KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Jak się znalazłam w stowarzyszeniu?

Piszę to do wszystkich, którzy chcą, ale nie wiedzą jak, do wszystkich, którzy myślą, że to za trudne, do wszystkich, którzy widzą stowarzyszenie jak wielką, urzędową instytucję, albo jak zamkniętą grupę do której nie sposób wejść.

Kilka dni po poronieniu znalazłam w sobie siły, aby wstać z łóżka. Czułam się dziwna, nierozumiana, miałam poczucie rozdarcia. Otoczenie, rodzina, bliscy mówili, że nic się nie stało, a ja miałam poczucie, że świat mi runął na głowę. To nawet nie było, uderzenie obuchem w głowę, ale silny cios w brzuch, po którym masz świadomość, ale nie możesz złapać oddechu. Pierwsze swoje kroki skierowałam do komputera i tam w wyszukiwarkę wpisałam słowo „poronienie”. Szukałam informacji o tym co się dzieje z moim ciałem i duchem. Pierwsza wyskoczyła nasza strona. Zaczęłam czytać i nagle zrozumiałam, że to wszystko co jest czuję (i w sensie fizycznym i duchowym) jest normalne, bo straciłam dziecko. Moje dziecko zmarło, a ja nic nie mogę na to poradzić. Znalazłam się w świecie kobiet, które przeżyły to samo co ja, które rozumieją i nie każą się pozbierać i uśmiechać. Czytałam i płakałam, czytałam i płakałam, czytałam i płakałam i po jakimś czasie poczułam, że jest mi lepiej. Nie tyle boli mniej, co mam się z kim tym bólem podzielić.

Wtedy poczułam chęć zalogowania się na forum. W tym czasie wysłałam na maila informację, że chciałabym być członkiem stowarzyszenia. Potem wypełniłam deklarację członkowską i wysłałam ją pocztą. Czułam, że bardzo mi na tym zależy bo wybrałam się na pocztę od razu, a z reguły noszę listy tygodniami.

Kompletnie nie wiedziałam, co mogłabym robić w stowarzyszeniu.

Na forum pojawiła się informacja, że piszemy wniosek i każde ręce są ważne. Nie miałam pojęcia jak to robić, myślę, że więcej przeszkadzałam wtedy niż pomagałam, ale dużo się nauczyłam między innymi np. sposobu kontaktowania się. Ciągle jeszcze miałam wrażenie absolutnej nieziemskości i niedostępności dziewczyn ze stowarzyszenia. Ciągle jeszcze mówiłam „Wy”, choć byłam stale poprawiana -„My”.

Powoli mijał czas i dotarło do mnie, że potrzebuję bezpośredniego kontaktu. Doszłam, też do wniosku, że dobrym i prostym sposobem działań byłoby rozniesienie ulotek. Zaledwie 60 km ode mnie mieszkała Madasia i tam miałam odebrać ulotki. Jechałam do niej, za oknami PKS migały pola, a ja się tak strasznie bałam. Jak to będzie, czy będziemy miały o czym rozmawiać, jakie w realu są „te” niezwykłe dziewczyny i tak irracjonalnie, czy rzeczywiście po drugiej stronie komputera ktoś jest? Gdańsk przywitał mnie piękną pogodą, a Madasia niezwykłym ciepłem. Nie było problemów z nawiązaniem kontaktu, właściwie nie mogłyśmy się nagadać. Jej maleńka córeczka zasnęła na moich rękach (a przecież nie radziłam sobie z widokiem niemowląt). Zasiedziałam się o wiele za długo jak na pierwszą wizytę i wyjechałam z ogromnym zapasem sił na dalsze działania.

Codziennie chodząc do pracy mijałam seminarium duchowne i kiedyś zaświtała mi myśl „może spróbować tu”, wcześniejsze kontakty ze środowiskiem kościelnym okazały się porażką i po każdej obiecywałam sobie, że nigdy więcej. Odważyłam się i spotkałam tam niezwykłego człowieka ks. Rektora Grzegorza Puchalskiego. Umówiliśmy się na prelekcje w seminarium. Kiedy wróciłam po niej do domu, mąż stwierdził, że zapomniał już że moje oczy mogą się śmiać.

Potem wydarzyło się jeszcze mnóstwo innych rzeczy: poznałam Małgosię i nie mogłam uwierzyć, że z kimś, kogo nie znasz może Cię tyle łączyć, z Izą zwarłyśmy wojewódzkie szeregi w działaniach, od Moniki uczyłam się krok po kroku działań, od Justyny wyciągałam prześliczne zdjęcia. Mogłabym jeszcze pisać tak długo bo to stowarzyszenie dało mi bardzo wiele i staram się czasem mu za to odpłacić. A co najważniejsze mam poczucie, że mam swój maleńki udział w zmianach jakie zachodzą w społeczeństwie, środowiskach kościelnych itp. w podejściu do poronienia. Pewnie, że nie zawsze jest cukierkowo np. przed konferencją, balonikami, spotkaniami boli mnie brzuch ze stresu i tremy i myślę „po co mi to było”, ale zaraz „po” rosną mi skrzydła u ramion i jak mawia Małgosia „unoszę się nad ziemią” .

Jeśli więc zastanawiasz się czy mogłabyś działać, po prostu podejmij próbę.

Arleta
październik 2010