczu i głaskałam ją po policzku. Już wiem, że każdą bliską osobę chcę dotknąć na pożegnanie…
A teraz jedyny raz mogę poczuć synka. Już nie mogę się doczekać kiedy potrzymam córeczkę. Bo przyjedzie karawanem. Pan grabarz ją przywiezie bez opłaty. I w ogóle skoro nie dostaniemy zasiłku pogrzebowego, to on nie będzie na nas zarabiał. Będzie biała trumienka i krzyż z tabliczką. Wszystko jak trzeba.
Wszystko ustalone, zostały detale. Szukam po całym mieście ładnego ubranka do trumny. Przeszukuję stos dzierganych zimą zabawek, żeby wybrać dwie. Zaglądam do kwiaciarni, wybieram znicze. Żeby tylko ładna pogoda do zdjęć była. To będą jedyne, na których nasza rodzina w komplecie będzie. I może w końcu przestaną mi wmawiać, że mam jednego syna, bo tylko jednego widzą przy mnie?
Może odnajdę swoje miejsce? I nie będę już taka bezdomna. Może będę tęsknić bardziej? Albo mniej? Co dnia będę mogła pójść na cmentarz, zapalić znicze. Pobyć. I nie będę się dłużej zastanawiać jak najmłodszemu opowiadać o dwójce starszego, niebieskiego rodzeństwa.
Nareszcie dzień pogrzebu. Biała, maleńka trumienka, białe kwiaty. Słońce. Idąc obok męża niosącego nasze dzieci znów czuję jak się puste miejsca zapełniają. I nareszcie mamy zdjęcia całej rodziny.
MałgosiaWrzesień 2009