KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Wbrew procedurom

Moja historia związana ze startą dziecka zaczęła się pod koniec kwietnia 2010 roku, a może właściwie, wiele lat temu. Zależy jak na to patrzymy. Trzydzieści jeden lat wcześniej moja mama przedwcześnie urodziła mojego brata. Zmarł, podobnie jak moje dziecko, w maju. Mówię, że wtedy moja historia straty się zaczęła, bo to jak zareagowała moja mama w dużym stopniu zadecydowała o tym jak ja zareagowałam na stratę mojego maleństwa. Moja mama zamknęła się na ten temat, zdusiła ten ból w sobie i przez długie lata nie rozmawiała o tym co się stało. Z trudem udawało jej się czasami wypowiedzieć jedno zdanie na ten temat, a dalej ból chyba nie pozwalał jej mówić. Podobnie tata. Natomiast na grób mojego brata jeździliśmy odkąd pamiętałam. Rodzice dbają o to miejsce już od wielu lat. Kiedyś siostra powiedziała, że znalazła głęboko schowane zdjęcia naszego brata. Pamiętam, że nie obchodziło mnie wtedy czy wyglądał jakoś dziwnie, czy wszystko z nim było ok., bardzo żałowałam, że ja nie mogłam tych zdjęć zobaczyć-bałam się zajrzeć do tej szafki, bo gdyby weszła wtedy mama to czułabym się dziwnie.

Niestety to nie była ostatnia strata dziecka w mojej najbliższej rodzinie. Kiedy moja córeczka miała dwa miesiące, moja siostra straciła maluszka w 9 tygodniu ciąży. Pamiętam jej złość, żal do lekarzy za to jak została potraktowana, za to, że nie powiedzieli co będzie się z nią dalej działo. I pamiętam jej tęsknotę za maleństwem. Dla mnie to też było ciężkie przeżycie, ale nie rozumiałam tego wszystkiego do końca. Podobało mi się to jak moja siostra mówiła o tym dziecku. Właśnie jak o dziecku, człowieku. I podobało mi się to, że właśnie mówiła. Wiedziałam, że kiedy się mówi, jednak zawsze jest lepiej.

Ja straciłam maleństwo na początku maja 2010 r. Niepokojące objawy pojawiły się około tygodnia wcześniej. Brudzenia, później plamienia. Pojechałam do szpitala. Przyjął mnie młody lekarz. Najpierw zaczął mówić, że miała wejść jakaś inna kobieta, po zapisie KTG, ale potem spojrzał na mnie i stwierdził, że ok., mam wejść ja. Zaczął wypytywać co się dzieje, czy coś mogło spowodować krwawienia. Zbadał mnie, zrobił USG. Kiedy usłyszałam, że maleństwo wygląda na 7 a nie 9 tygodni jak podałam, zaczęłam płakać. Lekarz zapytał co się stało. Powiedziałam, że tak samo było u mojej siostry. Lekarz powiedział, że nie musi to oznaczać niczego złego, pokazał mi na monitorze bijące serduszko. A potem powiedział coś, za co byłam i jestem mu wdzięczna, że póki co wygląda na to, że jest ok, może dziecko jest np. młodsze, ale też „Nie mogę Pani obiecać, że będzie dobrze”. Ta szczerość była dla mnie bardzo cenna w tym momencie. W myślach przekalkulowałam i wiedziałam, że nie ma opcji żeby moje dziecko było młodsze. Lekarz zalecił Duphaston i polegiwanie. Zdecydowałam się na leżenie, bo wiedziałam, że mam małe szanse by uratować moje dziecko. Wróciłam do tego szpitala po kilku dniach. Tego dnia obudziłam się z potworną anginą (nie pamiętam takiej od dawna). Okazało się, że moje dzieci (mam jeszcze dwójkę) i mąż mają grypę żołądkową. Wszyscy chorzy, cała rodzina. Myślę, że to tej nocy zmarło maleństwo. Krwawienia nasilały się, więc pojechaliśmy do szpitala. Tam przyjął mnie ponownie ten lekarz. Tym razem wiedziałam, że nie powie mi niczego dobrego, czułam to. No i nie powiedział. Lekarz był bardzo w porządku. Może nie potrafił powiedzieć „Przykro mi”, ale to jedyne czego mi zabrakło. Zapytałam czy mogę tak po prostu wrócić do domu, bo nie jestem gotowa na pożegnanie z tym dzieckiem. Pozwolił mi na to. Zastrzegł jednak, że nie mogę czekać długo.Miałam też dwa inne założenia postępując w ten sposób: chciałam skonsultować się z moim lekarzem (taką możliwość zasugerował również ten lekarz ) a jeśli to potwierdzi, nie wyobrażałam sobie żeby „wydrapywano” mi moje dziecko (bo taki obraz zabiegu miałam w tym momencie w mojej głowie) i już wtedy miałam wizję, że urodzę to dziecko w domu, w spokoju. Trochę się bałam, bo o takich porodach nigdy nie słyszałam, ale czułam że to właśnie chcę zrobić. Szczególnie cenne były dla mnie w całym tym okresie słowa powtarzane przez moje siostry : „ ważne żebyś to Ty decydowała”. Wiedziałam, że szpital jest blisko, wiedziałam, że krwotok zagrażał mi wtedy jeśli byłoby już ukształtowane łożysko (niestety przy dwóch wcześniejszych porodach miałam problemy z łożyskiem).Przekalkulowałam i zdecydowałam, że ma się to stać w domu.

Akurat byli u nas moi rodzice. Ja płakałam, 3-letni synek pytał dlaczego. Więc mówiłam mu, że dzidziuś nie żyje. On mi na to: „ale przecież masz go w brzuszku”. Więc tłumaczyłam mu, że będę musiała urodzić dzidziusia, bo on już nie urośnie. Moja mama była zaszokowana, bo przerażała ją rozmowa z dzieckiem na ten temat. Ona z nami na ten temat nie rozmawiała. Ja chciałam żeby moje dziecko rozumiało co się dzieje w jego domu. Tłumaczyłam jemu i młodszej córeczce, choć ona nie mówiła nawet wtedy zbyt wiele. Mój synek zaskakiwał mnie swoimi pocieszeniami, zupełnie jak dorośli, którzy tego nie rozumieją mówił „Będziesz miała innego dzidziusia”. Dla mnie ten „inny dzidziuś” to był wtedy temat „nie na temat”, zupełnie nie związany z tym dzieckiem, ale była to oczywiście nieudolna próba pocieszenia.

Później poczułam dziwne drętwienie jakby krtani. Wiedziałam co to oznacza, bo tak samo działo się przy pierwszym porodzie. I zaczęłam mówić „Chyba rozwiera mi się szyjka”. Moi rodzice jakoś szybko po tym zebrali się i „uciekli”. Tego dnia widziałam co się dzieje i byłam pewna, że dziecko nie żyje, wcześniej jeszcze liczyłam, że może jakimś cudem lekarz nie zauważył tego bicia serduszka. Prosiłam to dziecko żeby już się urodziło. Byłam pewna, że tak jest lepiej. Pojawiły się bóle podobne do porodowych. W sumie chyba takie same, tylko słabsze, bo dziecko było mniejsze. W końcu czułam, że dziecko zaraz się urodzi. Synek spał, córeczka jakoś się jeszcze kręciła. Poszłam do łazienki i zawołałam męża. Nie chciałam być sama. I tak jak przy narodzinach dwójki naszych dzieci, po raz trzeci byliśmy przy narodzinach razem. Była to potwornie trudna chwila. Jednocześnie pojawiały się sprzeczne emocje. Chciałam żeby dziecko się urodziło i miałam odruch żeby zatrzymać je w sobie. Ryczałam i czułam radość taką jaka zawsze towarzyszy narodzinom. Wcześniej przygotowałam pudełeczko. Urodziłam jajo płodowe, w którym był maluszek. Wcześniej nie potrafiłam sobie wyobrazić że właśnie tak wygląda maluszek na tym etapie rozwoju. Pamiętam, że lekarz mówił mi coś o jaju płodowym. Wszystko było niesamowicie ciepłe.

Zebraliśmy się do szpitala. I wtedy rozpoczął się mój koszmar Na początek zobaczyłam kolejkę. Byłam roztrzęsiona i chciałam żeby ktoś się mną zajął. Rejestrowała jedna pani,a druga siedziała. Więc zapytałam tej drugiej, z boku czy może mi jakoś pomóc, bo właśnie poroniłam (nie lubię tego medycznego określenia, ale inne tam nie ma racji bytu). Usłyszałam, że mam czekać do tej drugiej kobiety. Na szczęście kolejka już się rozeszła. Mówię o co chodzi. I słyszę głupie pytanie: „A skąd pani wie, że pani poroniła?” A potem przyleciała kobieta z wielkim brzuszkiem i mówi, że właśnie zaczyna rodzić, wiec pani z okienka stała się miła i ciepła. A ja sobie myślałam: „Kurcze, ja też właśnie urodziłam dziecko!”Mną też się tak zajmijcie! Ja jeszcze bardziej potrzebuję tego ciepła”. Wyszłam na korytarz, musiałam to przepłakać. Za chwilę uspokoiłam się i wróciłam na ławeczkę w poczekalni.

Zawsze siedząc w poczekalni patrzę jak wygląda lekarz, który wchodzi do gabinetu. Wszedł jakiś inny niż wtedy , też młody. Weszłam, a on wypełnił tą kartę SOR i zaprosił mnie do badania. Ja miałam poczucie, że wszystko co miałam stracić to straciłam, więc nie obawiałam się i zachowywałam się zgodnie z moimi odczuciami. Powiedziałam, że” przepraszam, ale przed chwilą wyszło ze mnie dziecko i nie wyobrażam sobie badania w tym momencie”. Lekarz jakoś taki wesołkowaty, stwierdził, że ok., „skoro nie wyraża Pani zgody na badanie”. Zaprosił mnie na usg. Stwierdziłam, ok., muszę. W badaniu wszystko wyglądało tak jak mogło wyglądać, więc zapytałam czy zabieg łyżeczkowania jest konieczny, bo chciałabym wrócić do domu. Lekarz stwierdził, że nie ma tam dużo pozostałości i możliwe, że oczyści się samo i, że mogę iść do domu a jakby coś się działo to zawsze mogę wrócić. Z przekorą zapytałam „Co się teraz będzie ze mną działo?”, bo tak jak mojej siostry, lekarz mnie o tym nie poinformował. Usłyszałam krótką odpowiedź „Będzie pani krwawiła”. Zapytałam czy coś jeszcze, czy coś ma mnie zaniepokoić. To dziwne, że musiałam zadawać pytania pomocnicze lekarzowi.

Przeszliśmy znów do biurka, bo trzeba było znów powypisywać papiery. Myślałam, że w końcu przyszedł czas na obejrzenie dziecka. Lekarz odkąd weszłam ignorował obecność pudełeczka z ciałkiem na biurku. W końcu stwierdziłam, że chyba coś jest nie tak i powiedziałam, że zależy mi tylko na zbadaniu ciałka dziecka i na tym żeby szpital zgłosił urodzenie dziecka. I usłyszałam, że wtedy to muszę być przyjęta na oddział. Nie chciałam, ale stwierdziłam ok. Zapytałam: „Na ile czasu?”. Pan doktor wyjaśnił mi, że zostanę przyjęta, zrobią mi łyżeczkowanie…”Zapytałam dlaczego mam mieć łyżeczkowanie, skoro przed chwilą doktor stwierdził, że nie jest konieczne. Usłyszałam, że takie są procedury. Zapytałam więc jakie jest uzasadnienie tego zabiegu w moim przypadku. Znów usłyszałam o procedurach. Kiedy pytałam wciąż jakie jest uzasadnienie, usłyszałam, że wszystkie kobiety się godzą na ten zabieg i, że pan doktor pierwszy raz się spotyka z takim przypadkiem, że pacjentka odmawia zabiegu. Polecił mi rozmowę z ordynatorem, po czy sam do niego zadzwonił i nakreślił sytuację. Usłyszał potwierdzenie swoich słów. Czyli nie ma łyżeczkowania-nie ma dokumentów. Lekarz próbował mi jakoś wyjaśnić o co chodzi, wiec stwierdził, że muszą wiedzieć, że moje dziecko to moje dziecko, bo jak pacjentka traci dziecko w szpitalu to wiadomo, a jak nie, to nie ma jak potwierdzić. A potem usłyszałam, że zdarzają się różne historie i „potem przyjdzie kobieta z przedłużającą się miesiączką, da mi w łapę i ja napiszę, że była w ciąży a ona dostanie macierzyński, 8 tygodni” To był taki przykład tego lekarza dlaczego „nie”.Zaczęłam go pytać jak to możliwe, że to dziecko nie jest moje skoro wczoraj byłam w tym samym szpitalu i miałam stwierdzone martwe dziecko w macicy, a teraz w usg doktor sam widział i stwierdził, że „w macicy nic nie ma”.Czy możliwe żebym chodziła i szukała innego dziecka?

Stwierdziłam, że nie wiem co mam zrobić, bo jak powtarzałam jeszcze później w tym szpitalu, łyżeczkowanie to poważny zabieg, a nie zabieg kosmetyczny. Lekarz stwierdził, że mogę wrócić rano jak się zastanowię i wtedy mi zrobią zabieg. Stwierdził, że zabieg będzie zrobiony nawet jeśli niczego by „tam” nie było. W tej sytuacji zapytałam co mam zrobić z ciałkiem dziecka do tego czasu, jak je przechować (bo z postawy lekarza zrozumiałam, że do szpitalnego prosektorium go nie zabiorą). On odpowiedział „może pani to wyrzucić", "może pani zrobić z tym co chce". Ja odpowiedziałam, że „nie chcę Tego wyrzucić , bo TO jest moje dziecko”, on mi na to : „A to już jak Pani uważa”.

Zostałam pozostawiona sama sobie, z ciałem martwego dziecka, bo sprzeciwiłam się instytucji totalnej. Wyszłam z tego gabinetu, wściekła. Powiedziałam mężowi w skrócie, że jeśli chcemy żeby nasze dziecko zaistniało na dokumentach to muszę się poddać barbarzyńskiemu, nieuzasadnionemu zabiegowi. Mąż pocieszał, że sami jakoś pochowamy dziecko. Ja czułam, że tak nie może być. Na drugi dzień siły zaczęły mnie powoli opuszczać. Stwierdziłam, że jak nie zrobię niczego tego dnia, to będzie mi coraz trudniej. Zadzwoniłam do Urzędu Stanu Cywilnego. Pan, który odebrał telefon poinformował mnie, że zgłosić urodzenie może każdy lekarz, który wiedział, że jestem w ciąży, w tej sytuacji najlepiej mój lekarz prowadzący. Więc miałam plan, żeby rozmawiać z moim lekarzem i jednocześnie domagać się zgłoszenia urodzenia przez szpital. Pomyślałam też o lekarzu, który przyjmował mnie dwukrotnie w szpitalu. Znalazłam do niego nr telefonu w Internecie, zadzwoniłam i powiedziałam, że on jest dla mnie bezpośrednim świadkiem tego co się stało. Opowiedziałam jak potraktował mnie ten drugi lekarz. Poprosił o czas na rozmowę z „szefem”.Miałam zadzwonić na drugi dzień. Kiedy zadzwoniłam zapytał „O której może Pani być?”Co dla mnie znów potwierdziło, jak „ludzki” jest ten lekarz. Nie wyznaczył mi godziny, zapytał mnie kiedy mogę. Powiedział, że jeśli stwierdzi po badaniu, ze zabieg nie jest konieczny, wypisze mi wszystkie dokumenty. Wyobrażam sobie jakie rozmowy musiał toczyć z ordynatorem, który dwa dni wcześniej potwierdzał reguły panujące w tym szpitalu. Wiem, że zapewne niełatwo było te reguły złamać. Kiedy przyszłam, zostałam zbadana. Nie było konieczności wykonania zabiegu na ten moment.

Ciałko dziecka miało zostać zabrane do zbadania ( chyba do prosektorium).Panie położne czy pielęgniarki zaczęły wygłaszać swoje komentarze, z tego co zrozumiałam, nie chciały zanieść tam ciałka. Lekarz wyszedł i je obstawił. Zapytałam czy będą problemy. On odpowiedział „To nasze problemy, proszę się nie martwić”.Myślę, że panie te chciały pokazać jak są ważne, bo czekając na lekarza stoczyłam z nimi małą słowną walkę, prosząc o „odrobinę szacunku”, bo wołały mnie po nazwisku przy innych pacjentach a potem jedna do drugiej krzyczała „a ta pani to poroniła, tak?”, tak głośno, że na ławeczce oczekujących każdy znał moją sytuację. Pojawił się też lekarz, który przyjmował mnie w dniu narodzin dziecka. Panie z okienka zaczęły mu tłumaczyć „ta pani nie może dostać dokumentów, musi być przyjęta na oddział i wyłyżeczkowana”. Słyszałam te komentarze siedząc z innymi pacjentami na ławeczce. Więc słyszalność była dobra. Co oznacza zerowe szanowanie praw pacjenta. Pan doktor z pewnym animuszem stwierdził, że zaraz zejdzie drugi lekarz, że ta sprawa była załatwiana „na szczeblu najwyższym”, z panem ordynatorem. Kiedy tak debatowali nad moim „przypadkiem”, nagle padło pytanie czy pan doktor zacznie wypełniać dokumenty. Coś mnie ruszyło. Miałam taką złość do tego lekarza, że gdyby to były moje dokumenty to nie pozwoliłabym chyba ich dotknąć. Podeszłam i zapytałam czy chodzi o moje dokumenty. Usłyszałam, że nie. Wtedy wyjaśniłam, że siedzę i słyszę jak państwo sobie o mnie wciąż rozmawiają i dlatego pytam. A jeśli miałyby to być moje dokumenty to pomogę wypełnić, bo chcę żeby były wypełnione dobrze (miałam na myśli głównie rubrykę „płeć”).

Pan doktor chciał mnie uspokoić, więc wyrzuciłam wszystkie żale do niego. Powiedziałam, że dla niego to było „To”, a dla mnie moje dziecko, na które czekałam, które umarło i, że jestem w żałobie. Zaczął się tłumaczyć, że jego dziecko też o mało nie umarło. Nie rozumiałam jego strategii. Powiedziałam, że dla mnie to zasadnicza różnica „o mało nie umarło” a „umarło”. Wystarczyłoby mi gdyby powiedział „Przepraszam, źle się wyraziłem, miałem zły dzień”.

Potem właśnie pojawił się ten drugi lekarz. Spojrzał na dyskusję i weszliśmy do gabinetu. Lekarz nie mówiąc nic, w czasie badania pobrał ode mnie fragment tkanki do zbadania (czyli „potwierdzenia, że to moje dziecko”). Dostałam wszystkie dokumenty. Doktor zapytał mnie o to jaką płeć wybieram. Spędził naprawdę dużo czasu nad papierami, starannie je wypełnił. A jak wychodziłam, przypomniał sobie, że nie dał mi jeszcze jednego zaświadczenia, które kiedyś składało się w ZUSie ( teraz chyba nawet nie jest konieczne), więc poleciał jeszcze gdzieś żeby mi to przynieść.

Kiedy mi to podawał powiedziałam najbardziej szczere „dziękuję” w swoim życiu.

To co zrobił dla mnie ten lekarz to cos wielkiego.

Wyszłam ze szpitala i naprawdę zaświeciło słońce a ja poczułam się tak jakoś nieśmiało szczęśliwa.

Dziękuję temu lekarzowi także tutaj, chociaż pewnie tego nie przeczyta.

Zachęcam wszystkich rodziców do dyskusji z lekarzami. Oni nie są bogami, choć często tak im się wydaje. Zachęcam do odpowiadania na ich stwierdzenia typu "nie mogę wystawić dokumentów", "będzie Pani miała następne dzieci", "nic się nie stało", albo mówienie o naszym dziecku "to". Można powiedzieć patrząc prosto w oczy (najlepiej) "Dla mnie TO było moje dziecko", "Ja wiem, że szpital ma OBOWIĄZEK wystawić dokumenty", "Może będę miała następne dzieci, ale teraz zajmijmy się TYM, które właśnie straciłam".

Sytuacja, w której tracimy dziecko jest trudna także dla lekarza. Jej okoliczności są bardzo intymne. Wydaje mi się, że w takim momencie bardzo łatwo o niestosowne słowa, o przekraczanie granic. Czasami lekarze się w tym zatracają. Chcą szybko pozbyć się problemu, więc wysyłają na zabieg, ale też mówią do nas tak jakby nic się nie wydarzyło. A przecież się wydarzyło. Po narodzinach mojego dziecka na przykład trwał też normalny połóg, jak po narodzinach wcześniejszych moich dzieci. Przecież to było dziecko i w pewnym wymiarze dla rodziców dziecko „jest” cały czas po śmierci. My wszyscy mieliśmy 10 tygodni i teraz jesteśmy ludźmi. Czy wtedy w brzuchu mamy nie byliśmy? Czy jak kobieta w ciąży jest na wizycie to lekarz robi usg dla zabawy, czy po to żeby chronić życie, żeby patrzeć jak rośnie tam żywa istota? Wtedy ta istota jest tak cenna, niech będzie tak cenna i traktowana z szacunkiem także po śmierci.

Dlaczego dyskutowałam wtedy z personelem szpitala?

Bo to nie pierwszy raz kiedy złamano moje prawa pacjenta. Mój synek został tuż po urodzeniu zarażony bakterią w innym szpitalu. Byliśmy tam 10 dni. Przez ten czas słyszałam, że to moja wina, że to ja zaraziłam dziecko. Kiedy odebrałam dokumentację ze szpitala (nie bez problemów), okazało się , że nie miałam nic wspólnego z zarażeniem mojego dziecka. Utrudniano mi naturalne karmienie, a w czasie porodu łamano po kolei chyba wszystkie moje prawa. Przez cały czas w tym szpitalu byłam traktowana jak ktoś gorszej kategorii, bo byłam pacjentką. Nikt nie zapytał jakie mam wykształcenie. Pytali tylko w kwestionariuszu o zawód wykonywany. Tak jak ci lekarze skończyłam studia i nie tylko, ale czy to mnie czyni od razu lepszą od tych, którzy nie studiowali? Zobaczyłam wtedy tą totalność instytucji szpitala i to, że lekarze wcale nie są po to żeby mi pomóc, że to ja sama muszę pilnować żeby mi pomogli a nie zaszkodzili.

Do tego „wojowania”, jak określa to moja siostra zachęca mnie wciąż taka moja chęć by zrobić dla mojego dziecka wszystko co mogę. Myślę, że wiele się udało i jestem gotowa ponosić kolejne koszty . Myślę wciąż o tym, że nie mogę nic zrobić żeby kolejne dzieci nie odchodziły. ( Kiedy przychodzę na cmentarz na grób mojego dziecka, na początku witam w myślach kolejne aniołki, patrząc na nowe groby). Może więc warto coś zrobić żeby były żegnane tak jak powinny.

Cały czas miałam też w głowie myśl, że ja „nie chcę tak jak moja mama”. Mam wrażenie, że jeśli nie będę mówiła o moim dziecku to tak jakbym zaprzeczała jego istnieniu.

Wszystkim życzę takich lekarzy, jak ten, który okazał mi zrozumienie i zrobił to wbrew procedurom, ale dzięki temu „po ludzku”.

Kasia
październik 2010


P.S. Bracie pilnuj naszych Aniołków ;)