KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

15 listopada 2006

Za chwilę północ, moja ulubiona godzina pracy. Dom zasypia, obok mnie sączy się muzyka z „Pożegnania z Afryką”, gorąca herbata kusi by oderwać się na chwilę od komputera. Michaś śpi błogo w swojej spacerówce – gdy będę szła spać przeniosę go do naszego łóżka. Wcześniej przełożę Stasia bliżej ściany. A potem będę usiłowała znaleźć między nimi miejsce dla siebie. Zasnę wsłuchana w senne pomrukiwania moich synków. Zasnę tak, jak zasypiam już od dawna: szczęśliwa...

xxx

połowa stycznia 2006

A więc znowu jestem w ciąży.
Czas zatoczył wielkie koło by wrócić do punktu wyjścia, choć przecież nie da się wrócić w to samo miejsce. Fakt bycia w ciąży odkryłam po Świętach – dokładnie tak jak cztery lata temu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam na teście dwie kreseczki. Tym razem nie było testu – byliśmy daleko w górach, gdzie do najbliższej apteki trzeba by chyba pół dnia iść na biegówkach... Zresztą nie musiałam robić testu: mdłości i ogólne rozbicie psychiczne określały mój stan dość jednoznacznie.

Dziwne myśli przyszły mi do głowy: maluszek pojawił się dokładnie w tym samym czasie co nasza pierwsza Kruszynka. Czy odejdzie równie szybko? A może zostanie na zawsze? Tej nocy, gdy już nie miałam wątpliwości co do jego obecności przyszedł sen. Oprowadzałam kogoś po cmentarzu. Przepiękne, bogato rzeźbione nagrobki, jak te z lapidarium we Wschowej. Pełne fantazyjnych liter, aniołów i zamyślonych twarzy zapatrzonych w wieczność. W pewnym momencie pokazałam na trzy stojące obok siebie groby: tu leży moja ukochana córeczka, tutaj mój synek a tutaj maluszek którego poroniłam w trzynastym tygodniu... Obudziłam się pełna smutku. Ciszy i smutku. Czy to tylko odbicie moich lęków, czy znak może z drugiej strony? Czułam taką pustkę w sobie... A potem obudził się mój synek i nie miałam już czasu na myślenie, ale okruch snu pozostał w sercu.

Śmierć moich dzieci zraniła mnie bardzo głęboko, pozostawiając bliznę nie do zapomnienia. Ta śmierć jest we mnie, w każdej chwili jest obok. I każe mi inaczej widzieć świat. Czasem patrzę na porozrzucane po całym domu zabawki, ubranka maluszka i myślę sobie: „jak bardzo by mnie to bolało, gdyby mój synek nagle zmarł?” Ostatnio trafiłam w sklepie do działu z zabawkami: na wieszakach dziesiątki ubranek dla lalek baby-born. A mi przypomniała się historia mamy, która by ubrać do trumny córeczkę urodzoną przedwcześnie musiała kupić dla niej takie ubranka, bo wszelkie inne były o dużo za duże... Widzę niekiedy zniecierpliwioną mamę szarpiącą dziecko „no chodź już, nie marudź, nie mamy czasu!” A może to wasz ostatni dzień razem? Może za chwilę tramwaj, samochód, niewinne przeziębienie, które przeziębieniem się nie okaże lecz jak uszczypnie będzie znak... I już koniec waszego świata, wyrzuty sumienia do końca życia, dlaczego wtedy nie... mogliśmy przecież więcej czasu razem... Na samym początku, gdy ktoś zachwycał się bujną fryzurą mego synka myślałam: „a przy chemioterapii włosy wypadają pierwsze...” Świadomość śmiertelności własnego dziecka jest uczuciem nieprzekazywalnym i chyba dla otocznia nie do pojęcia.

To wszystko siedzi we mnie, schowane bardzo głęboko, na co dzień prawie nie widoczne. Tylko znienacka dopada dziwnymi myślami, które o ile wiem inne mamy po stracie też mają, więc może te myśli wcale nie takie dziwne tylko po prostu normalne. Bo tak naprawdę na co dzień jestem szczęśliwa, myślę o tym co zrobić na obiad, chodzę na spacery i wysyłam zdjęcia do redakcji. Szczęśliwe, spełnione życie, o którym nie bardzo jest co pisać, bo to harlequin przerywany burzami, ale to takie niegroźne burze, po których zawsze wychodzi słońce.

Tymczasem jednak byliśmy w naszym ukochanym „Domu na Łąkach” – bardziej pensjonacie niż gospodarstwie agro naszych przyjaciół, miejscu które od lat jest naszym azylem. Tu przyjeżdżaliśmy gdy byliśmy szczęśliwi, tu uciekliśmy po śmierci naszej córeczki. Teraz przyjechaliśmy, by w końcu świętować nasz pierwszy sylwester z synkiem. Okazało się, że to czwarty sylwester w ciąży...

A jednak wszystko jest inaczej. O ile ciąża z Michasiem to była wojna z mymi demonami, o tyle teraz jest we mnie spokój. Uczę się rozumienia sensu słów: „Bądź wola Twoja”. Wiara daje ogromny komfort psychiczny, bo co ma być - to będzie. Co mi przeznaczone – to mnie nie minie. Mogę tylko żyć najlepiej jak umiem, mądrze i świadomie. Poprzednia ciąża była w pełni „medyczna”. Badania USG na najlepszym sprzęcie, kontrola wszystkiego co tylko możliwe. Tak być musiało, to pomagało mi nabrać wiary że będzie dobrze. A teraz czas na ciążę „zawierzenia”. Test zrobiłam jakoś w 6 tc, bardziej po to by mieć pamiątkę dla maluszka niż z potrzeby uzyskania wiedzy. Nie robię badania na poziom progesteronu – sądząc po mdłościach mam go tyle ile trzeba. Zabawne: przez cały 2005 rok skrupulatnie odliczałam moje okresy, zaznaczałam w kalendarzu czasy krwawienia, panowałam w pełni nad mym ciałem. A potem robiąc porządki przedświąteczne wyrzuciłam kartki z tego kalendarza, w tym także tą ze skrupulatnymi wyliczeniami... Pamiętałam tylko, że robiąc ostatnie notatki pomyślałam, że jak po Świętach nie dostanę okresu to mogę być w ciąży, ale kiedy było to ostatnie krwawienie pojęcia nie mam! Gdzieś tak w połowie grudnia dostałam kataru, ale nie brałam żadnych leków, bo może właśnie teraz... Przecież te wszystkie „cudowne” środki, mocniejsze tabletki na ból głowy i przeziębienie wzięte w czasie owulacji mogą uszkodzić jajeczko, więc jak się planuje bąbelka, lepiej po prostu ich nie brać. Przydała mi się cała ta wiedza, teraz nie mam w sobie lęku że mogłam maluszkowi zaszkodzić.

Zadzwoniłam do dr. Darka Góździa. Mam tak wielkie zaufanie do jego wiedzy i kompetencji, że nie wyobrażam sobie, by ktoś inny mógł prowadzić moją ciążę. Bardzo się ucieszył z dobrych wieści, ale jako że właśnie wyjeżdżał umówiliśmy się na wizytę na początek lutego. Spokój. Ocean spokoju we mnie, bardzo dobrze, maluszek będzie większy to i może coś więcej nam o sobie powie.

A jeśli odejdzie wcześniej? Liczę się z tym, a jednocześnie nie przeszkadza mi to się cieszyć każdą chwilą. Nawet mówię przyjaciołom i bliskim o tym, że jestem w ciąży. Jeśli maluszek się rozmyśli z przychodzenia na ten świat, to niech ci których kocham będą w tym czasie ze mną. Niech wiedzą, że straciłam dziecko, niech przytulą i będą obok. Tak macierzyństwo przechodzi się w Brazylii: po pozytywnym teście ogłasza się go wszystkim, a gdy przydarzy się poronienie, otoczenie współczuje, przytula i traktuje kobietę jak mamę po stracie, bo przecież jest mamą po stracie. Tam życie i śmierć współistnieją ze sobą, nie będąc tabu, nie chowając się za zasłonę milczenia.

Tymczasem jednak maluszek sobie rośnie, mi jest niedobrze („to bardzo dobrze, że niedobrze” – stwierdził dr Góźdź), a życie toczy się dalej. I tak być powinno.

Do czego była potrzebna śmierć moich dzieci? Czy była to jakaś Lekcja? Czy musiałam przez to przejść, by być tą kobietą jaką teraz jestem? By widzieć świat inaczej starać się rozumieć więcej, żyć uważniej? Czy tak być musiało? Czy odnajdę kiedykolwiek sens w tym co się stało? A może po prostu sensu nie ma i odnaleźć nie sposób? A czasem dopiero po latach wszystko w naszym życiu układa się nam w logiczną całość, dramaty z perspektywy czasu odnajdują miejsce konieczne w naszym życiu. Jak w tej opowieści o chłopcu, który złamał nogę. „Co za pech, ale nieszczęście” – mówili ludzie w wiosce. A potem przyszła wojna i wszystkich mężczyzn wzięto do wojska, a tego chłopca pozostawiono w domu. „Co za fart, ale miał szczęście” – mówili ludzie w wiosce. Gdy już wiemy co było „potem” świat wygląda zupełnie inaczej. Kiedyś fotografowaliśmy żydowskie cmentarze. I zawsze gdy widziałam groby tych, którzy zmarli przed 1 września 1939 roku wyobrażałam sobie rozpacz ich bliskich, rabina wygłaszającego mowę pożegnalną i kantora śpiewającego najwznioślejsze pieśni pogrzebowe. I były łzy, i rozpacz, i tragedia i długie rozmowy z Nim, dlaczego właśnie teraz zabrał do siebie, przecież tyle planów na przyszłość... A potem nie było już przyszłości, ani mów rabina, ani pieśni kantora, tylko morze łez nie do ogarnięcia... I może ci, którzy wtedy szli w kondukcie pogrzebowym myśleli: „Ach miał szczęście że tego czasu nie dożył, że odszedł wśród miłości i bliskich”...

Ale czy jest sens w śmierci naszych dzieci? Czy można się z nią pogodzić? Czy Hiob nie tęsknił za tymi, które utracił mimo iż Bóg dał mu nowe dzieci? Czasem w oczach mego synka widzę Małgorzatkę. Byłaby bardzo podobna do niego. Taki sam łobuzerski uśmiech, takie samo spojrzenie... Kocham cię mój mały chłopczyku i kocham też twoją siostrzyczkę. Jestem przecież waszą mamą...

02.02.2006

Dziś było pierwsze USG...
Nawet się nie bałam.
Cały czas zresztą mam wrażenie, że się nie boję, że jest we mnie ogromny spokój i zaufanie. Tylko wciąż jest mi zimno. Wiem, że jest zima, ale to zimno wychodzi z mego środka. Nawet w pokoju gdzie wiem, iż obiektywnie jest ciepło – ja czuję chłód. Chyba jednak gdzieś tam w środeczku bardzo boję się tego co może się jeszcze zdarzyć...

Tym razem jechałam na to USG jak na święto, radosne spotkanie. Nareszcie zobaczę moje maleństwo i dowiem się ile właściwie ma tygodni! I... dowiem się ile tam jest tych dzieci. Bo wciąż tli się we mnie nadzieja, że może się uda mieć bliźniaki... Dr. Góźdź ze skupieniem patrzy w monitor. – Jedno, to dobrze – mówi i widzę, że ta informacja go cieszy naprawdę. Taaak, mnie w sumie chyba też. Wiem przecież ile komplikacji czeka na ciąże bliźniacze, jak często traci się oboje dzieci, może więc to faktycznie i lepiej. Troszkę szkoda marzeń, ale nim wyjdę z gabinetu jestem już pogodzona i szczęśliwa, że z maluszkiem wszystko ok. – Kręgosłup w porządku, cztery łapki, głowa na swoim miejscu, wygląda na to że wszystko jest jak należy. Więcej będzie widać za trzy tygodnie, wtedy zobaczymy kość nosową.

To tego USG będę się bała. Bo wtedy dowiem się, czy może jednak moje dziecko nie ma trisomii. Albo jednego z zespołów genetycznych o dźwięcznych, obcych nazwach, za którymi kryją się dramaty dzieci i ich rodziców. - Czy chce Pani zrobić test PAPPa, amniopunkcję? – pyta dr. Góźdź. Nie chcę. Jeśli coś będzie źle – zobaczymy to na USG. Jeśli będzie dobrze, to po co robić te testy? Amnio niesie w sobie 1% ryzyka poronienia. O 1% za dużo. Zresztą te wszystkie badania wykrywają tylko po kilka najczęstszych chorób genetycznych, ja boję się już nie tylko ich.

Na razie jednak wszystko jest dobrze. Okazuje się że to już... 10-11 tydzień! Szanse na szczęśliwe przetrwanie pierwszego trymestru rosną coraz bardziej. Ulga. I taka spokojna radość. Tylko czuję się taka zmęczona, często leżę w pokoju synka a on szaleje. Nie mam sił by szaleć wraz z nim, ale mam wrażenie, że jemu wystarcza moje bycie obok.

04 luty

To już dwa lata... Jakoś tak minęło, przeszło, dziś wydaje się snem, nie moją historią, nie moją tragedią. Te wszystkie łzy, długie listy, godziny rozmów na forach – jakby to się w innym życiu wydarzyło. „Zobaczysz, jeszcze będziemy bardzo szczęśliwi” – szeptał mój mąż w chwilach najgorszej tragedii. I stało się, choć wtedy nie byłam w stanie w to uwierzyć. Dziś jesteśmy znów szczęśliwi.

Do widzenia córeczko. Kiedyś, gdzieś spotkamy się na pewno. Zawsze będę cię kochać moja maleńka. Opiekuj się teraz swoim braciszkiem...

08 luty

Odbieram pierwsze wyniki badań. W poprzedniej ciąży pierwsze badania zrobiłam koło 6 tygodnia, teraz za chwilę skończę pierwszy trymestr i dopiero teraz patrzę na rzędy cyferek opisujących stan mego ciała. Wszystko ok. Jeszcze tylko rzut oka na papierek z wynikami toxo, różyczki i cytomegalii. Patrzę i zamieram. Cytomegalia – 165,70 AU/ml ... Obok zakres wartości referencyjnych: powyżej 15 wynik jest dodatni. Dodatni – czyli mam w sobie cholernego cytomegalowirusa! Ten straszliwy kwartet: cytomegalia, toxoplazmoza, chlamydia, listerioza... Dzwonię do dr. Góździa – numer zajęty. Boże, jak mogłam być taka głupia i nie zrobić tego badania zaraz na początku ciąży! Dlaczego nie wpadło mi to do głowy, przecież wiem jak ten wirus jest niebezpieczny! Dojeżdżam do domu, dopadam do strony poronienie.pl i wyszukuję danych o cytomegalii. Najgroźniejszy w trzecim trymestrze, jednak do uszkodzeń płodu dochodzi w pierwszym trymestrze. Jak mogłam... Poczucie winy większe niż Everest... W końcu się dodzwaniam. Po drugiej stronie kojący, spokojny głos: - 165 to jakieś dawne zakażenie, miała Pani kontakt z tym wirusem, ale nowe zakażenie to wartości powyżej 300. Na wszelki wypadek przy najbliższym pobraniu krwi może Pani dla uspokojenia zrobić jeszcze Igm.

Kamień z serca. Co za ulga...

15 luty

Na podłodze leżała gazeta. I to zdjęcie. Bezbrzeżnie smutne oczy kobiety, na jej ustach dłoń dziecka. Tak czasem chwyta mnie synek w zabawie. Jej dziecko nie bawiło się, oboje umierali w ośrodku dla głodujących. Główna nagroda tegorocznego World Press Photo. A ja czasem martwię się, czy kaszki jakie kupuję są dobrze zbilansowane dietetycznie, bo przecież jak straszą poradniki „odżywianie w pierwszych trzech latach życia dziecka jest podstawą jego dalszego prawidłowego rozwoju”. Dlaczego Panie Boże ten świat jest tak niesprawiedliwy? Dlaczego tak jest?...

20 luty

Czas dzieli się na „przed” i „po” tym następnym USG. Bo wtedy będzie widać ewentualne wady genetyczne. A jeśli maluszek jest chory? Co wtedy? Jak dalej żyć? Dziewczyny, które przechodziły przez to samo rozumieją mnie w pół słowa. Bo przy pierwszej ciąży nie bierze się takiej ewentualności pod uwagę: jesteśmy młodzi, zdrowi, w rodzinie nigdy nie było... Więc musi być ok. A my już wiemy, że komuś genetycy muszą powiedzieć, że choć to przypadek jeden na tysiąc, na dziesięć tysięcy, na milion – na kogoś to musi trafić. Dlaczego na mnie? A dlaczego nie? Boję się. Niby wszystko na zewnątrz w porządku, ale wciąż mi zimno. I usilnie staram się jednak nie myśleć o tym co mnie może czekać.

23 luty

A więc zaczyna się czas już „po”. – Najpierw zobaczmy małego człowieczka – mówi dr. Góźdź i wizytę zaczyna od USG. Patrzy ze skupieniem po czym mówi: - Wszystko w absolutnym porządku, nie musi się Pani niczego obawiać, o proszę tu widać kość nosową, tutaj fałd karkowy, kręgosłup cały, brzuszek na miejscu, serduszko bije... Patrzę na to małe cudo i czuję wręcz euforię. Maluszek jest ZDROWY!!! Wieczorem obdzwonię wszystkich znajomych by podzielić się tą szczęśliwą nowiną. Mam ochotę tańczyć, śpiewać. Wraca mi taka wola życia, jakbym się odrodziła. Mamy zdrowego bąbelka. Na określenie płci jest jeszcze za wcześnie, ale jest mi to zupełnie obojętne. Może być kim chce – najważniejsze że jest zdrowy!

03 marca

Czasem zaglądam na forum na poronieniu lub na dlaczego. Czytam ze łzami w oczach kolejne historie. Najsmutniejsze w nich to opisy podejścia do straty otoczenia, czasem bliskich, personelu medycznego. Jakby ludzie nie potrafili się choćby trochę wczuć w sytuację rodziców tracących dziecko. I to właśnie ta obojętność, często bezradność maskowana agresją – sprawia najwięcej bólu.

Dziś byłam na zakupach w supermarkecie. Gorąco w środku, więc zdjęłam kurtkę. Chodziłam między półkami zastanawiając się, która z mijających mnie kobiet, na widok mego brzuszka odwraca głowę z żalem. Która patrząc na moją pogodną twarz myśli „co ty wiesz o prawdziwym życiu?”. Bo przecież tego przez co przeszłyśmy nie mamy wypisanego na twarzy... Tymczasem jestem po prostu szczęśliwa. Czas dzielę miedzy dom, synka, pracę i tych kilka minut przed snem dla siebie. O maluszku w brzuszku jakoś nie myślę na co dzień. Choć on jest i jest dla mnie tak ważny. Może to jakaś reakcja obronna organizmu: nie myśleć, nie przyzwyczajać się – jakbym nie była już wystarczająco przyzwyczajona. Nie wiem. Nie roztrząsam tego. Na razie po prostu żyję.

06 marca

Przez dłuższy czas po przebudzeniu wsłuchiwałam się jeszcze w echo dziecięcego śmiechu z mego snu. Strasznie dziwnego i poplątanego.

Stałam na podwyższeniu patrząc na zegar. Obok jakieś inne osoby. Tuż przy mnie mężczyzna, nie widziałam jego twarzy, czułam tylko zapach jego ciała, siłę mięśni. Staliśmy, oczekując na własną śmierć. To było jakby zbiorowe samobójstwo. I nie mogliśmy się doczekać chwili, gdy tarcza sekundnika dojdzie do czerwonej kreski. Bałam się, że ktoś nam przeszkodzi w tym wspólnym odchodzeniu. Widziałam w dali biegnących ludzi, coś wołali, machali dłońmi. Sekundnik miarowo zbliżał się do końca. Obróciłam twarz ku mężczyźnie – w głębi duszy wiedziałam, a teraz poczułam to całą sobą, przecież to był mój ukochany, mój najwspanialszy mężczyzna. W tej sekundzie poczułam, jak bardzo go kocham, całą sobą, do końca... Umarłam... I w tej samej chwili poczułam, że naprawdę żyję, jak nigdy wcześniej. Przepełniona miłością, radością, światłem. Staliśmy na łące pełnej kwiatów i motyli a wokół nas biegały i śmiały się dzieci. Nasze utracone, a teraz odzyskane dzieci...

Leżałam wsłuchana w ten śmiech i miarowy oddech mojego mężczyzny. Spojrzałam na zegarek: 8.11, synek zaraz się obudzi. Po chwili zza ściany doszło mnie poranne marudkanie obudzonego maluszka. Przytuliłam go mocno. – Masz ucałowania od swojego rodzeństwa – wyszeptałam mu na uszko. A potem zaczął się taki zwyczajny, normalny dzień. I tylko wspomnienie tego snu wciąż jest przy mnie...

11.03

Jestem tak najzwyczajniej, bezwstydnie szczęśliwa. Codziennymi dniami, w których za wiele się nie dzieje. O ósmej pobudka: maluszek daje znać, że już się obudził. Przytulam go, przebieram, robię kaszkę, kawę dla męża, potem jemy śniadanie oglądając bajki. Zabawa i odkrywanie że klocki można postawić na sobie – co za fascynująca przygoda, mamo widzisz?! Około dziesiątej czas na drzemkę w wózku. Mam godzinę dla siebie. Na sprzątanie, poczytanie, albo pracę przy zdjęciach – zwykle wygrywa to ostatnie. O dwunastej obiad dla maluszka, potem dla nas, i znowu czas na zabawę, bieganie na czworakach po domu, bo właśnie jesteśmy dinozaurami, albo tygryskami na polowaniu. O drugiej – trzeciej czas na drugie spanie. Otulam synka w wózeczku i już po chwili śnią mu się kolorowe dinozaury, a może zupełnie coś innego? Ja znowu przy komputerze, nim porządnie popracuję słyszę, że ktoś się obudził i bardzo chciałby wyjść z tego wózka. Kolejna zmiana pieluszki, kolejne jabłuszko. Potem do siódmej bawimy się, śpiewamy, turlamy po materacu. Kaszka na dobranoc, kąpiel w czasie której nasza mikroskopijna łazienka przechodzi gigantyczny potop. Jeszcze umycie ząbków (jak się uda), pa, pa, dobranoc tato... Kilka minut się przytulamy, opowiadam bajkę, maluszek jeszcze ostatkiem sił się bawi, mamo, mamo jeszcze mam tyle pomysłów! Tak kochanie, wiem, ale zajmiemy się nimi jutro, dobranoc maluszku, kolorowych snów. Otulam go na noc, włączam ukochaną owieczkę-pozytywkę. Wracam do komputera. Właściwie ten dzień się już skończył. Jeszcze do jedenastej, czasem północy będę pracować, a czasem po prostu posiedzę, obejrzę film, poczytam... Jestem, żyję. Gdy położę się spać w tej właśnie chwili synek przypomni sobie, że koniecznie musi się napić, więc wstaję, daję mu butelkę, kilka łyków, uf mamo jestem taki śpiący, przytul mnie... Zasypiam, a przed oczami mam wciąż obraz maleństwa śpiącego w pokoju obok.

Jestem szczęśliwa. Nieprzyzwoicie, bezgranicznie, totalnie szczęśliwa. Ze świadomością kruchości tego szczęścia. Własnej śmiertelności, możliwych tragedii, ulotności wszystkiego co kocham. Ale dziś, teraz czuję jakbym w żyłach miała szampana, radosne bąbelki buzują, mam ochotę śpiewać, śmiać się. W brzuszku drugi maluszek powoli rozpycha się coraz bardziej. Ta radość życia – wiem to z całą pewnością – to także jego zasługa. Czuję się kobietą spełnioną: rodzinnie, zawodowo, duchowo, na każdy możliwy sposób czuję w mym życiu pełnię. Jakby po czasie bezgranicznej rozpaczy nadszedł czas absolutnego szczęścia.

Moje tamte dzieci są w mym serduszku. To dzięki nim jestem kim jestem, i dzięki ich krótkiej w mym życiu obecności mogę odkrywać w sobie radość życia dniem codziennym. Takim zwykłym, z boku widzianym nawet nudnym, dla mnie przez tyle czasu będącego nieosiągalnym marzeniem, które wreszcie mi się spełniło. Dziękuję wam moje Maluszki za to, że byłyście. Bez was mój świat byłby z pewnością bardziej pusty waszą nieobecnością. Mimo że wydawało mi się to nieprawdopodobne, zaakceptowałam wasze odejście. Jesteście częścią mojej przeszłości, bardzo ważnej, ale zamkniętej przeszłości. Choć mimo wszystko wolałabym, byście po prostu z nami zostały...

17.03

Jestem szczęśliwa, ale czasami jestem też potwornie zmęczona. Codziennością, powtarzalnością tych samych czynności, tych samych miejsc. Chciałabym w takich chwilach wyrwać się gdzieś, odpocząć, wyspać się, pójść do toalety bez wiszącego u mej nogi dziecka. Przez chwilę być tylko dla siebie. To zupełnie normalne odczucia, każda, nawet najbardziej zakochana w swoim dziecku mama przechodzi takie stany. Gdy wyjącego, marudnego malucha ma się ochotę wystawić na dwór, potrząsnąć, dać klapsa. Nakrzyczeć, żeby się wreszcie uspokoił (co daje zwykle efekt odwrotny). I to poczucie, że ja tutaj drepczę w kółko, a nikt tego nie docenia, nikt tego poważnie nie traktuje jako pracy.

Więc są chwile, gdy jestem zła, zmęczona i wściekła. I wtedy pojawia się czasem taki emocjonalny szantaż. Jak to – masz dosyć swego dziecka? A jeśli odejdzie? A jeśli śmiertelnie zachoruje? Jak możesz tak się zachowywać! I jak tu nie zwariować? Ano staram się wszystkiemu nadawać właściwe proporcje, nie dawać się tym szantażom, bo przecież stąd prosta droga do małpiej miłości i wychowania totalnego egoisty. Ale czasem po prostu przytulam synka, tak bardzo mocno, by poczuć że jest, nacieszyć się nim. Nie jest łatwo być mamą. Tym bardziej mądrą mamą po stracie... Tak naprawdę to nie wyobrażam sobie bym mogła synka zostawić pod czyjąś opieką i wyjechać na kilka dni. Ba nawet na cały dzień bez niego jeszcze się nie zdecydowałam. Gdy po porodzie trafiłam już do sali położna spytała mnie czy chcę by na noc wzięła dziecko, bym odpoczęła. Popatrzyłam na nią jak na zielonego kota. Ktoś ma zabrać MOJE DZIECKO? Teraz, gdy wreszcie jest ze mną? Nigdy! I ta taka wręcz atawistyczna potrzeba bycia obok maluszka wciąż we mnie jest.

Na osobne łóżeczko zdecydowaliśmy się dopiero gdy miał 10 miesięcy i zaczął po naszym łóżku wędrować, co skończyło się upadkiem na podłogę. I nagle okazało się, że synek może przespać całą noc bez mamy i taty (a do tej pory budził się po 2-4 razy na picie), że wcale nie jest mu źle i to raczej mi bardziej brakowało jego malutkiej buzi obok. Więc gdy czasem budzi się w nocy i nie daje się utulić biorę go do nas. I zasypiam wsłuchana w jego spokojny oddech. Ale kiedyś trzeba będzie pozwolić dziecku ruszyć na samodzielne odkrywanie świata. Pierwsze przyjaźnie w przedszkolu, pierwsze bójki, pierwsze wyprawy z plecakiem... Na to wszystko przyjdzie jeszcze czas. Na razie jest przy mnie. I choć czasem tak tęsknię za własnym życiem i samodzielnością – cieszę się tym dniem dzisiejszym.

18.03

Po długim czasie doszło w końcu do spotkania mam po stracie. Dzięki życzliwości księży z kośc. Św. Anny dostałyśmy salkę gdzie mogłyśmy być sobą i ze sobą. Jechałam na to spotkanie z duszą na ramieniu i pełna obaw: czy ktoś w ogóle przyjdzie?
i o czym będziemy mówić?
jak się zachować?
co zrobić jak ktoś się popłacze (a wiadomo, że się popłacze, bo jak tu nie płakać gdy się o naszych dzieciach mówi...)
a może nikt takich spotkań nie potrzebuje?
a może będzie beznadziejnie i drętwo?
a może ksiądz Arek onieśmieli towarzystwo i będzie jeszcze bardziej drętwo i beznadziejnie?
...
Słowem byłam jednym wielkim nerwuskiem. A potem... potem było cudownie normalnie, i tak bardzo... ciepło. Gdy zaczęłyśmy mówić o sobie najzupełniej nieoczekiwanie dla siebie samej popłakałam się mówiąc, że nie wiem ile mam dzieci. Czworo? Czy to jedno które pozostało? Inne dziewczyny też się popłakały. Dobrze było zobaczyć twarze znane z nicków, ogrzać w cieple wzajemnej życzliwości i zrozumienia. Wieczorem do poduszki przeczytałam sobie tekst który zawsze mi pomaga:

Brakujące ogniwo

62 lat szukałam utraconej części samej siebie.

Gdy miałam 21 lat powiedziano mi, że to dla mojego dobra. Tak bardzo starałam się w to wierzyć.

Gdy miałam 21 lat płakałam i powiedziano mi, że powinnam wziąć się w garść. Tak bardzo starałam się w to wierzyć. Tak bardzo starałam się przestać płakać.

Gdy miałam 21 lat powiedziano mi, że będę miała jeszcze inne dzieci. Bardzo starałam się widzieć to w ten sposób.

Gdy miałam 21 lat próbowałam żyć dalej, jakby nic się nie stało.

Gdy miałam 26 lat nie miałam innych dzieci. Powiedzieli „Patrz, wszystko wokół takie piękne”. Przytaknęłam, ale wciąż brakowało mi części samej siebie.

W duchu myślałam, że muszę być złą matką.
Powinnam być szczęśliwsza.
A życie toczyło się dalej.
Pełzający smutek, którego nie mogłam strząsnąć.
62 lata czekałam na kogoś, kto powie „ to tak boli”.
Ktoś to powiedział i moje utracona część samej siebie odnalazła się, narodziła się na nowo.

Moje kochanie, moje dziecko, moje marzenia.
Byłeś moim pierwszym krokiem do wiary w przyszłość.
TY, moje dziecko, moje brakujące ogniwo.
Tyle lat byłam izolowana od Ciebie i od samej siebie. Dziś mój ból jest „oczyszczony”.
Wciąż nie wiem DLACZEGO, ale wiem, że mam prawo do żałoby.
I pamięci.
I przyznania się, kim byłeś i jesteś dla mnie.
Dziwne, dziś w wieku 83 lat czuję, że naprawdę mogę żyć dalej.

83-letnia mama.

Dobrze, że ja nie musiałam nigdy przed sobą i światem udawać, iż moich dzieci nie było, że mogłam to przeżywać z innymi osieroconymi mamami...

22.03

Zastanawiam skąd mi się to bierze, takie prawie zupełne nie myślenie o dziecku rosnącym w brzuszku. Czy to podświadome zachowanie obronne? Bo dopóki nie wiemy czy to córeczka, nie mogę mieć pewności że jest zdrowa... A może synek tak mnie teraz angażuje, że na myślenie czasu za wiele nie ma? Bo w ciąży z nim wręcz „wisiałam” psychicznie na nim. Mój brzuch był centrum świata, celem, marzeniem, wszystkim. To że jest już jedno dziecku tutaj, bardzo ułatwia zachowanie spokoju i równowagi ducha. Do tego stopnia, że czasem wręcz zapominam, że jestem w ciąży...

23.03

Dziś kolejne USG. Czekałam na tą wizytę z ciekawością. Nie z lękiem, nie z obawami, nie w stresie, a właśnie z ciekawością. Kto to rośnie mi w brzuszku? Czy mały chłopczyk, czy też może rudowłosa panienka? Gdzieś tam w serduszku wydawało mi się, że bardzo bym chciała mieć córeczkę...

- Pani Aniu, nie ma wątpliwości, na 100% mały mężczyzna – mówi dr. Góźdź. Mój mąż ma minę jakby wygrał milion dolarów. Albo nawet dwa miliony. A ja... jestem szczęśliwa. Najzupełniej nieoczekiwanie dla siebie samej cieszę się jakbym wraz z tym synkiem dostała najwspanialszy prezent. Wcale nie żałuję, że to nie dziewczynka, ja też czuję się jakbym wygrała milion dolarów, albo nawet dwa. Mały chłopczyk, mój synek. Zdrowe dziecko. Czyż można chcieć więcej? Dwoje zdrowych dzieci – Panie Boże, dziękuję, DZIĘKUJĘ!!!

Upewniam się jeszcze – choć już po minie dr. Góździa widzę, że wszystko jest w porządku – czy aby nie ma rozszczepu kręgosłupa, wodogłowia, czy brzuszek zrośnięty... – Absolutnie zdrowy dzieciaczek – słyszę i mam ochotę tańczyć z radości! Po wyjściu z gabinetu wysyłamy smsy do rodziny: że czekamy na malutkiego chłopczyka.

Gdybym miała jednym słowem określić mój stan nazwałabym go pełnią. Czuję się absolutnie spełniona, w harmonii ze sobą i światem. Nie wierzyłam, że jeszcze kiedykolwiek będę się tak czuć...

14.04

„Lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic, i nie stanie się nic aż do końca...” Czuję się jak bohaterka taniego Harleqina (choć w Harlequinach przez 300 stron perypetie i zawijasy losu nim wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie), więc może czuję się jak bohaterka z ostatniej strony. Po prostu sobie żyjemy. Brzuszek rośnie, starszy synek opanowuje trudną sztukę biegania zmuszając mnie do codziennej gimnastyki, nastawiam pranie, wybieram zdjęcia, rozmawiam z fotoedytorami, czasem ugotuję obiad. I tak sobie ten czas spokojnie płynie. Bez wzlotów i dramatów. Po prostu zwykłe życie. Szczęście samo, za którym zwykle zaczynamy tęsknić dopiero gdy je utracimy. Nawet pisać za bardzo nie ma o czym – bo szczęście ani medialne, ani zbyt opisywalne nie jest.

17.04

Wielkanoc... Dziwny czas nadziei wbrew nadziei, czasu poważnych refleksji i zamyślenia nad rzeczami ostatecznymi. Dla mnie Wielkanoc już na zawsze pozostanie czasem pamięci o moich bliźniakach – właśnie wtedy miały przyjść na świat. Dziś potrafię o tym myśleć bez rozpaczy, nawet bez żalu, po prostu spełnił mi się inny los, jestem na innym rozstaju życia. Myślę też sobie jak nieważne są te plany jakie snujemy na co dzień, to złudne przekonanie, że kontrolujemy swoją przyszłość, że możemy cokolwiek przewidzieć. A jednak, gdzieś tam w głębi duszy cień smutku, że nie dane mi było tych moich dzieci poznać...

26.04

Dziś na dlaczegowym forum o stracie znalazłam post Małogsi:

z dnia 20.XII.05
za kazdym razem pusty brzuch, puste ramiona bola bardziej, wrocilam do domu, do putego, cichego domu, domu poraz czwarty pograzonym w zalobie, dzis nie obudzil mnie moj ulubiony poranny kopniak, dzis nie mowie do brzuszka dzien dobry, bo...tam juz nie ma mojego Synka...

Z wczoraj (19.XII.05 ,21tc) niewiele pamietam, slysze tylko swoj krzyk, krzyk ktory slyszal chyba caly szpital, kiedy w trakcie badania kazano zawolac mojego meza i powiedziano - "przykro nam, juz sie zaczelo...", nie wiedzialam ze potrafie tak glosno krzyczec... ocknelam sie na sali przedporodowej, siedzial moj maz, skurcze mialam juz co dwie 2 minuty, po chwili zabrano mnie na sale porodowa, wiedzialam jedno,mialam swiadomosc tego co sie zaraz stanie i nie pozwolilam podac sobie lekow usypiajacych zaraz po porodzie, zazadalam by po urodzeniu odbylo sie wszystko tak jak ja chce, walczylam o to widzac niedowierzajace miny lekarzy, ale moj upor zwyciezyl...

Nikodemek urodzil sie po czwartym parciu,od razu polozono mi go na brzuch , objelam go reka a on zaczal sie ruszac, powiedzialam "Witaj na swiecie Syneczku, podalam mu moj palec a on juz probowal go chwytac jakby chcial powiedziec "mamusiu nie pozwolilas im mnie gdzies tam zabrac, przytul mnie chce byc z toba mamusiu.." przecieto pepowine oslonieto go i podano mi go w ramiona,byl taki mlenki, taki piekny, wprowadzono mojego meza, tulilismy malego na zmine i calowalismy , trzymalismy go w ramionach az przestal sie ruszac... umierajac slyszal nasze glosoy, nasz szloch i bicie mojego serca - tak chcialam zeby byl z nami wlasnie wtedy... bylismy tacy bezsilni, tacy bezradni, tacy "nic niemogacy", ale najwazniejsze ze nasz syn byl w naszych ramionach do konca...

anestezjolog musial mnie juz usypiac poniewaz pojawil sie krwotok, polozna ktorej jako jedynej zdecydowalam sie oddac Nikodema przysiegala placzac ze jak obudza mnie za 15 minut ona osobiscie mi go przyniesie, dopiero wtedy pozwolilam sobie podac leki... kiedy sie ocknelam maz byl przy mnie, przygaszono swiatla i zobaczylam tylko jak ta polozna niesie go do mnie, boze jak ja sie ucieszylam nawet myslalam ze to wszystko mi sie snilo, ale kiedy zobaczylam jej lzy zrozumialam ze koszmar trwa, nie bylo takiego miejsca gdzie bym go nie wycalowala, byl caly mokry od naszych lez ale to go nie wskrzesilo..

wiedzialam ze ten momemnt nadejdzie ale kiedy uslyszalam "zabierzemy go juz dobrze?" przytulilam go mocniej, gotowa do walki..w koncu namowili meza by mnie przekonal, dajac mu Nikodema czulam jak serce przestaje mi bic, wylam jak zwierze, jak teraz, znowu jakies zastrzyki i obudzilam sie na sali, obok siedzial maz, nie mialam sily na nic, bolalo mnie oddychanie bolalo mnie istnienie, bolalo mnie zycie... siedze w pustym pokoju, z pustymi ramionami i nie mam sily zyc, wstalam jak robot, maz uszykowal mi bulke zjadlam nie czujac smaku jak robot, powiedzial "poloz sie i obiecaj ze niczego sobie zrobisz, ja musze jechac do szpitala" ja juz nic sobie nie moge zrobic, jestem zywym trupem, zabity zabic sie nie moze prawda?nie mam celu w zyciu nie mam sensu zycia wiem ze obiecalam mezowi ze przy nim zostane,a na tym swiecie..

ale ja jestem tylko matka, a tam jest czworka moich dzieci - gdzie mam byc??? na boga gdzie???

Syneczku, bardzo ci dziekuje za te 21 tygodni, za te kopniaki, za radosc ktora uczulam sie odczuwac na przekor strachu jaki czulam, dziekuje Ci kochanie za te wczorajsze poltorej minuty, za to ze probowales chwycic moj palec i za to ze byles.. Nikosiu chcialabym powiedziec jak bardzo Cie kocham ale nie moge - bo nie ma takich slow, Ty wiesz..Na zawsze pozostaniesz w moim i tatusia sercu - kochamy Cie nasz skarbie, opiekuj sie nami razem z postala trojka rodzenstwa bo nam nie bylo dane opiekowac sie wami...

Kiedys zobaczymy sie Syneczku, tylko to trzyma mnie przy zyciu, ze jeszcze was wszystkich kiedys zobacze i przytule i juzna zawsze bedziemy razem... Tatus dzis rano wstal i zapalil cztery swieczki to dla Was moje kochane Aniolki, dla was...

Czytałam i płakałam, płakałam, płakałam... Dokładnie widziałam siebie – przecież to mogła być moja historia, to mogło się przydarzyć także i mnie. Każdej z dziewczyn, którą znam. Mimo że czytałam już tyle historii, co jakiś czas trafiam na taką, która dotyka mej duszy do samego końca. Jak opowieść Emily_r, jak pożegnanie z córeczką Melki_X, jak wiele innych postów... I zawsze gdy je czytam czuję, jakby to umierał kawałek mnie samej....

29.04

Ostatnie USG pokazało nam śliczną czterocentymetrową stópkę naszego synka. Minęłam magiczne medyczne 22 tyg. Z każdym dniem szanse maluszka na przeżycie rosną. Łapię się na myślach „zwykłym” mamom niedostępnych: czy gdyby umarł to chcielibyśmy go pochować? Jak bym się z nim pożegnała? Już 22 tc, więc nie musiałabym walczyć o prawo zarejestrowania go w USC... Nie myślę o tym stale i na co dzień, tylko tak czasem to wraca. Zupełnie nagle jakieś słowo, obraz wywołują we mnie takie skojarzenia...

20.05

Ten czas jakoś szybko mi zlatuje. Dopiero co odkrywałam, że jestem w ciąży, a oto znów jesteśmy w „Domu na Łąkach” u naszych przyjaciół, tyle że naszemu synkowi do narodzin zostały już tylko trzy miesiące. Już za chwilę się spotkamy, to tak niedługo... Czuję się trochę dziwnie, myśląc o tym że niedługo będziemy w czwórkę. Tak naprawdę to jeszcze do mnie w pełni nie dociera jak to będzie. Nawet nie staram się sobie wyobrazić naszej przyszłości. Po prostu się na nią cieszę, jak na najwspanialszy prezent od życia.

26.05

Synek w nocy popłakiwał, budzę się totalnie niewyspana z wtulonym we mnie bąbelkiem. Mruczy coś przez sen. Całuję go w łepek, delikatnie by nie obudzić. Nim minie kilka chwil synek siądzie na łóżeczku i obdarzy mnie zaspanym ale radosnym uśmiechem. Cześć mamo!, To ja, pobaw się ze mną! Moje małe szczęście. Dziś Dzień Mamy – wreszcie w pełni także i mój dzień... Gdybym tak mogła dziś przytulić wszystkie moje dzieci... Staram się o tym za bardzo nie myśleć. „Przeszłość jest niezmienna, przyszłość nieznana, śmierć - pewna”. Dziś mój świat to te dwa szkraby: ten roześmiany obok i ten wiercący się w brzuszku. Tamte dzieci są w moim sercu, ale to nieodwracalnie część mojej przeszłości. To zawsze będzie we mnie, ale jednak to historia z przeszłości.

18.06

Jednym tchem przeczytałam „Tipi z Afryki” – historię dziewczynki urodzonej i wychowywanej na południu Afryki, wśród dzikich zwierząt. Odpłynęłam. Przez dwie godziny (książka nie jest gruba, ma wiele zdjęć, a ja szybko czytam) byłam tam: na spalonej słońcem pustyni Namib, wśród słoni w delcie rzeki Okawango, między lemurami na Madagaskarze. W świecie gdzie nie ma śmierci dzieci (pozornie oczywiście), a jest piękno cudownej przyrody. Naprawdę tam byłam, zapomniawszy o otaczającym mnie świecie. A potem ktoś zadzwonił w sprawie broszury dla rodziców po stracie i nagle musiałam wrócić. I poczułam – to dziwne uczucie – poczułam że czas wrócić do mojego dawnego świata. Porzuciłam go po śmierci Małgorzatki, stał się dla mnie abstrakcją, moim światem byli inni osieroceni rodzice, żałoba, śmierć stojąca u mego boku. A teraz poczułam, że to już za mną. Moja żałoba była tak intensywna, te różne działania tak angażujące, że wypaliłam się w nich do końca. Halas – jak mawia się w krajach arabskich – wystarczy, koniec.

Poczułam, że wzywa mnie wschód słońca nad sawanną, zamyślona twarz Buddy, złoty Mekong na chwilę przed zmierzchem, ciemnookie twarze i lepianki z tańcami po świt... To moje korzenie, mój świat, który tak bardzo chciałabym pokazać teraz moim chłopakom. By zobaczyli, że ludzie wszędzie potrafią być szczęśliwi i tak naprawdę mają takie same marzenia: kochać i być kochanym, mieć własny kąt i móc spotkać się z przyjaciółmi, założyć rodzinę i mieć zdrowe dzieci. Pokazać im jak piękny, choć czasem też okrutny jest świat, by umieli żyć mądrze i świadomie.

Aby pójść dalej, muszę definitywnie zamknąć drzwi do przeszłości.

Gdy narodził się nasz synek, przez pierwsze tygodnie nie mogłam mojej żałoby wyhamować. Trzymałam go na kolanach karmiąc, a jednocześnie wpisywałam posty na forach dla rodziców po stracie. Coś w jego wczesnym dzieciństwie przegapiłam. Chciałam by już jak najprędzej poszedł spać, bym mogła coś jeszcze przeczytać, komuś odpisać, coś zrobić. Tamten czas nie wróci, ale teraz przy drugim maluszku chcę napatrzeć się na dzieciństwo moich chłopczyków. Oni tak szybko dorosną, będą wpadać ze szkoły i już biec dalej, bo koledzy, trening, dziewczyna, praca... Wtedy będzie czas dla mnie by wrócić do pewnych projektów, by zająć się pracami społecznymi. Teraz nadszedł czas domu i rodziny. Czas którego nikt nam nie zwróci i dlatego nie chcę go przegapić.

Czy trzeba dożyć 38 lat i przeżyć tyle różnych doświadczeń by zacząć umieć odróżniać to co naprawdę ważne? I czy naprawdę to potrafię? Czy tylko czasem, jak w błysku światła widzę jasno kim jestem i dokąd idę, a czas między tymi olśnieniami przecieka gdzieś obok...?

10.07

Tegoroczny czerwiec i lipiec przejdą do historii jako najgorętsze miesiące stulecia. Prawie co dzień temperatury ponad 30 stopni, nawet cień przynosi iluzoryczną ulgę. Ale nawet nieźle je znoszę, tylko to codzienne ganianie za starszym synkiem mnie trochę wykańcza. Dziś rano jak co dzień brzuszek żył własnym życiem. A potem zamarł. Koło południa zorientowałam się, że coś dawno się nie rusza. O drugiej zaczęłam się naprawdę martwić. Godzinę później byłam bliska pojechania do szpitala na KTG. I w głowie tylko kolejne scenariusze: martwy poród, pogrzeb, morze łez... Za długo siedziałam przy komputerze? A może to przez te upały? Okręcił się pępowiną – tego przecież boję się najbardziej. Potworne, co siedzi gdzieś w zakamarkach pamięci. Położyłam się do łóżka – może to jakoś pomoże maluszkowi dać znak życia. Po kilku minutach delikatny ruch. Czy to on, czy tylko przemieszczenie się wód daje złudzenie ruchu? Na szczęście po chwili synek zaczął podskakiwać. Poczułam, jakbym się na nowo narodziła... Oby już szybciej dotrwać do 37 tc, oby już szybciej nasz synek był po tej stronie brzuszka...

31.07

Od kilku dni Stasia męczy czkawka. Hep! Hep! Dochodzi z rytmicznie podskakującego brzuszka. Może to te upały tak mu się dają we znaki, bo ekipa z zaprzyjaźnionego biura podróży mówi, że jeżdżą teraz z grupami do Afryki, by od tych tutejszych upałów odpocząć!

06.08

No i wystarczy przez kilka dni nie mieć głowy do pisania, a zaległości robią się same. Czasem (ostatnio niestety to norma) Michaś gdzieś tak około 3-4 rano domaga się by go zabrać do nas do łóżka. Popłakuje, kwili, piszczy, wierci się – wcale z nami nie śpi mu się lepiej (i vice versa!) no ale co robić. I czasem jest tak że my rano wstaniemy, a on jeszcze sobie dosypia. Ostatnio tak go rankiem zostawiliśmy śpiącego w naszym łóżku, po czym nagle słyszę tup tup i w drzwiach biura staje malutki człowieczek ze smoczkiem i pieluchą przytuloną do policzka. Rozczulający widok!

W czwartek mieliśmy sesję fotograficzną z Michasiem i Stasiem. Jedyny możliwy dzień, choć wszyscy byliśmy padnięci. Może w wyjątkiem Misia, który był w olimpijskiej formie, szalał, skakał a w końcu słonecznikiem odkurzał podłogę. A jak stracił energię (gdzieś koło 23) to najpierw stał się potworkiem-marudką, a potem przytulony do nas zasnął. I byłby to dobry moment do dalszych zdjęć, gdyby nie to, że byliśmy już wszyscy wykończeni...

14.08

Psyche mi siada. Boję się o Stasia coraz bardziej. Wsłuchuję się w moje ciało – czy to nie już? Czy to nie czas? Przestałam dobrze sypiać a podświadomość szaleje na pełnych obrotach. Oby już maluszek był z nami. Jak do niedzieli się sam nie zdecyduje, to chyba poproszę o wywołanie porodu. Bo inaczej chyba zwariuję ze strachu...

18.08

Wczorajsza wizyta u dr Darka Góździa nieco mnie uspokoiła, bo zaczynam się już o Stasia poważnie martwić. Naprawdę, wolałabym go mieć już tutaj, przynajmniej mogłabym go mieć na oku. No ale zdaniem Darka wszystko w absolutnym porządku, nie ma się czym martwić i duże szanse, że maluszek dotrwa do terminu, czyli będzie niedzielnym chłopcem, jako że 27 to właśnie niedziela. Krzysia to cieszy, bo remont wciąż jeszcze wre, a tak ma nadzieję, że nim się maluch pojawi to się uda mus ię uporać z większą częścią prac.

20.08

Czuję się wielka. Wielka i ciężka. A do tego zaczyna mi wysiadać kręgosłup – i tak dość późno, no ale teraz to już chodzę jak emerytka – drep, drep kuśtyk, kuśtyk... Dobrze że rodzice są obok i można im Michasia podrzucać, bo inaczej to po prostu nie wiem jak bym sobie dała radę.

Michaś mnie rozczula swoimi minkami. Od mojej mamy nauczył się mówić „ho, ho!” co w jego wydaniu jest cudownie zabawne, a przy wspinaniu się na swój fotel do jedzenia opanował „a ku ku” czyli w jego wersji kuku! Robi to z wdziękiem takim, że nie sposób się nie uśmiechnąć. A teraz pomaga tacie układać kostkę na chodniku, czyli wali gumowym młoteczkiem gdzie popadnie i jest totalnie zaaferowany i przeszczęśliwy. Do tego brudny i umorusany po uszka, czyli absolutny ideał z punktu widzenia dziecka!

23.08

Ha – więc nie tyle kręgosłup, co rwa kulszowa mnie powaliła, chyba Staś definitywnie chce bym się do stanu bycia w ciąży zniechęciła! Chodzę o kulach, więc jest naprawdę mało śmiesznie. Dużą część opieki nad Michasiem przejęli dziadkowie, gdyby nie oni to naprawdę nie wiem jakbym sobie poradziła... Co dzień kładę się spać z nadzieją że może tej nocy się Staś zdecyduje i co dzień budzę się z nadzieją że może dziś się pojawi. Pojutrze jedziemy na Madalińskiego by dr Zwoliński ocenił jak to wygląda.

A wczoraj były moje urodziny, pełnia szczęścia, tort bezowy i Michaś zajadający się arbuzem! I pomyśleć, że rok temu moje urodziny świętowaliśmy w Chorzowie w parku rozrywki! Ależ czas leci – a tu proszę, nasz malutki maluszek jest już malutkim chłopczykiem, który bardzo chce pomagać tacie na budowie. Z wywieszonym języczkiem bardzo przejęty gania z młotkiem, przesypuje cement, układa kostkę. Ale będzie pięknie, Krzys naprawdę wszystko cudownie wymyślił oby tylko mi nie padł z nadmiaru pracy, bo tyra okrutnie.

26.08

Teoretycznie jutro godzina „W” – planowana data narodzin Stasia. Ale nie wygląda, by nasze maleństwo już się wybierało na tą stronę brzuszka. Wczoraj byliśmy w szpitalu na Madalińskiego. Dr Jurek Zwoliński stwierdził, że wszystko w porządku, czym mnie generalnie baaardzo uspokoił. Ilość sympatii i życzliwości jaka w nim jest za każdym razem mnie zdumiewa, zresztą teraz widujemy się jak starzy znajomi. Usiłował zrobić ładny portret Stasiowi, ale się chłopina zasłonił łapką tak, że dopiero po dłuższej chwili pokazał nosek i kawałek buzi.

Ogólnie popadłam w stan „przetrwalnikowy”. Rodzaj hibernacji. Zamarcie wszelkich życiowych czynności. Nic mi się nie chce, na nic nie mam siły. Może gdyby ta rwa tak nie rwała to jeszcze bym coś z siebie wykrzesała. A tak siedzę, oglądam filmy na DVD, czytam, i czekam, czekam, czekam... W poczuciu kompletnego zawieszenia. Nie lubię tego staniu i siebie w takim stanie, ale chyba chwilowo to jedyne co można zrobić to po prostu przeczekać... No to czekamy... Tylko Krzyś przeszczęśliwy, bo może nadgonić remont, a jak już Staś będzie to przecież i na niego spadnie więcej obowiązków.

28.08

O nie! Po terminie – a ciebie Staś wciąż tu nie ma! Jutro kontrolne usg, poproszę by mi wywołali poród. Trudno, nie będzie naturalnie, ale to czekanie mnie wykończy!

04.09

Pamiętny dzień 29 sierpnia zaczął się w nocy. Nieprzespanej w większości jak ostatnie. Od kilku dni namawiałam Stasia by się wreszcie zdecydował wyjść na świat. We wtorek mieliśmy mieć kolejną kontrolę u dr Zwolińskiego, byłam gotowa umawiać się na czwartek na wywołanie, gdyby się nasz maluszek dalej tak ociągał. Ale widać w końcu do niego dotarło co mama mówi. O piątej rano pojawił się pierwszy skurcz. Przeleżałam jeszcze godzinę – nie ma wątpliwości, chyba nareszcie się zaczęło. Spojrzałam na moich śpiących mężczyzn. Michaś wyciągnięty, z nogami na tacie i rączkami rozrzuconymi na bok. Kiedy on tak wyrósł? Mam wrażenie, że dopiero wczoraj przywieźliśmy ze szpitala taką myszkę, a tu już taki duży chłopczyk śpi obok nas. Krzyś przytula go przez sen. Szczęście samo, domowa sielanka. Muszę ten obrazek zapamiętać, to już ostatni raz śpimy w łóżku tylko w trójkę...

Wstałam, ubrałam się, sprawdziłam czy wszystko w torbie jest spakowane. Zrobiłam sobie herbatkę, Krzysiowi kawę. Włożyłam naczynia do zmywarki. Umyłam garnki. Skurcze sobie się skurczały i powoli doszły do odstępu 3 minut. Dobra nasza – czyli to jednak nie fałszywy alarm. Uprzątnęłam stół w salonie, poczytałam Politykę. Czujnie zrobiłam sobie lekkostrawne kanapki, bo przecież w szpitalu mi jeść nie pozwolą, a nie wiadomo ile ta impreza potrwa. O 7 wstał Krzyś i zaczął się ubierać w strój roboczy – wiadomo, budowa czeka na swego szefa. – Kochanie, załóż coś bardziej wyjściowego, jedziemy po Stasia. – Naprawdę? – w oczach kochanego Krzysiaka było niedowierzanie i niepokój czy ja sobie z niego nie żartuję.

Po chwili totalnie zaspany, ze smoczkiem w pysiu i przytulony do pieluchy przytuptał Michaś. Nasze kochane słoneczko, jakie to dziwne uczucie, za kilka dni będziemy znowu razem, a on awansuje do odpowiedzialnej roli starszego brata. Kiedy odprowadziłam go do dziadków i ucałowałam na do widzenia w czółko, poczułam wzruszenie. Mój malutki – a coraz bardziej już dorosły synek...

Na izbie przyjęć odczekaliśmy, aż przyszła nasza kolej (w końcu wody nie odeszły, więc nie było powodów do paniki), wypełniliśmy stosowne druki, po czym zostałam podłączona do ktg. I czy to z emocji że to już, czy też Staś postanowił zrejterować, ale skurcze zrobiły się coraz rzadsze i rzadsze... Pomyślałam, że do domu odesłać się nie dam, no i faktycznie w badaniu wyszło że mamy już jakieś 3-4 cm, więc super. Wpadł dr Zwoliński uściskać nas mocno, stwierdził, że przed 14 będzie po wszystkim. W ogóle atmosfera była bardziej piknikowa, niż poważnego szpitala. Zrobiło się zabawnie, gdy powiedziałam, że nie mogę się doczekać, kiedy wrócę na siłownię. – Ale proszę poczekać ze cztery tygodnie – powiedział nie na żarty przestraszony lekarz, pewien, że jak wyjdę ze szpitala to pognam kupić karnet. Uspokoiłam go, że nawet i te ustawowe 6 tygodni dam sobie odpocząć, a potem się spokojnie wezmę za siebie.

Dostaliśmy salę jednoosobową o ścianach w kolorze piasku pustyni. A na korytarzu było piękne akwarium z rybkami – Krzyś czujnie wypatrzył trzy glonojady! Jak jeszcze się okazało, że na wyposażeniu sali poza piłką i drabinką jest jeszcze radio to zrobiło się po prostu fenomenalnie. Tym bardziej, że po początkowym ktg na sali gdy wyszło że wszystko jest ok., zostawiono nas samych. A skurcze się jakoś średnio skurczały, więc zrobiliśmy sobie mała sesję zdjęciową (telefonem!) nawet przebrałam się w pareo co by po raz ostatni uwiecznić mój wspaniały wielki brzuszek. Słowem zachowywaliśmy się jak na pikniku, siedziałam na piłce i podśpiewywałam, Krzysiak czytał Politykę, naprawdę było miło! Poczułam głód więc wypytałam położną i lekarza, czy byłby to wielki grzech, gdybym się napiła gorącej czekolady. Dostałam dyspensę i mój wspaniały mąż pobiegł do dystrybutora.

Poród postępował nie nerwowo, ale niestety, urok wielkiego szpitala oblężonego z racji letnich remontów w innych szpitalach sprawił, że trzeba było mi podać oksytocynę, co by szybciej zwolnić salę. I od tego momentu już miło nie było. Półtorej godziny totalnego bólu. Miałam wrażenie, że nawet końce włosów mnie bolą. Wszystko przeszkadzało, żadna pozycja nie była dobra. Kochany Krzyś starał się jak mógł, ale poza byciem ze mną nie mógł wiele...

W końcu stwierdziłam, że chyba co chwila chce mi się przeć, więc może to już. Położna szybko przemontowała łóżko, sprawdziła i... to był najwyższy czas bo Staś czekał już w blokach startowych do spotkania z nami! Parcie trwało dosłownie pięć minut, ale w tym czasie miałam kryzys. Pomyślałam „niech go ktoś ze mnie wyciągnie, bo ja nie dam rady!” Na szczęście myszek się sam sprężył i w tym momencie zobaczyłam go w dłoniach położnej. – Ja go chyba nie utrzymam – zażartowała, a ja w tym momencie rzuciłam się, złapałam go i przytuliłam do siebie. Nasza malutka myszka leżała mi na brzuszku, wtulona, cichutka, cała czerwona i taka malusieńka... Całkiem nasza! Krzyś przeciął pępowinę, jeszcze przez chwilę maluszek był przy mnie po czym wzięto go na stół obok do ważenia i mierzenia (dopiero wtedy się rozkrzyczał) i po kilku minutach oddano mi go z powrotem. Nieumytego, golutkiego, wtulonego we mnie. Zostaliśmy sami – nareszcie razem. Totalnie szczęśliwi i oszołomieni. Staś posapując uczył się ssania, a my po raz kolejny zakochiwaliśmy się w sobie. Dla takich chwil warto żyć...

Po dwóch godzinach miałam przejść do sali (właściwie to przejechać na wózku) – więc skorzystałam jeszcze z tego że na naszej porodówce był prysznic, wymyłam się i potuptaliśmy na salę czteroosobową. Dzięki temu było z kim pogadać, bo przecież i tak spanie w pierwszych dobach po porodzie to iluzja. Za dużo stresu, za mało pokarmu, słowem i tak wiadomo było że byle do czwartku a potem wracamy do siebie, do domu...

Razem. Nareszcie wszyscy razem po tej samej stronie brzuszka!

Dla Michałka pojawienie się brata było stresem. Co by nie mówić, jego świat się teraz bardzo zmienił. Przywitał mnie niepewnie, taki bardzo grzeczny i spokojny chłopczyk. Zupełnie nie taki jak zwykle. Przecież spędził bez mamy pierwsze dwa pełne dni! Był akurat na ogrodzie z moją mamą gdy wróciliśmy. Synku kochany, to ja, twoja mama, a to twój braciszek. Michaś patrzył na mnie, ale nie rzucił się stęskniony w objęcia, patrzył tylko i zupełnie był zagubiony. Chyba nie bardzo wiedział jak się ma odnaleźć w tej nowej sytuacji. Za wszelką cenę usiłował pogłaskać brata, albo chociaż wziąć go za rękę. Niestety jego wyczucie jest zerowe, więc co chwila musieliśmy interweniować. Ale najbardziej było mi go żal, jak odkrył w nocy, że nie jest sam z nami w łóżku. Gdy zobaczył że karmię Stasia rozpłakał się tak żałośnie, że przez dłuższy czas nie udawało się nam go ukoić. Biedny maluszek, bo przecież Michaś to jeszcze maluszek, choć przy Stasiu wydaje się taki duży. Nasz kochany, dzielny, mądry synek.

Zaczynamy zupełnie nowe życie... We czwórkę...

30.09

Miłość do Stasia pojawiła się zupełnie naturalnie. Już wiedziałam przecież, jak to jest kochać żywe dziecko. Za każdym razem gdy na mnie patrzy mam ochotę wycałować go od uszek po stópki. Noszę go w chuście tak często jak się da. Oboje uwielbiamy to poczucie totalnej bliskości. Patrzę w oczy mego synka i czuję całą sobą po prostu miłość. Nawet nie chce mi się pisać. Jest tak pięknie, że aż niewyobrażalnie. Choć uczciwie przyznać muszę, że często padam na pysio. Totalnie niewyspana, zagoniona, zatyrana. Ale po uszka szczęśliwa, kiedy tak jak teraz Staś śpi w chuście przy mnie. Od wczoraj ma smoczek. Potrzebuje go wieczorami by się wyciszyć, uspokoić.

Michaś wyraża swe uczucia do Stasia dość żywiołowo: ciągając leżaczek z nim i usiłując podnieść do pionu, wtykając mu swój smoczek, łapiąc za włosy i kładąc się na niego (naśladuje jak go całujemy) wreszcie kładąc Stasiowi pieluchę na twarz. Co chwila trzeba interweniować, oj nie jest łatwo by się nie zniechęcił do brata, a jednocześnie by brata przed nim trochę ochronić. Staś znosi to zresztą naprawdę z podziwu godnym spokojem, choć czasem nie wytrzymuje i żałosnym płaczem skarży się na na swój ciężki los młodszego brata.

04.10

Czuję się jak Matka Polka z turbodoładowaniem:
Staś śpi w bujaku obok mnie, Michaś śpi w wózku na ogrodzie. Skaner skanuje slajdy z Etiopi, na komputerze piszę tekst dla redakcji o Misterium Męki Pańskiej, na patelni smażą się schabowe a w piekarniku frytki. Pani Nadia doprowadza dom do stanu wyższej użyteczności. W międzyczasie dzwonię i umawiam się na spotkanie w redakcji oraz omawiam szczegóły audycji w radio. Acha – jeszcze odbieram zasiłek macierzyński od pana listonosza.

W końcu jestem przecież na urlopie macierzyńskim!!!

15 listopada 2006

Mam wrażenie, że Staś jest z nami od zawsze. Po prostu nie wyobrażam sobie jak to było, gdy go nie było? Musiało być... pusto. Całą sobą odczuwam harmonię. Jestem w pełni pogodzona ze sobą, ze światem, z Bogiem i ludźmi. Jestem szczęśliwa, po prostu szczęśliwa. Jakby tamten czas rozpaczy to była nie moja historia, nie moje życie. Jestem tą Anią, którą byłam przed śmiercią Małgorzatki. Planuję wyprawy z chłopcami – mam znowu całą masę planów na życie. I świadomość kruchości szczęścia. Tego, że nie wiem co czeka mnie jutro. To pozostało, ta świadomość, że jeśli coś złego ma się wydarzyć – wydarzy się. Pozostaje mi cieszyć się dniem dzisiejszym.

Czasem ludzie nie znający mej przeszłości pytają: a nie chcecie mieć córeczki? Albo: to przydałaby się wam teraz jeszcze dziewczynka. Zwykle odpowiadam coś wymijająco, jakoś obcym osobom nie potrafię mówić o tym co się nam przydarzyło. Przez długi czas myślałam o tym. Wydawało mi się, że bardzo chciałabym mieć córeczkę. Kto wie, może jeszcze będziemy mieli w domu małą dziewczynkę? A może nie? Co dzień dziękuję Bogu, że nie stawiał mnie przed dalszymi próbami. „Cadyk słucha próśb tych, którzy nie chcą za dużo” – powtarzają chasydzi przy grobie Elimelecha. Może więc powinnam pokłonić się Bogu nisko, do ziemi samej i podziękować Mu za te dwa zdrowe maluszki? I nie pragnąć więcej? Ostatnio zaczęłam poważnie myśleć o adopcji na odległość. Czy muszę urodzić kolejne dziecko? Może lepiej będzie, gdy jakiemuś maluchowi opłacać będę szkołę, gdy dzięki mnie dostanie szansę na dobre życie? Może mogę mieć skośnooką lub czarnooką duchową córeczkę gdzieś, na drugim końcu świata?

Gdy wsłucham się w siebie myślę, że chciałabym mieć jeszcze raz taką maleńką istotkę w ramionach. Patrzeć na nią co dzień z zachwytem i miłością. Tak, na pewno chciałabym. Ale nie wszystko czego chcemy, spełnia się. I czasem tak właśnie powinno być. Jestem szczęśliwa z moimi chłopcami.

A co będzie dalej? Nie wiem. Z całą pewnością wiem tylko jedno: dziękuję za moich chłopców tutaj. I za moje dzieci po drugiej stronie. Kiedyś, tam, będziemy wszyscy razem... Dziś jesteśmy szczęśliwi tutaj.

Aniao3