KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nowości Informacje z regionów Baloniki 2009 (Poznań) 4 zadania Komentarze do czytań (4) DDU w Lublinie Skrzynka pocztowa Trzeba nauczyć się o tym rozmawiać Olsztyn. Znicz na grobie, którego nie ma Baloniki 2009 (Lublin) Kulisy balonikowego spotkania Komentarze do czytań (3) Nie uważamy się za przypadek medyczny Baloniki 2009 (Warszawa) Jak zorganizować konferencję? Projekt w woj. warm-maz Projekty Komentarz do czytań (2) Ab ovo... List w sprawie artykułu Umarłych pogrzebać Komentarz do czytań (1) Galeria Aniołów 2009 Balonikowe spotkania Październikowe inicjatywy Macierzyństwo w cieniu śmierci Informacja prasowa o spotkaniach E-broszura na DDU Informacja prasowa na październik Żałoba po śmierci dziecka Informacja prasowa na Dzień Matki Ma pani do mnie żal? Żałoba dzieci Tarczyca a poronienie Instrukcja dot. pogrzebu Jak rozmawiać z dziećmi? Zdjęcia z konferencji Poradnik dla facetów Brzydka para butów Dlaczego osobno? Grupa Wsparcia w Szczecinie Komentarz do czytań (4) Trudna diagnoza Tak trudno żyć Cud Etyczne i kulturowe aspekty pożegnania z dzieckiem Powrót wątku prawdy Zdjęcia z Parku Skaryszewskiego Komentarz do czytań (3) Prawne aspekty poronienia Trudno milczeć Podzielone cuda Ronić po ludzku Ankieta "Prawdy i mity" Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Ciemna strona macierzyństwa – pamiętnik ciąży po stracie

Najbardziej gorzka w naszym dzisiejszym smutku jest pamięć o wczorajszej radości.
Khalil Gibran

Po śmierci dziecka nic nie jest już takie same. Nawet jeśli o istnieniu dziecka świadczyły tylko dwie kreseczki na teście i nie dane nam było nigdy go zobaczyć.

Gdyby ktoś powiedział mi jak długa droga do macierzyństwa mnie czeka – nie uwierzyłabym. A gdybym uwierzyła – płakałabym długo nad sobą i moimi maluszkami. Poronienie, strata dziecka, często nie przekreślają przyszłego macierzyństwa, jednak oczekiwanie na dziecko po takich przejściach w niczym nie przypomina historii jakie znaleźć można w pismach dla przyszłych mam. Ja nie miałam sił w ciąży by czytać radosno-optymistyczne artykuły. Nie miałam też sił tłumaczyć ludziom co czuję, czemu ich słowa zamiast mnie pocieszać sprawiały, że łzy same spływały mi po policzkach.

Chciałam powiedzieć tym wszystkim którzy stracili dziecko, kobietom po poronieniu, mamom bez dzieci obok, że nie są same, że mają prawo do swych emocji, do przeżywania żałoby nawet jeśli nigdy swojego dziecka nie zobaczyły. Wciąż nie wiem jak po takiej stracie żyć i chyba nie ma na to żadnej prostej rady. Ale mam nadzieję, że odnajdziecie tu odpowiedź na kilka pytań. Zaś osobom których bliskich dotknęła tragedia, być może moja historia pomoże lepiej zrozumieć przeżycia rodziców po stracie. Chciałam też opowiedzieć, jak to jest gdy czeka się na dziecko, wiedząc aż tyle o tym co złego może się wydarzyć. Byście wiedziały, że większość waszych uczuć – choć być może dla otoczenia irracjonalnych – jest jak najbardziej normalna...

xxx

27 grudnia 2002

Dwie kreski na teście. Szczęście szalone, wszechogarniające. Przed nami ostatni Sylwester we dwoje i dziewięć miesięcy radosnego oczekiwania. Pod choinką siedzi pluszowa żaba – pierwsza maskotka dla naszego Maluszka.

03 sierpnia 2003

Dwie kreski na teście. Radość i lęk. I wielka nadzieja, że tym razem będzie dobrze. Przed nami ostanie urodziny we dwoje i dziewięć długich miesięcy. Patrzę w zielone oczy żaby. Musi być dobrze.

20 czerwca 2004

Dwie kreski na teście. Przed nami bardzo długie dziewięć miesięcy wielkiego lęku i maleńkiej nadziei. Czy wystarczy jej, by tym razem w końcu zacząć życie z naszym dzieckiem? Żaba leży schowana głęboko w szafie. Dopóki Maleństwo nie przyjdzie do nas, będzie tam na niego czekać. Boję się przyszłości bardziej niż kiedykolwiek...

PIERWSZE DNI

27.06

A więc jestem w ciąży. U każdej kobiety, która chce mieć dziecko, zobaczenie upragnionych dwóch kresek na teście rozpoczyna radosny czas Wielkiego Oczekiwania na DZIECKO. U mnie... Wiem za dużo. O dużo za dużo, by móc się po prostu cieszyć.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam pozytywny test ciążowy byłam zupełnie inną kobietą, to było tak dawno temu... Wierzyłam wtedy wiarą niezachwianą, że za dziewięć miesięcy będę tuliła w ramionach nasze dziecko, a potem będziemy żyli długo i szczęśliwie. Po trzech tygodniach, bez zapowiedzi i bez odwołania, po raz pierwszy rozstałam się z marzeniami o szczęśliwym macierzyństwie. Wtedy pomogła mi świadomość, że nie ja jedna przeżywam taką tragedię, bo o poronieniu nie przeczyta się przecież w pismach dla przyszłych mam...

Kilka miesięcy później znów byłam w ciąży mając nadzieję, że tym razem się uda, bo przecież byłoby ogromną niesprawiedliwością losu, gdyby dwoje kochających się ludzi nie mogło mieć dziecka. Po pierwszym USG płakałam ze szczęścia: bliźniaki. Kolejne USG wykazało, że jedno z dzieci przestało się rozwijać. Rozpacz i żal do losu. Ja wiem że to się często zdarza i gdyby nie nowoczesna aparatura, to byśmy o bliźniakach nawet nie wiedzieli, ale trudno było się nam z tym pogodzić. Została jednak nasza kruszynka, dla której warto było żyć. Bałam się każdego kolejnego USG, ale Małgorzatka rosła, a mój brzuszek nabierał cudownie okrągłych kształtów. 6 grudnia pierwszy raz poczułam jej kopniaczki, to był 20 tydzień. Nasza żabka lubiła sok pomarańczowy, dotykanie brzuszka i kołysanki. Byliśmy tacy szczęśliwi – przeżyliśmy chyba najradośniejsze Święta w naszej rodzinie. Wszyscy na nią tak bardzo czekaliśmy. 8 stycznia mój lekarz na USG wykrył śmiertelne wady naszej córeczki. Od tego dnia zaczęło się powolne umieranie mojego świata...

A teraz znowu jestem w ciąży. Tak strasznie się boję. Patrzę na dwie kreski na teście i zastanawiam się jak ja przeżyję te dziewięć miesięcy. Jeśli będzie ich dziewięć i nie dostanę wyroku wcześniej. To nie było rozsądne – zachodzić w ciążę nim przyjdą wyniki badań genetycznych, wyjaśniające dlaczego nasza dziewczynka musiała odejść. Ale psychicznie dojrzałam do tego, by być znowu w ciąży. Po prostu musiałam choćby tylko zacząć starać się o dziecko, by móc odzyskać wiarę w naszą przyszłość.

Test zrobiłam w sobotę, w niedzielę pojechaliśmy do rodziców by podzielić się dobrą nowiną. Wiem, że to przedwcześnie, ale chciałam by w razie czego płakali ze mną, bo nie dam rady udawać, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się w moim życiu wszystko. I tylko moje nerwy cienkie jak pajęczynka nie wytrzymały, gdy rodzina zaczęła się zastanawiać jaki to będzie znak zodiaku. Bo od razu przypomniał mi się post jednej z dziewczyn: „Przypomnijmy sobie te miłe chwile, gdy jeszcze martwiłyśmy się nieistotnymi drobiazgami, myśląc że są bardzo ważne”. I wiedząc o tym co stało się potem, pisałyśmy jak żyłyśmy przedtem: o planach na wakacje, wyborach imion i wózków, znakach zodiaku właśnie, a przecież tylko jedno jest ważne: by maluszek urodził się zdrowy. Reszta jest nieistotna. Więc się popłakałam choć wcale nie chciałam, ale po prostu od śmierci córeczki jestem mało odporna na życie.

Wieczorem pojawił się śluz podbarwiony krwią. Ryczałam jak bóbr, nie mogłam się pogodzić, że znowu mnie to spotyka, że tak szybko kończą się marzenia. Zadzwoniłam do Melki_x. Pocieszyła mnie, że może to tylko oznaka zagnieżdżania się dziecka, że może to wcale nie koniec. Melka wie co mówi, bo podobnie jak ja zgromadziła wszelką niezbędną wiedzę o tym co złego może się zdarzyć, może nawet ją lepiej usystematyzowała. Do rana nic się nie zdarzyło. Powrócił ostrożny optymizm.

Bardzo ostrożny.

Trzy dni później zaczęłam pisać ten pamiętnik.

30.08

Zazdroszczę kobietom, które dopiero zaczynają swoje macierzyństwo. Tej wiary, że będzie dobrze. Że dwie kreski na teście równa się za dziewięć miesięcy zdrowe, wspaniałe bobo. Martwią się wyborem imienia, tym do jakiej szkoły pójdzie i czy będzie mieć zdolności językowe. Pamiętam jak przyjaciel powiedział mi, że są takie techniki medytacyjne by wpływać na dziecko przed urodzeniem. Pracuje się z energią by mieć „dziecko idealne”: by to była dziewczynka, muzykalna, ponoć nawet można pracować nad kolorem oczu i włosów. Pomyślałam, nad czym pracowałyby znane mi mamy po stracie. Chyba najpierw, by dziecko miało dwie ręce i dwie nogi. Zakończone dłońmi i stopami z paluszkami. Potem (a może jednak przedtem?) by miało sprawne serce, dwie nerki, cały kręgosłup, zrośnięty brzuszek. Nie mniej ważne - by mogło mówić, widzieć i słyszeć. I jeszcze niech ma sprawny umysł. Tylko tyle i aż tyle...

Wiem, że przetrwanie pierwszego trymestru to dopiero początek. Bo dziecko można stracić przez cały czas trwania ciąży. Do ostatniego dnia, do ostatniej godziny. Często bez niczyjej winy. Sytuacje jedne na tysiąc, na dziesięć i na sto tysięcy: że się obwiąże pępowiną i udusi, że nastąpi bezobjawowe zapalenie bakteryjne i dziecko umrze, że przed porodem zacznie oddychać i utopi się w wodach płodowych. Choroba Małgorzatki to było jak jeden do miliona. Główny los na niewłaściwej loterii, jak mówią o takiej sytuacji lekarze. Na kogoś ta statystyka musi trafiać – wypadło na nas. Niektórzy pocieszają: wyczerpałaś limit, teraz musi być dobrze. Mam ochotę wtedy krzyczeć: guzik musi! Rachunek prawdopodobieństwa zawsze zaczyna się od zera. To nie jest tak, że jak poroniłaś, a potem urodziłaś przedwcześnie i dziecko umarło, to już na pewno trzeci raz będzie dobrze. Co potwierdzają historie jakie poznałam. Kolejna ciąża to kolejny start, tylko z jeszcze większym bagażem strachu. I jeszcze większą wiedzą, bo po każdej tragedii obsesyjnie szuka się informacji o przyczynach i możliwych zagrożeniach by zrozumieć dlaczego tak się stało, by spróbować zabezpieczyć się przed tym, co może czekać nas w przyszłości.

Wiem już o jedenastu tysiącach chorób genetycznych. Że łożysko odkleja się nagle i bez zapowiedzi. Że żaden test ani żadne USG nie dadzą mi gwarancji zdrowego dziecka. Od Pana Boga też nie dostanę takiego certyfikatu, nawet jeśli będę bardzo grzeczna. I ta wiedza mnie dobija. A z drugiej strony... pozostaje wiara, taka dziecięco-naiwna wiara, że co mi pisane to mnie nie minie, że jeśli to dziecko jest dla mnie to choćby pioruny biły dookoła, choćbym szła najciemniejszą doliną – będzie dobrze. Ale wiary tej we mnie maleńko, tle co w jednej łzie się zmieści. A może nawet jeszcze mniej...

02.07

Powrócił do mnie Zły Duch. Myślałam, że go dawno zgubiłam gdzieś po drodze, że już nigdy nie powróci. A teraz dopada mnie nieoczekiwanie, siedzi obok i patrzy szyderczo. Szepcze zatrute słowa: „Jak mogłaś myśleć, że ci się uda? Jesteś beznadziejnie naiwna. Oczywiście, że twoje dziecko już umarło, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Matki są jak zdradzane żony – zawsze dowiadują się ostatnie. No chyba nie sądzisz, że tym razem ci się uda? Ale jesteś głupia, niby dlaczego miałoby być dobrze?! Śmieszne są te twoje modlitwy, twoje nadzieje. Lepiej się do tego dziecka nie przyzwyczajaj, bo i tak je stracisz. Jak nie teraz to później!”

Zły Duch nie odstępuje mnie na krok. Przychodzi nad ranem, nim jeszcze się obudzę, wieczorem sączy jad do snu. Nim zafasolkowałam czytałam post dziewczyny będącej w ciąży po stracie. Pisała: „NIE WIERZĘ, ŻE SIĘ UDA. Jestem na zwolnieniu i nie wierzę że to ma sens. Zastanawiam się ciągle, czy już umarło, czy za chwilę, czy za kilka dni”. Myślałam wtedy: „Czemu to takie trudne? Przecież trzeba po prostu wierzyć... „Dlaczego więc teraz nie potrafię uwierzyć? Kiedy zaszłam w ciążę po pierwszym poronieniu myślałam: tamto było przypadkiem, teraz na pewno się uda. Dziś próżno szukam tej wiary w sobie. „Zbyt dużo wiedzy czyni starym” – powiedziała czarownica w bajce o Mądrej Wasylisie. Czuję się stara wiedzą o możliwych nieszczęściach. By nie oszaleć przyjęłam strategię małych kroczków. Byle dotrwać z Maluszkiem do wieczora. Potem do rana. Do końca tygodnia. Miesiąc to zbyt odległa perspektywa. Przyszłe wakacje są abstrakcją.

03.07

Przypadkiem trafiłam w sieci na kolejny entuzjastyczny opis naturalnego porodu. Bo przecież kobiety od wieków rodziły dzieci bez pomocy medycyny i jej wynalazków. I było dobrze. W podtekście: w większości przypadków te wynajmowanie położnych i zbytnie chuchanie na siebie to rozbudowany marketing. Mama Natura wie najlepiej. I opis jak to Indianka przerywa gotowanie, rodzi dziecko, żagwią z ogniska przypala pępowinę i wraca do gotowania. Ideał naturalnego porodu.

A ja nie mogę zapomnieć Nosy Komba – rajskiej wysepki u brzegu Madagaskaru. Nad ranem do wioski w której mieszkałam przypłynęła łódź. Przywieziono kobietę, która właśnie urodziła piąte dziecko. Dno łodzi było pełne krwi. Rajskie wyspy są dlatego tak piękne i kuszące, że nie dotarła tam cywilizacja. Wystarczyłaby pewnie zwykła transfuzja, by ją uratować. Ale w raju transfuzji się nie robi, tam nie ma przecież szpitala. Zmarła na moich oczach po kilkunastu minutach...

05.07

Moja córeczka odeszła pięć miesięcy temu. Dużo to czy mało? Nie wiem...

W najtrudniejszych chwilach, gdy łzy nie pozwalały nam mówić, moją mamą wymieniałyśmy listy. W jednym z nich napisała mi: „ Stworzyłam sobie szklany pancerz nad sobą i najbliższą rodziną. Może to infantylne, ale ideałem jest dla mnie mama Muminka: ‘- No cóż moi drodzy – powiedziała Mamusia Muminka, kiedy rankiem wszyscy wyszli do ogrodu. – Już po końcu świata, teraz trzeba to wszystko posprzątać’. Wbrew pozorom córeczko, jest to bardzo głęboka filozofia życiowa.” Wreszcie nadszedł ten czas, gdy po naszym końcu świata trzeba zacząć znowu żyć.

Powoli życie zaczyna zwyciężać. W murze żałoby pojawia się maleńki kwiat, przez szczelinę przebija się promyk słońca. Maleńkie, wręcz niezauważalne oznaki powrotu ku jasnej stronie rzeczywistości. To trwa. Czasem wraca się szybciej, czasem wolniej. Nigdy od razu, bo rozpacz powraca falami. Trzeba zacząć dawać życiu szansę, ale też słuchać głosu swego serca. Bo każdy z nas wraca w swoim tempie.

Znajomi wyciągnęli nas do żeglarskiego pubu. Bardzo chcieliśmy się z nimi spotkać, bardzo chciałam choć przez chwilę poudawać przed sobą, że znowu jestem szczęśliwa. Przez szerokie stoły lecą szanty: „Cztery piwka na stół”, „Gdzie ta keja” i „Kiedy szliśmy przez Pacyfik”. Piwo leje się strumieniami, wokół roześmiane twarze. Kiedy ostatni raz tak się śmiałam i potrafiłam śpiewać? Mam wrażenie że od tamtej Ani dzielą mnie lata świetlne. Uświadamiam sobie, że to nasze pierwsze z mężem wyjście od dnia, w którym dowiedzieliśmy się o wyroku na Małgorzatkę. To już pół roku. Przez ten czas unikaliśmy radosnych spotkań, nie byłam w stanie znieść wokół siebie nastroju zabawy. Czuję jak napływają mi łzy. Żałoba ma jednak sens. Nie wolno zbyt wcześnie i na siłę się przełamywać, by wracać do dawnego życia. To nie ma nic wspólnego z cierpiętnictwem, z pielęgnowaniem rozpaczy, ale musi minąć czas. Dopiero potem trzeba wejrzeć w siebie i wracać powoli. Śpiewałam szanty, a w środku wyłam z rozpaczy. Bo po raz kolejny uświadomiłam sobie, że już nigdy nic nie będzie takie jak przedtem, że ja już nigdy nie będę tą samą osobą co kiedyś. Bo nigdy nie pójdziemy do tego pubu z Małgorzatką. Bo jej z nami już nigdy nie będzie... Szepcę mężowi, że musimy wyjść. – „Za wcześnie” – mówię do naszych przyjaciół. Rozumieją. Mocno nas przytulają. Płaczę przez całą drogę do domu...

LĘK

06.07

Od rana dopadł mnie taki irracjonalny lęk. Wyszedł spod serca, złapał za gardło, ścisnął za żołądek. Strach jak przed egzaminem, jak przed ogłoszeniem wyroku. Tak się czuję już od kilku godzin. Nie wiem dlaczego, przecież nie ma powodu by się bać. Czy to intuicja ostrzega mnie że zaraz zdarzy się coś złego? Mój szósty zmysł chce mnie przed czymś przestrzec? Boję się, tak bardzo się boję. A przecież mój lęk sprawia, że trudniej rosnąć maluszkowi, ale im bardziej próbuję się uspokoić, tym bardziej jest mi źle.

Strach jest paraliżujący, bo nie mam żadnego wpływu na to co się stanie. Odżywiam się dobrze, staram się spać i nie stresować, ale w niczym nie mogę mojemu dziecku pomóc. Wystarczy, że jeden gen się źle podzieli, że serduszko nie podejmie pracy, że coś się zacznie źle wykształcać. I koniec. Szybkie krwawienie, ostry ból, a potem wiele łez. Może też problem będzie w moim organizmie: za mało progesteronu, odrzucenie ciąży. Wtedy można interweniować, uratować dziecko. Bo Mama Natura nie zawsze wie lepiej. Ona też popełnia pomyłki nazywane gdy się powiodą – ewolucją. Ale czasem po prostu coś jej nie wychodzi.

Najgorszy będzie 5 i 7 tydzień. W piątym pierwszy raz poroniłam, w siódmym odszedł bliźniak. Ale to o niczym nie świadczy. Nie daje żadnej gwarancji, że jak przetrwam te tygodnie to już na pewno będzie dobrze. Najgorsza jest dla mnie ta świadomość, że jeśli maluszek umrze, to jego śmierć będzie bardzo bolała, ale jest do przeżycia. Że z czasem trzeba będzie się pozbierać i żyć dalej.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek znowu pozazdrościłam kobietom zaczynającym ciąże tej ich wiary w szczęśliwą przyszłość... A jednocześnie wiem, że jeśli to dziecko nie jest mi pisane, to wolałabym, by odeszło jak najprędzej. I tak będę cierpieć, i tak będę po nim płakać, ale jeśli mam je stracić to niech to się stanie teraz, a nie gdy już uwierzę, że mogę naprawdę być jego mamą. Nie chodzi nawet o ten fizyczny ból (bo poronienie już w 14 tyg. boli jak poród, organizm traktuje to jak normalne urodzenie dziecka), to przecież da się zapomnieć, ale jak zapomnieć, że było dziecko, rosło i odeszło? Jak na przyszłą mamę mam wciąż strasznie czarne myśli. Ale tak to jest z kobietami po przejściach, nie da się odgonić kruka z serca. Mąż nazywa mnie małym stresikiem i przytula. To troszkę pomaga...

08.07

Na internetowych forach dla mam po przejściach niektóre z dziewczyn piszą, że tylko wiara pomaga im przetrwać, bo daje nadzieję na spotkanie z utraconymi dziećmi. Czuję, jak z każdym uderzeniem serca, z każdą sekundą zbliżam się do spotkania z moim maluszkiem. A także do spotkania z moją córeczką, na drugim brzegu... Chyba będę się trochę mniej bać śmierci wiedząc, że ona tam na mnie czeka.

Czasem się zastanawiam, czy Pan Bóg ma czas dla takiej tyciej mróweczki, która ma takie malutkie, tycie marzenie by zostać mamą. Jak sprawić, by w tych wszystkich głosach świata, wśród tylu wojen, nieszczęść, tragedii, ta modlitwa do Niego dotarła?

Byliśmy w pracy, gdy zadzwoniła komórka. Pani z Instytutu Matki i Dziecka, sprawdza pod którym telefonem jestem. W przeciągu godziny zadzwoni pani doktor z genetyki. Czy wreszcie z wynikami? Co usłyszę: wyrok czy ułaskawienie?
Jest 10.45
Mąż patrzy na mnie a jego wzrok mówi: „mój kochany stresiku, jestem z tobą, będzie dobrze, nie martw się proszę.” Trzymamy się pod stołem za ręce. 10.49 Z radia kojący głos Annie Lenox. Śpiewa o pięknym, dobrym świecie gdzie wszyscy są szczęśliwi. Ona też jest mamą po przejściach, „Angel” to pożegnanie z jej martwo narodzonym synkiem. 10.53 A jeśli dowiem się, że jednak moje dzieci mają zły gen, że nie mogą urodzić się zdrowe, co wtedy? Czuję tak straszny kamień na sercu, jeśli do tej pory stres nie zabił Maleństwa, to boję się że teraz właśnie dostaje jego potworną dawkę. 11.02 Może jednak będzie dobrze? Może nic nie znaleźli? Jak ten czas rozpaczliwie wolno płynie, jak strasznie wolno... 11.04 Z radia śpiewa Classic Nouveaux – czy ktoś jeszcze pamięta łysego Sala Solo? „Never, never comes” – co się nie zdarzy w moim życiu? Czy zdrowe dzieci to zbyt wielkie marzenie? Czy nigdy nie przytulimy swojego Maleństwa, nie zabierzemy go na spacer? Czuję, napływające łzy, Krzyś mocno mnie przytula.

11.10 Telefon.
Wychodzę do pokoju obok. Tak to ja. Po drugiej stronie rzeczowy spokojny głos dr Ewy Obersztyn z Instytutu Matki i Dziecka. Wyników jeszcze nie ma, będą może za tydzień. Pani doktor chce wiedzieć jak duże jest Maleństwo bo może trzeba będzie pobierać mu DNA. Cztery tygodnie. „Mamy czas” – mówi, - „proszę zadzwonić za tydzień.” Wyrok odroczono o 7 dni...

Był czas, gdy po śmierci Małgorzatki myślałam, że może nawet chciałabym, by coś w naszych genach znaleźli. Bo nie wyobrażałam sobie kolejnej ciąży, nie sądziłam, że dam radę przez to przejść. Trudno – myślałam - nie urodzę swojego dziecka, ale tyle dzieci czeka na dom, adopcja to też jest dobre wyjście. Ale im więcej czasu mijało, tym bardziej czułam, jak bardzo chciałabym urodzić swoje dziecko. Nie nacieszyłam się poprzednią ciążą. Ledwie zaczęłam dumnie paradować z brzuszkiem, ledwie odetchnęłam, że będzie dobrze i już dobrze nie było. A tak bardzo chciałabym jeszcze być w ciąży, widzieć jak maleństwo rośnie, jak moje ciało się zmienia. I wreszcie urodzić zdrowe, żywe dziecko, które położą mi na brzuszku a Mąż nas oboje przytuli. Tak właśnie przecież powinno być.

10.07

Zły Duch bezszelestnie siadł na mym ramieniu. Zauważyłam plamienie. Właściwie cień plamienia. Tak naprawdę to chyba widziała je tylko moja wyobraźnia. Ona też dopowiada mi ciąg dalszy. Same czarne scenariusze, pełne łez i umarłych dzieci. Nie wiem, naprawdę nie wiem jak sobie z tym poradzić. Sama staję się dla siebie najtrudniejszym przeciwnikiem. Na deptaku przy plaży spotykam kobietę z pięknym brzuszkiem. Je lody, przytulona do swego mężczyzny, roześmiana, szczęśliwa. Czuję tak silną zazdrość i niechęć, wręcz wrogość wobec jej radości życia. Odwracam szybko głowę, przez ułamek sekundy patrzymy sobie w oczy, mam nadzieję, że nie wyczytała w nich moich uczuć. Zazdroszczę jej i tego pięknego brzuszka i tej radości życia. Pozwalam sobie na negatywne emocje. Mam prawo czasami czuć się nieszczęśliwa, zagubiona i zła wobec szczęścia innych. Tylko nie powinnam tych uczuć zawsze ujawniać. A już na pewno nie wobec bogu ducha winnych kobiet w ciąży. Ale też nie mogę się wpędzać w poczucie winy, że tak teraz widzę świat. Jeśli sama siebie psychicznie nie utulę w żalu, to pozostanie on we mnie cierniem na bardzo długo, może na zawsze. Więc słucham tego co mówi mi moja dusza i staram się być dla niej dobra. Dusza też musi się czasem wypłakać i wykrzyczeć swój ból.

PIERWSZE PORONIENIE

11.07

Od rana pobolewał mnie dół brzucha. Jakby ktoś mi wrzucił mi tam kamienie. Najpierw myślałam, że to może niestrawność, ale ból nie mijał. Słucham swego ciała bardzo uważnie. Czy to aby nie spełnia się właśnie czarny scenariusz? Obezwładniający i dobijający lęk

Może to jednak ciąża pozamaciczna? Może dziecko obumarło, a ja biorąc Duphaston sztucznie podtrzymuję ciążę? Wpadłam w taką panikę, że pojechaliśmy na izbę przyjęć. Mąż trzymał mnie za rękę i mówił, że musi być dobrze. Wiem, że nie musi, ale bardzo chcę mu wierzyć. Kiedy położna wypełniając kartę spytała o poprzednie ciąże i dzieci... nie dałam rady. Popłakałam się. To było silniejsze ode mnie. Potem z lekarzem rozmawiałam już spokojnie.

Z perspektywy czasu, gdy już wiemy co było potem, nasze lęki często wydają się wręcz zabawne. Wypadki z których wyszliśmy cało tak właśnie musiały się skończyć. Zaplanowaliśmy, że żyć będziemy długo i szczęśliwie. Dopiero gdy nieszczęście jednak nas dotknie – odkrywamy własną słabość i śmiertelność. A czasem też dopiero wtedy uczymy się odróżniać rzeczy ważne od nieistotnych. Niektórzy nie wiedzą, co mi się przytrafiło. Myślą, że rodzicielskie plany odkładamy ze względu na pracę, karierę, podróże. A ja najchętniej dałabym ogłoszenie: „Wyprawę dookoła świata na zdrowe dzieci zamienię”. Tylko gdzie to ogłoszenie zamieścić? Zachody słońca na afrykańskiej sawannie są wieczne, równie dobrze mogę je obejrzeć za dziesięć lat. Jedyne czego nie mogę, to dłużej czekać na nasze dzieci. Teraz one stały się dla mnie najważniejsze.

12.07

To że jestem w ciąży z jednej strony komplikuje sytuację z badaniami, z drugiej ją upraszcza, gdyż nie stoję przed dylematem: ma pani 50% szans na urodzenie zdrowego dziecka. Bo co wtedy robić? Decydować się, wiedząc że maluch być może nie dożyje nawet naszego spotkania? Nie decydować się i całe życie żałować? Logika przy uczuciach przegrywa.

W nocy kilka razy budziłam się z bólu. To nie jest normalne. Może to jakiś skręt jelit, może skórka z pomidora przykleiła się do żołądka? Ból zupełnie inny niż przy poronieniu, każdy krok to, jakby od środka obijały mi się kamienie. Boję się strasznie, więc jedziemy do Instytutu Matki i Dziecka na kontrolę. Lekarka stwierdza, że dziecko ma się dobrze, a ten ból, no cóż nie wiadomo. Mam się oszczędzać, leżeć i odpoczywać.

Staram się więc leżeć, a wspomnienia wracają... Poronienie. Co za okropne, straszne słowo. Przyszłe mamy nie powinny go znać, nie powinny o nim myśleć. A jednak już w pierwszej ciąży o tym myślałam. Kilka moich przyjaciółek poroniło. Wiedziałam, że to boli, ale tak naprawdę chyba nie do końca je rozumiałam. Myślałam podobnie jak większość ludzi nie dotknięta stratą, że jak dziecko odchodzi w 5 czy 7 tc to jeszcze się go nie pokochało. A potem zrobiłam pierwszy test ciążowy, i dwie kreseczki wywróciły cały mój świat do góry nogami. A jeszcze później... To był dzień finału WOŚP, magiczny dzień gdy świat staje się dobry i pełen ciepła. Gdy ludzie uśmiechają się od siebie. Wieczorem nagły ból brzucha, krew. Panika, rozpacz, co ja mam zrobić?! Natychmiast pojechaliśmy do Instytutu Matki i Dziecka na dyżur. Dziesiąta wieczór, zmęczony po całym dniu dyżuru dr. Zwoliński pyta z wahaniem i bez złej intencji: „Czy pani na pewno jest w ciąży?” i w tej samej chwili znajduje odpowiedź: „Piąty tydzień, bardzo mi przykro”. Mówi jeszcze, że musimy zrobić USG, ale niewiele do mnie dociera. Wychodzę na korytarz do męża. W tej chwili nie ma przebojowej kobiety, która ze wszystkim sobie w życiu poradzi, jest przerażona, zagubiona i zapłakana mała dziewczynka, która mówi: „Nasz dzidziuś umarł”. Pierwszy raz widzę łzy w oczach mego mężczyzny. Przytula mnie mocno, coś szepce przez łzy.

Idę na dalsze badanie, tych następnych chwil chciałabym nie pamiętać: pierwsze USG na zdjęciach, w filmach ukazuje zawsze szczęśliwą mamę wpatrzoną w swoje dziecko. Ja widzę jakieś porwane tkanki, pustkę bez bijącego serduszka. Dr Zwoliński jest kochany, głaszcze mnie po ręce, podaje ligninę bym obtarła łzy i mówi, cały czas do mnie mówi: „Pani Aniu, strasznie mi przykro, ale to poronienie nie przekreśla pani szans na macierzyństwo, tak się zdarza i to dużo częściej niż pani myśli, nie mamy na to wpływu, proszę nie mieć poczucia winy. Może trafić pani na lekarza sadystę, który będzie mówić, że to od jazdy samochodem, patrzenia w ogień, albo zbyt ciepłej kąpieli, ale proszę takich ludzi nie słuchać. Naprawdę nie miała pani na to żadnego wpływu, natura czasem popełnia błędy i potem je eliminuje. Nic pani nie mogła zrobić.” Boże, jak ja wtedy potrzebowałam tej życzliwości i współczucia! Tego, by traktowano mnie jak kobietę przeżywającą tragedię, a nie medyczny przypadek.

Tak, wiem, że lekarze nie mogą umierać z każdym pacjentem, ale ich życzliwość w takich chwilach jest po prostu bezcenna. O tym jak wielkie miałam szczęście trafiając na dyżur dr Zwolińskiego przekonałam się później, czytając setki historii innych kobiet. Wtedy, przez tych kilka minut „ustawił” mi psychikę, dzięki czemu dużo łatwiej było mi pogodzić się z tym co się stało. Czyż mogłam wtedy przewidzieć, że dokładnie rok później będzie diagnozować śmiertelne wady mej córeczki? Następnego dnia pojechałam na łyżeczkowanie. Nie położono mnie potem koło szczęśliwych mam, nie słyszałam KTG, mogłam płakać i płakać, dopóki po południu mąż nie zabrał mnie do domu. Tak, jeśli można mówić o szczęściu w takiej sytuacji, to miałam szczęście trafiając do Instytutu...

PIERWSZE USG

13.07

Co za dzień... Rano telefon z Instytutu Matki i Dziecka z Zakładu Genetyki. Mam przyjechać na pobranie krwi i przygotowanie z niej DNA. Zostawiam w domu niedopitą herbatę, niedokończony jogurt i jedziemy. W głowie kołacze mi się, że dziś trzynasty. Mój szczęśliwy dzień, nie może być źle. Trzynastego moi rodzice brali ślub, trzynastego spotkałam Męża, miłość mego życia... Po drodze szybki postój przy kiosku. Nie wzięłam chusteczek, a czuję że będą mi potrzebne. Wreszcie po tylu rozmowach przez telefon spotykam się z dr Ewą Obersztyn. Usiłuje prostymi słowami wytłumaczyć nam bardzo zawiłe medyczne kwestie. To co się przytrafiło naszej córeczce najbliższe jest zespołowi CHILD. Child czyli dziecko, child czyli pierwsze litery opisu schorzeń jakie ten zespół genetyczny ze sobą niesie. Małgorzatka do tego pasuje, choć niezupełnie, ale jest to na tyle rzadka choroba, że właściwie trudno cokolwiek stwierdzić z pewnością. Dla nas najważniejsze są rokowania, a te będziemy znać za 2 tygodnie. U naszej córeczki wyodrębniono gen, który do tej mutacji doprowadził, teraz trzeba sprawdzić czy jestem nosicielem takiego genu, czy też był to jednak przypadek. Słucham skomplikowanych tłumaczeń, usiłuję zrozumieć co nas czeka.

Po raz kolejny opowiadam historię naszych dzieci, właściwie to najważniejsze kwestie recytuję automatycznie, bez emocji. Obumarcie, poronienie, wykrycie wad układu nerwowego – chowam się za tą medyczną terminologią, która pozwala mi trochę mniej to wszystko przeżywać. Ale wcześniej czy później zawsze trafię na uczuciową minę, wystarczy jakieś pytanie by ją nieoczekiwanie zdetonować. „Czy dr Zwoliński na USG nie zauważył zaniku lewego oka?” – pyta pani doktor. Pamiętam każdą minutę tamtego badania, ten ciepły, życzliwy głos: „Proszę spojrzeć, dziecko porusza paluszkami u dłoni, to dobry znak”... Musiała być podczas badania w tym momencie obrócona swoją lepszą stroną, zresztą wtedy nikt jeszcze nie myślał o asymetrii. A może po prostu dr Zwoliński wolał mi nie mówić wszystkiego co widział. Więc mówię o tych paluszkach i znowu płaczę, choć tak bardzo staram się być dzielna. Pewnie wielu rodziców płacze w tym gabinecie. Pani doktor rysuje diagram rodzinny, potem diagram naszych genów. Jeśli będę mieć ten zły gen w sobie to mam 50% szans że przekażę go dziecku. Ale nawet jeśli go nie wykryją, nasz wiek działa przeciwko nam. Na ścianie wisi plakat Związku Pielęgniarek i Położnych. Na zdjęciu wcześniaczek w objęciach pielęgniarki. Dokładnie tak wyglądała Małgorzatka od swojej normalnej strony. Nie mogę oderwać wzroku od tego plakatu, choć znów szklą mi się oczy.

Wiedza bywa przekleństwem. Kiedyś wiedziałam, że dziecku może grozić zespół Downa lub porażenie mózgowe i to wydawało mi się największą tragedią. Gdy zaczęły się problemy z Małgorzatką dowiedziałam się o tym że istnieje ponad 200 możliwych zespołów genetycznych. Jadąc na wywołanie porodu wiedziałam już o 1500 znanych zespołów. Dziś wiem że jest ich 11 000. W znaczącej większości bardzo rzadkich. Występujących raz na 50-100 tys. urodzeń. Albo i rzadziej. Najgorsza ta świadomość, że można urodzić właściwie zdrowe dziecko i dopiero po kilku miesiącach, czasem nawet po dwóch latach okazuje się że niestety, dziecko zdrowe nie jest. Reklamacji nie przyjmuje się. Czy nasze maleństwo ma wyrok, a my o tym jeszcze nie wiemy? A jeśli urodzi się zdrowe, to czy z całą tą wiedzą będę w stanie tak zupełnie normalnie je wychowywać? Czy zdołam bez lęku myśleć o przyszłości? Jak żyć z świadomością tych wszystkich zagrożeń, na które nie mam żadnego wpływu? Na razie dobija mnie teraźniejszość.

Po południu jedziemy na pierwszą wizytę do mego lekarza prowadzącego dr Darka Góździa. Prowadził moją poprzednią ciążę, mam zaufanie do jego kompetencji i jeśli ma mnie spotkać coś złego chciałabym, aby to on był przy nas. W niczym nie przypominamy szczęśliwych rodziców jacy się tutaj zwykle pojawiają - z masą pytań i niezachwianą pewnością, że za 9 miesięcy przeżyją najpiękniejszy dzień w swoim życiu. Takiej wiary my już nigdy nie odzyskamy. Nie płaczemy ze wzruszenia na widok malutkiej plamki na USG. Cieszymy się, że je widzimy, a jednak to zupełnie inne uczucie niż gdy byłam tu po raz pierwszy w poprzedniej ciąży. Zgłuszone lękiem o to co nas czeka. Ból brzucha doktor diagnozuje jako nie mający nic wspólnego z Maleństwem. – „To może być nerw uciśnięty kręgiem” - mówi dotykając mego brzucha. – „Jest pani potwornie zestresowana, trzeba spróbować uwierzyć, że limit nieszczęść został wyczerpany.” Długo rozmawiamy o możliwych powikłaniach i badaniach prenatalnych ze świadomością, że i tak wszystkiego przewidzieć i zbadać się nie da.

Dr Góźdź powtarza, że teraz jeszcze jestem w jurysdykcji boskiej, dopiero od trzeciego trymestru tak naprawdę przejdę pod możliwości medycyny. Choć oboje wiemy, że i tak są sytuacje w których cała ludzka wiedza i nowoczesna technika pozostaje bezradna. Pozostaje wiara. W Opatrzność, Los, Przeznaczenie – jak kto woli. Tylko skąd tą wiarę wziąć?

Odczuwam pewną schizofrenię. Cały mój świat teraz kręci się wokół Maleństwa, a tak naprawdę nikt wokół mnie o nim nie wie. Wciąż muszę się pilnować, by czegoś nieopatrznie nie powiedzieć, bo jak długo się da, chcemy tą ciążę zachować dla siebie. By nie trzeba było znowu tłumaczyć: tak dziecko było, ale odeszło... A jak wszyscy się już dowiedzą, czy ktokolwiek będzie się zastanawiać ile lęku jest w takiej ciąży? Po stracie malutkiego dziecka najczęstszą radą jest że trzeba mieć następne, bo ono przywróci sens życia. Zmarło dziecko, niech żyje dziecko! Ale to nie jest takie proste.

Jedna z mam wręcz zastanawiała się czy nie zacząć sobie wmawiać, że dziecko jakie w niej rośnie jest tym, które wcześniej straciła. To chyba najgorsze wyjście: dla rodziców i dla dziecka, które na całe życie wyposażone zostaje w balast zmarłego rodzeństwa. Z takim obciążeniem nie da się żyć normalnie i stworzyć szczęśliwej rodziny. My chcemy, by nasze dziecko wiedziało, iż miało rodzeństwo, ale ono nie jest w naszym życiu „zamiast”. Niech będzie sobą i niech będzie szczęśliwe.

16.07

Powoli przyzwyczajamy się do obecności Maleństwa. Wciąż pamiętam post jednej z dziewczyn, która po stracie dziecka w następnej ciąży starała się usilnie do brzuszka zbytnio nie przywiązywać. I jak pisała: „Uczyłam się kochać je po urodzeniu. Strasznie trudno przekroczyć dystans który się samemu stworzyło.” Staramy się zatem by ten dystans nie był zbyt duży, ale to naprawdę trudne. Bo może nasz Maluszek jest jednak śmiertelnie chory. Na przekór wszystkiemu jednak powoli wraca nam nadzieja. Siada w kąciku i patrzy szerokimi ślepkami. Im dłużej patrzy, tym więcej miejsca w sercu zajmuje.

Wiem, że jeśli się nie uda, to będę i tak cierpiała strasznie, więc teraz zbieram te chwile radości, by w przyszłości czerpać z nich siłę. Z każdym dzieckiem zaczyna się nowa historia. Nie chcę, by ta od początku toczyła się spowita ciemnymi chmurami naszego lęku. Niech te dziewięć miesięcy będzie mimo wszystko naszym czasem.

17.07

Mamy zaproszenie do znajomych na wieczorną imprezę. Chyba czas powoli wracać ku jasnej stronie życia. Ale opornie to idzie. Każda sytuacja przywołuje wspomnienia. Ostatni raz z tymi przyjaciółmi bawiliśmy się w styczniu. Karnawał, ja szczęśliwa z brzuszkiem, to było dzień przed wyrokiem. Potem już nic nie było takie same. Przyjaciele mają córeczkę, dziewczynki miały się razem bawić, odłożyli ubranka dla mojej małej... Już nie cierpię tak bardzo na widok małych dziewczynek, ale mimo wszystko może być trudno.

Dzwonię wcześniej i pytam czy ktoś z gości jeszcze nie wie o śmierci Małgorzatki, czy mogłaby ich uprzedzić... Boże, jakie to trudne, takie zwykłe pytanie, a ja znowu mam mokre oczy i głos mi grzęźnie. Myślałam, że już sobie poradziłam z emocjami, ale widać potrzeba na to dużo więcej czasu. Na wszelki wypadek nie robię sobie makijażu. Naprawdę mieliśmy tam iść. Na szczęście wpadli do nas dawno nie widziani przyjaciele. Zrobiliśmy wspólnego grilla w naszym ogrodzie. Siedzieliśmy do północy. Prawie szczęśliwi, gadając o wszystkim i niczym. Tak po prostu normalnie. Bezpiecznie. Tego brakuje nam wciąż najbardziej.

JAK BYĆ MAMĄ BEZ DZIECI?

20.07

Wciąż nie umiem sobie w głowie ułożyć jasnej odpowiedzi na pytanie: jak być mamą bez dzieci? Dla świata teoretycznie sprawa jest prosta: dzieci albo się ma, albo nie ma. Ale co mówić, gdy dziecko miało się obok zaledwie kilka miesięcy, dni czasem tylko minut lub sekund? Co mówić gdy się go nawet nie widziało, gdy odeszło zbyt maleńkie by je przytulić? Co mówić, gdy tak naprawdę nie ma go z nami?

Po wcześnie zmarłym dziecku pozostaje bardzo niewiele. Akt zgonu, ubranko, kilka wspomnień, czasem blizna na ciele. Rankiem 26 maja mój tata zadzwonił przypomnieć mi, że dziś Dzień Mamy. Zawsze tak robił, w tym roku po prostu nie zastanowił się, chciał dobrze. A ja się rozpłakałam w słuchawkę. Bo przecież to także mój dzień. Tylko że żadne z moich dzieci nie ucałuje mnie umorusanym pyszczkiem, nie narysuje laurki, nie powie mi „mamo”. Jak być mamą bez dzieci? Gdy o ich istnieniu wiemy czasem tylko my? Gdy dla otoczenia ich odejście jest równoznaczne z niebytem i niepamięcią? Nie mogę zapomnieć postu Natkiszczerbatki będącego odbiciem moich myśli:

Urodziłam dwoje martwych dzieci - rok po roku. Jak radzicie sobie po stracie? Przecież trzeba normalnie dalej żyć! Ja czasami zupełnie nie wiem co robić ... Wpadam w dziwne stany, krzyczę, czepiam się wszystkiego bez powodu. Boję się że cierpi na tym moja córeczka (6 lat) - bo krzyczę wtedy na nią zupełnie bez sensu. Albo raptem zaczynam płakać - a ona patrzy na mnie i nie wie o co chodzi. Mam ogromną potrzebę mówienia o tym co się stało, ale mam wrażenie, że raczej nikt nie chce tego słuchać. Czuję głęboko, że moje dzieci gdzieś są i nie chcę o nich zapomnieć. Jak mówić o dzieciach których nie ma z nami, o których niewiele kto wie, że kiedykolwiek były? Mój mąż chyba milczenie w tym temacie potraktował jako obronę.

Znam kilka mam, którym mniej więcej w tym samym czasie urodziły się śliczne dorodne bobasy. Wiadomo: wokół nich zamieszanie, rozmowy, śmiechy. To naturalne, zazdroszczę im - ale nie ma we mnie zawiści ani złości kiedy patrzę na te dzieci. Są to słodkie stworzenia i ciągle wtedy powtarzam: "Jak to pięknie mieć takiego bobasa w domu!". Ja też byłam w ciąży prawie dziewięć miesięcy, rodziłam zupełnie normalnie tak samo jak rodzi się każde dziecko (tym bardziej że mój synek ważył prawie 3 kilo)... Drugim razem było podobnie, tylko ciąża była trochę krótsza: 6 miesięcy i dzieciątko było mniejsze ...

Szczęśliwe mamy opowiadają o swoich porodach, karmieniu bądź kłopotach z karmieniem. A ja? Tak jakby nic się nie zdarzyło, nie było ciąży, nie było ruchów dziecka, nie było porodów ani karmienia... Tylko piersi niestety pełne mleka z którymi musiałam walczyć żeby go więcej nie dawały. Mam żyć, jakby to nie były moje dzieci tylko jakiś wrzód który trzeba wyciąć, żeby wszystko wróciło do normy.

Trzeba mieć kamienną minę i udawać że nigdy żadnego dziecka nie było i nie miało być. Jak żyć z dziećmi których z nami nie ma? Przecież nie można i chyba nawet nie powinno się tego wykasować z życiorysu, tak jak się czasem kasuje jakieś przykre sprawy do których się nie chce wracać, przykre przejścia w życiu, które uważa się za rozdział zamknięty. Ten rozdział przecież nigdy się nie zamknie. Jak się zostało mamą w momencie poczęcia, to się już nią jest do końca świata! Tylko co zrobić jak nie ma dziecka? Tutaj, z nami, fizycznie?!

Jak być mamą bez wszystkich dzieci, które się nam urodziły? Nie wiem, naprawdę nie wiem...

22.07

Nasza miłość ma pod górkę. Choć tego nie chcę, włącza się mechanizm obronny blokujący uczucia. O tym jak bardzo już kocham to dziecko przekonałabym się pewnie w chwili jego straty. Teraz staram się o nim nie myśleć za dużo. Wiem, że jest. Wiem, że na niego czekam. Wiem, że je kocham. Ale tego wszystkiego nie czuję. Takie drobne kalectwo, dość powszechne wśród mam po przejściach w początkowym okresie ciąży.

24.07

Ogarnęła mnie dziś tak straszna tęsknota za Małgorzatką, że się po prostu rozpłakałam. To powraca falami. Potem odpływa, powraca spokój w sercu, a potem znowu, wystarczy słowo, wspomnienie... Nie ma na to rady. Wczoraj rozmawiałam z osobą, z którą ostatni raz widziałam się będąc w ciąży. Nie mamy wspólnych znajomych, nie mogła wiedzieć. I spytała co mi się urodziło. „Córeczka, która zmarła”. Musiałam jej to powiedzieć, jeszcze się kilka razy w życiu spotkamy, ale zrobiło mi się tak strasznie źle. Dopóki o tym nie muszę mówić obcym osobom jest mi łatwiej. A potem wieczorem rozmowa ze znajomymi, coś opowiadałam, chciałam to umiejscowić w czasie, powiedziałam, że było to trzy miesiące po śmierci Małgorzatki. „Kogo?” – spytał znajomy. „Naszej córeczki” – sprecyzowałam. On po prostu nie wiedział, że daliśmy kruszynce takie imię. A dziś robiąc porządki znalazłam dawne USG. Małgorzatka z profilu macha rączką, a na drugim widać jej stópkę. Cztery centymetry doskonałości. Te USG wydrukowaliśmy i nakleiliśmy na kartki Annie Geddens dla naszych rodziców. Prezent na Święta. Z liścikiem, że Małgorzatka ich kocha i do zobaczenia w kwietniu. Nie zobaczyli jej ani razu. Nikt jej nie widział poza nami i lekarzami. To czasem tak strasznie boli. I to że jej nie ma, że nigdy nie jej przytulę, nie opowiem bajki na dobranoc, nie zaprowadzę do szkoły. A tak bardzo bym chciała, tak bardzo...

26.07

Zły Duch znów przyleciał bezszelestnie i niezauważalnie. Siadł obok mnie sącząc zatrute monologi. Po pierwszym USG, kiedy przekonałam się że wszystko w porządku, że jest serduszko, że Maluszek mieszka tam gdzie powinien trochę się uspokoiłam. Wrócił mi ostrożny optymizm – jak nazywałam ten stan. A teraz za tydzień kolejne USG. To właśnie na drugim USG dowiedziałam się, że jednak nie będę mamą bliźniaków. Więc Zły Duch snuje wizje tego, co czeka mnie za tydzień. Lekarz przykłada głowicę USG do mojego brzucha, długo szuka, na ekranie mała nieruchoma plamka, za mała... „Pani Aniu, tak mi przykro...”. Widzę siebie jak jadę do Instytutu, jak leżę na łóżku a we mnie już nie ma Maleństwa, widzę moją zapuchniętą od płaczu twarz... To wszystko tak realne, jakby już się zdarzyło. Zły Duch szepcze: „No nie sądzisz chyba, że może być inaczej? Przecież wiesz ile ciąż obumiera, a ty na pewno masz tą wadę w genach, sama rozumiesz, nie masz żadnych szans, to musiało się tak skończyć. Jesteś do niczego, nigdy nie będziesz mieć swojego maleństwa.” Za tydzień USG. Boję się potwornie. Każde ukłucie w brzuchu, każdy cień bólu przyprawia mnie o atak lęku. Muszę myśleć pozytywnie. Naprawdę staram się. Tylko mi to ciągle nie wychodzi.

29.07

Dzwoni komórka. Po drugiej stronie znajomy głos dr Ewy Obersztyn. Po tonie poznaję, że wyrok nie zapadł. „Pani Aniu, w pani DNA nie wykryto nieprawidłowego genu” Czuję, jakbym się ponownie narodziła. Ulga, ogromna ulga. Rozmawiamy co dalej, jakie ewentualnie badania mogę jeszcze zrobić. Bo mozaikowatości genu (czyli że gdzieś tam, w co którejś komórce u mnie jest) wykluczyć się nie da, ale i nie da się jej potwierdzić. Ustalamy, że zrobię amniopunkcję i będę regularnie robić USG by kontrolować jak rozwija się Maleństwo. Mój ostrożny optymizm osadza się na coraz mocniejszych fundamentach.

30.07

Tak bardzo chciałabym całemu światu obwieścić, że Maleństwo jest już w drodze, móc w pełni się tą ciążą cieszyć. A jednak nie potrafię. Ten lęk pod sercem wciąż jest. I ta obawa, że gdy powiem, to kilka dni później będzie trzeba odwoływać wszystkie plany i marzenia. Zatem ta ciąża toczy się niejako w utajnieniu. Trochę mi tego szkoda, nawet bardzo szkoda, ale wiem, że nie potrafię inaczej. Przynajmniej na razie... jeszcze nie...

POŻEGNANIE Z MAŁGORZATKĄ

03 sierpnia 2004

Dziś drugie USG – na wizytę szłam jak na najkoszmarniejszy egzamin. Od rana wszystkie objawy stresu: rozwolnienie, żołądek pod sercem, serce wali jak oszalałe. Wyobraźnia znowu podsuwa czarne scenariusze: „Tak mi przykro, dziecko nie żyje, obumarło, serduszko nie bije...” Na ekranie nieruchoma plamka, która miała być naszym szczęściem. Tylko tego normalnego, najzwyklejszego scenariusza, wyobraźnia nie widzi. Jedziemy jak na wyrok, choć Mąż uparcie mówi, że będzie dobrze. Trzyma mnie za rękę, gdy na ekranie pojawia się maleństwo. Dr Góźdź po kolei mówi co widzi i że według niego wszystko jest w porządku. Taki nudny, zwykły medycznie przypadek. Dla nas najcudowniejszy pod słońcem. Staramy się nie mówić głośno jacy jesteśmy szczęśliwi, by nie obudzić złego.

09.08

Dziś na niebie działy się cuda – wokoło wielki błękit, tylko kilka pierzastych obłoków, a spod jednego spływała w dół świetlista tęcza. Patrzyłam jak urzeczona, bo tak piękną tęczę w tak słoneczny dzień widziałam chyba pierwszy raz w życiu.

A potem przypomniałam sobie tą noc, gdy umarła Małgorzatka. O czwartej rano położna dotknęła mojej ręki. „Może pani iść zobaczyć córeczkę”. Półprzytomna patrzyłam na nią nie bardzo rozumiejąc, dlaczego akurat teraz powinnam iść do niej. „Ona właśnie umarła”.

Poszłam do łazienki obmyć twarz. W lustrze zobaczyłam śmiertelnie smutne oczy. Przez sekundę przeleciała mi myśl, czy ja jeszcze kiedykolwiek będę szczęśliwa? Poszłam na górę. Małgorzatka leżała w inkubatorze. Chciałam ją wyjąć i ostatni raz przytulić. „Może lepiej nie?” – pielęgniarka na dyżurze mimo iż nie raz pewnie widziała jak odchodzą dzieci, wciąż nie bardzo wiedziała co jest lepsze dla ich mam. Ale ja musiałam się z nią pożegnać. Wyjęłam jej maleńkie ciałko. Była tak lekka, 1070 gram, niewiele więcej niż torebka cukru. Usiadłam w tym samym fotelu w którym tuliłam ją kilka godzin wcześniej. Głaskałam i całowałam jej główkę i szeptałam, że bardzo ją kochamy, że na zawsze będzie naszą kochaną córeczką i że nigdy jej nie zapomnimy.

Było cicho, jakiś maluszek w inkubatorze zamruczał przez sen, potem znowu słychać było tylko tykanie zegara i moje łzy spadające na poręcz fotela. W końcu ucałowałam ją po raz ostatni. Włożyłam do inkubatora i przykryłam pieluszką. Tak jakby spała, nie miałam siły zasłonić jej twarzyczki. Po raz ostatni pogłaskałam ją po dłoni, tak maleńkiej...

Wyszłam na korytarz. Za oknem snuła się bura noc. Zmęczone latarnie przeglądały się w kałużach, z nieba siąpił niezdecydowany deszcz pomieszany ze śniegiem. Patrzyłam na zamierające krople. Coś w moim życiu skończyło się bezpowrotnie. Wraz z Małgorzatką umarł kawałek mnie, umarła Ania - wieczna optymistka. Wiedziałam, że nasza córeczka nie miała żadnych szans, że nic nie mogło jej uratować. Rozumem wiedziałam wszystko. Ale rozum nie chodzi w parze z sercem. Nie mogłam się pogodzić z wyrokiem jakie moje dziecko dostało od losu. Patrzyłam w szare niebo, a wewnątrz mnie wszystko wyło z rozpaczy. Dlaczego? Dlaczego moja córeczka? Dlaczego właśnie ona? Może w oczach miałam za wiele łez i dlatego nie dostrzegłam odpowiedzi. Lecz choć już prawie nie płaczę, nie widzę jej do dziś. Może po prostu nie ma żadnej sensownej odpowiedzi na śmierć dziecka. Bo cokolwiek dobrego miałoby z tego wyniknąć, cena była zbyt wysoka. I nie sposób się z nią pogodzić.

15.08.

Dwa dni temu Natalijka – córeczka mojej przyjaciółki - skończyłaby rok. Byłby tort, prezenty i dużo śmiechu, lecz przede wszystkim byłaby ogromna miłość i radość. Że stał się cud, że jest z nimi. Byłaby ciekawską dziewczynką i nikt by się nie domyślił ile wycierpiała w pierwszych dwóch miesiącach życia. Rodzice byliby z niej dumni, a ona byłaby z nimi po prostu szczęśliwa. Zamiast tego wszystkiego, tabliczka na grobie z krótkimi datami: 13.08.2003 – 10.10.2003. I wspomnienie przy jej światełku:

„Była niezwykle dzielna i z determinacją - zadziwiającą nawet lekarzy - walczyła o życie. Uśmiechała się i otwierała oczy na dźwięk mojego głosu. Była naszym prywatnym cudem. Dla chwili kiedy się urodziła i następnych 57 dni warto było żyć. Dziś czasem myślę, że mi się przyśniła. Cieszę się, że miałam cesarskie cięcie, blizna jest najbardziej namacalnym dowodem na to, że była.”
Jak pogodzić się z taką śmiercią?

Dziś taki zwykły dzień. Pracy w domu i przy zdjęciach dużo. To dobrze, mimo wszystko lepiej jest mieć mało czasu by myśleć. Pojechaliśmy na zakupy. Daleki znajomy – miałam nadzieję, że nas nie zauważy. Zauważył. Także to, że nie mam już brzuszka. „To co wam się urodziło?” Pyta i czeka na dobre wieści. „Córeczka, ale umarła” – mówię to tak po prostu, nawet nie płaczę, jakbym mówiła że wakacje się nie udały, ale zdarza się. Bo cóż więcej mogę powiedzieć w supermarkecie, na przelotnym spotkaniu? Tylko w środku cała aż kulę się po takim pytaniu.

Tymczasem mam totalną schizofrenię. Boję się zrobić porządek w szafie i wynieść na strych sukienki w które się zaraz przestanę mieścić. Bo poprzednio wyniosłam ubrania, a po miesiącu je znowu znosiłam. Boję się kupić spodnie ciążowe, bo może jak już je kupię to przestaną mi być potrzebne....

Czuję się dziś tak zmęczona psychicznie, że najchętniej bym się zaszyła w kąciku i obudziła w marcu na sali porodowej. Najlepiej z Maleństwem przy boku. Źle, bardzo mi dziś źle. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale wyjęłam z szafy koszulę nocną w pingwinki. Kupiliśmy ją do szpitala w przeddzień porodu. Pomyślałam, że choć tak mogę być bliżej Małgorzatki.

Córeńko kochana, gdzie ty jesteś? Dlaczego nie śpisz teraz obok mnie? Przecież to nie tak miało być, nie tak... Nasze słoneczko o poranku, nasza wieczorna gwiazdeczko. Siedzę na łóżku i płaczę. Nie za głośno, by nie martwić Męża. On czuje się tak bezradny wobec moich łez, tak bardzo chciałby mnie ochronić przed złym światem, ale przed tą rozpaczą nic mnie nie obroni. Łzy duszą mnie za gardło. Czy jesteś tam szczęśliwa córeczko, czy nic cię nie boli, czy uśmiechasz się do mnie, bo wiesz, że się spotkamy? Czy też już nigdzie poza moją pamięcią cię nie ma? Kruszynko moja, żeby choć raz móc cię jeszcze przytulić, ucałować, spojrzeć w twe grafitowe ślepka...

Wyję z rozpaczy i tęsknoty. Minęło tyle miesięcy, już prawie było dobrze, już prawie nie cierpiałam, ale rozpacz powróciła czarnym przypływem. I jeszcze nie raz powróci. Pingwinki na koszulce pogodnie się obejmują. Chyba przytulę się do tej koszulki, zwinę w kłębuszek i spróbuję nie myśleć. Może uda mi się zasnąć. Może mi się przyśni moja kruszynka. Może jutro będzie lepiej.

„Gdy przytłacza nas ciężar dnia dzisiejszego, pamiętajmy, że jutro też zbudzi się dzień.” – napisał mi znajomy po śmierci Małgorzatki. Muszę tylko w to jutro spróbować uwierzyć.

MĘŻCZYŹNI A ŻAŁOBA I FORUM

16.08

A dziś jest znowu dobrze. Tak jakby wczoraj to nie były moje łzy, nie moja rozpacz. Więc staram się cieszyć takim dniem, zebrać siły na dalsze życie. Czasem sama się sobie dziwię, że na co dzień to już mnie tak śmierć Małgorzatki nie boli. Kiedyś nawet myślałam, że może wyrodna mama ze mnie, że jej nie kocham. Ale dziś wiem, że to po prostu tak jest. Nie da się cały czas żyć w rozpaczy. I chyba tak jest dobrze.

Bardzo pomagają mi rozmowy z innymi mamami po stracie w sieci. Godzinami czytam ich posty a potem piszę, piszę... Z każdym słowem jakoś ta moja rozpacz staje się bardziej oswojona. Mąż tego nie rozumie – widzi jak siedzę przed komputerem i chlipię po cichu i boi się, że rozdrapuję rany, że niepotrzebnie wracam. A ja muszę, po prostu muszę gdzieś się wypłakać. Rozmowy z nim są inne, jak to rozmowy z facetami. Muszą do czegoś konstruktywnie prowadzić, choćby do tego, że kiedyś będziemy szczęśliwi. Ale rozmowy kobiet są inne - dla nas rozmowa jest bardzo często po to by poczuć że ktoś inny nas rozumie, wysłucha, by przejrzeć się czasem w odczuciach innych i zobaczyć że są takie jak nasze, a zwykle by po prostu wyrzucić z siebie to co czujemy. Mówienie pomaga nam ułożyć sobie różne myśli w sobie. Nie ja jedna godzinami siedzę w sieci i nie ja jedna tym samym mój związek wystawiam na ciężką próbę. W końcu piszę post: „Mężczyźni a żałoba i forum”

Kochane dziewczyny! (i chłopaki też!) Tak mnie do tego postu zainspirowało nasze ostatnie spotkanie a konkretnie rozmowa z mężem Mharrison. Dla którego jej siedzenie na forum jest nie do końca zrozumiałe, bo przecież jest jeszcze dwoje dzieci które jej potrzebują. Ja po śmierci Małgorzatki miałam potworną potrzebę siedzenia w sieci i rozmowy, rozmowy i jeszcze więcej sieci. Wstukiwałam obsesyjnie w wyszukiwarki „śmierć dziecka”, „choroby genetyczne”, „poronienie”, „tragedia” i czytałam, czytałam, czytałam... Po kilka godzin dziennie. Przez miesiąc mąż starał się rozumieć i chodził na paluszkach, przez drugi wydało mu się że trwa to za długo i zaczął chrząkać znacząco, w trzecim stwierdził wprost, że to niepotrzebne rozdrapywanie ran, że mi to szkodzi, że powinnam się od tego odciąć. A ja właśnie gdzieś tam zaczęłam wychodzić psychicznie na prostą, ale jeszcze potrzebowałam (do dziś potrzebuję) bardziej kontaktu z wami niż z ludźmi których znałam do tej pory. Bo z większością po prostu nie miałam o czym rozmawiać. W ich świecie nic się nie zmieniło, w moim – wszystko.

Zaczęły się w domu awantury (oboje jesteśmy cholerykami). Bo myślę że dla mojego męża dodatkowym obciążeniem było widzieć jak siedzę przed kompem i nagle płaczę. A on nic nie może zrobić, nie może ochronić mnie przed tym złym światem. I z tej bezsilności rodziła się agresja i prosty algorytm informatyka:: „jeśli siedzenie na forum = płacz = nie pozwolić żonie być na forum = nie będzie płakać = będzie szczęśliwa”. Ale ja czasem właśnie tego płaczu potrzebowałam. Prosiłam, tłumaczyłam, walczyłam by zrozumiał, że kobieta musi z siebie wyrzucić te wszystkie emocje, że to trwa, ale minie. Doszło do tego, że na sieć wchodziłam gdy go nie było, by unikać kolejnych scysji, ale czułam się z tym źle, jak winowajca, a poza tym do cholery dlaczego miałam się ukrywać we własnym domu z własnym życiem?!

W końcu zawarliśmy pakt o nieagresji (Melka – dzięki za podpowiedź co robić!). Jakoś do niego dotarło, że ma do wyboru: albo będę biegać po psychologach na terapię i będzie mi w tym musiał towarzyszyć (co było dla niego przerażającą wizją!), albo nie będzie się wtrącać do mojego bywania na forum. Z czasem jakoś wyhamowałam z siecią. Niekiedy mam potrzebę i robię sobie maraton po kilka godzin. A potem nie ma mnie przez tydzień. A czasem wchodzę na kilka minut kilka razy dziennie. W jakimś sensie jesteście moim „życiem towarzyskim” na które w realu często nie bardzo mam ochotę.

Mężczyźni śmierć dziecka przeżywają równie mocno jak my, tylko oni koncentrują się na konkretnym działaniu, a rozmowa o tym co się stało, wracanie do tego traktują jako rzecz niepotrzebną bo zbyt bolesną. Bo skoro nie można tego zmienić to trzeba zając się tym co jest do zrobienia na przyszłość. A my musimy się wygadać.

Mój mężczyzna bardzo stara się mnie zrozumieć. Tylko tak bardzo chciałby bym już nie płakała, bo cóż on może zrobić z mymi łzami? Powtarzam mu, by je obcierał, z czasem będzie ich mniej, a mnie więcej szczęśliwej. Ale na to potrzeba jeszcze wiele łez, i rozmów, i długich listów...

18.08

Za kilka dni moje urodziny. Mąż pyta jaki prezent chciałabym otrzymać. Urodziny... W tym roku skończę 36 lat. „Nie za późno się państwo zabraliście za te dzieci?” – spytała lekarka podczas jednego z badań. Bardzo życzliwie, bez wścibstwa, ot po prostu widzi dwoje naprawdę zakochanych w sobie ludzi i zastanawia się czemu tak długo odwlekaliśmy decyzję o rodzicielstwie. A my po prostu się długo w życiu szukaliśmy. I właściwie jak tylko się znaleźliśmy to wiadomo było, że dzieci będą. Daliśmy sobie rok na bycie tylko we dwoje. A potem już dzieci zaczęły do nas wędrować, tylko wciąż nie mogą dotrzeć... Nigdy wcześniej mój wiek mi nie przeszkadzał, zauważałam go, ale nie był mi wrogiem. A teraz czuję, że czas staje przeciwko mnie.

Kiedy w końcu nasze dzieci zostaną z nami tu, na ziemi? Pytasz kochanie, czego pragnę na urodziny... Mam ochotę niczym Małgorzata Bułchakowa (to po niej było imię naszej córeczki) wykrzyczeć, że chcę by natychmiast, zaraz, oddano mi moją Małgorzatkę. Ale Wolanda tu nie ma. Nikt nie słyszy krzyku. Ach kochanie, ty wiesz czego pragnę na urodziny. Byśmy następne obchodzili już z Maleństwem. Obiecaliśmy to sobie wszak i rok, i dwa lata temu, czyż mogliśmy przypuszczać, że będzie inaczej?

SPOTKANIA PO STRACIE

19.08

Mój stan coraz trudniej ukryć. Zaokrąglony brzuszek może jeszcze od biedy uchodzić za „oponkę”, ale już niedługo będzie zdradzał mieszkającego tam sublokatora. Zatem nieśmiało zaczynam o ciąży mówić. Chyba najtrudniejsze jest to, że większość osób absolutnie nie jest w stanie wczuć się w moją sytuację. Na wieść, że maleństwo jest w drodze mówią zwykle „teraz na pewno będzie dobrze, musisz nie myśleć o tym co się stało, postarać się zapomnieć, nie wolno ci płakać, zobaczysz, że będzie dobrze”. Tak, tak, wiem, rozumiem, ale przecież nie da się zapomnieć przeszłości. Nie da się od czasu do czasu nie płakać. Nie umiem przekazać innym moich lęków. Czuję się czasem tak bardzo osamotniona w swoich uczuciach. Może dlatego tak chętnie wracam na internetowe fora. Bo tam spotykam podobne sobie, poranione przez życie mamy, które nie usiłują mówić że na pewno będzie dobrze. Bo jak będzie nikt nie wie.

Bywa też inaczej. Zadzwonił znajomy z dawnej pracy. Jego córeczka urodziła się miesiąc po śmierci Małgorzatki. Wtedy zadzwonił by usłyszeć od nas dobre wieści, śmierć naszego dziecka była dla niego wielkim szokiem, bardzo to przeżył. Wymieniliśmy kilka maili – rozmowa (choćby tylko przez telefon) była za trudna. A potem między nami zapadła cisza. Nie dzwoniłam, bo cóż mogłabym powiedzieć, podobnie pewnie myślał i on. A teraz dzwoni, tak po prostu, powiedzieć że w firmie często o mnie rozmawiają i mają nadzieję, że wyniki wyszły nam dobrze. Wiem ile odwagi wymaga od szczęśliwego rodzica kontakt z osieroconą mamą. Powiedziałam mu, że jest naprawdę odważny i jak bardzo jestem mu za to wdzięczna. Myślę, że jak już będę po amniopunkcji to z radością do nich pojadę. By wraz ze mną cieszyli się moim szczęściem, tak jak wcześniej przeżywali moją tragedię.

Ale spotkania z ludźmi są trudne. Mam wręcz przymus mówienia o mojej zmarłej córeczce, a z drugiej strony wiem, że wywołuję tym konsternację. Inne młode mamy nie chcą wiedzieć o śmierci dzieci, chcą pozostać w swoim bezpiecznym świecie – mnie ten ich bezpieczny świat wręcz fizycznie boli, bo już nigdy nie będę mogła do niego wrócić. Jedna z kiedyś bliskich mi dziewczyn po śmierci Małgorzatki przez trzy miesiące nie miała sił by zadzwonić, choć pewnie myślała o mnie co dzień. W końcu wybrałam jej numer – tak bardzo chciałam jej powiedzieć co czuję, przytulić się do jej ciepła, wyrzucić z siebie mój żal. Nie dała rady. Uciekła zmieniając temat. Wieczorem napisałam do niej list, kolejny w poczcie do nieba:

„Nie wyślę ci tego listu. Ale to nie ma znaczenia, po prostu muszę go napisać. Może nawet bardziej dla siebie niż dla ciebie. Przeżyłyśmy w życiu wiele chwil: tych lepszych i tych gorszych. Pamiętasz nasze godzinne rozmowy o rzeczach – wtedy nam się tak zdawało – bardzo istotnych? Egzaminy, faceci, uczucia i wartości... Miałyśmy wspólne marzenia i plany. Tak wiele z nich udało nam się zrealizować. Pamiętasz, jak sobie obiecywałyśmy wspólne spacery z wózkami? A teraz ty masz wózek, a ja pustkę w sercu. I między nami rośnie szklany mur. Nie dzwonisz, nie wysyłasz SMS, nie piszesz. Mieszkasz niedaleko, w tym samym mieście, ale jeśli się nie umówimy, to nie wpadniemy na siebie na ulicy. Tak bardzo chciałabym ci powiedzieć o tym co się stało, o tym co czuję, o tym jak mi źle. Popłakać przy tobie i wiedzieć, że po prostu będziesz obok. Zadzwoniłam. Chciałam pogadać tak od serca. Ale się chyba tego przestraszyłaś, szybko zmieniłaś temat na neutralny. Niepotrzebnie kochana. Ja już umiem nie płakać. Umiem rozmawiać o tym co się stało. Są chwile gdy mam ochotę oskarżyć cały świat i wykrzyczeć wszystkim swoją rozpacz, ale nie miej poczucia winy, że nie umiesz sobie wyobrazić tego co przeżywam, że masz zdrowe dziecko. To co się stało przerosło nas wszystkich.
Potrzebuję cię. Teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Nie bój się mnie i moich łez.
Po prostu pozwól mi być sobą i bądź obok.
Dla mnie wciąż jesteś moją przyjaciółką.”


A potem w końcu się spotkałyśmy. Powiedziałam jej to wszystko. Nic już nie będzie takie jak dawniej, ale przynajmniej możemy porozmawiać. Także na te trudne tematy. Tragedie dość okrutnie weryfikują znajomości. Śmierć dziecka jest doświadczeniem na tyle ekstremalnym, że po prostu nie wiadomo co robić, co mówić. Bo cokolwiek się powie, zabrzmi to płytko i bez sensu. A jednocześnie, najgorsze co może się przytrafić po stracie, to zostać w pustce, gdy wszyscy taktownie przestają dzwonić i pisać maile.

20.08

Nie da się wciąż bać. W końcu zaczęłam przeszukiwać Allegro pod hasłem „odzież ciążowa”. Bałam się ,że coś kupię i nim przyjdzie paczka, te ubrania nie będą mi już potrzebne. Od razu poprawił mi się humor, gdy znalazłam te spodnie. Piękna szkocka krata, materiał ciepły, akurat na zimę, jakoś tak poczułam się naprawdę przyszłą mamą. Wieczorem znów siedzę w internecie. Na jednym z forów w wątku „sierpniowe mamusie” dziewczyny mające termin porodu na sierpień od kilku miesięcy piszą sobie o tym jak rosną im dzieci, co jedzą, jak się czują, ot takie normalne życie kobiet w ciąży cieszących się swym odmiennym stanem. I dzisiaj – tragedia. Jedna z nich urodziła martwą córeczkę. Chyba udusiła się pępowiną...

Na „sierpniowych mamusiach” rozpacz i przerażenie. Kilka postów, że to takie straszne. Wykrzykniki rozpaczy, że takie niesprawiedliwe, że jak można było dopuścić, gdzie lekarze... Miałam wrażenie że mniej tam było współczucia, a więcej strachu o ich przyszłość. I nawet rozumiem tą ich panikę spowodowaną lękiem o swoje ciąże, bo skąd szczęśliwe mamy mogą wiedzieć, że tak się zdarza, bez niczyjej winy, po prostu niekiedy przed porodem dzieci umierają? Ale potem, po kilkunastu minutach, jakby nic się nie stało, w tym samym wątku post z pytaniem jak tam gulasz i drożdżówki, które jedna z nich tego dnia robiła i przypaliła na wieść o tej tragedii.

Nie wiem, może to dla odreagowania tego trudnego tematu, a może kompletny brak wyobraźni. Niechby choć dzień jeden poświęciły tylko na współczucie i psychiczne wsparcie dla tamtej mamy, która przecież wróci na to forum by podzielić się swoim bólem. Albo tylko wejdzie tam by przeczytać wyrazy współczucia, bo będą jej bardzo potrzebne. Ale może to faktycznie jest tak, że ktoś przeżywa swoją tragedię, ale to nie nasza historia, nie nasz ból, więc te drożdżówki i gulasz są równie ważnym tematem do pogadania. Lecz w takim dniu, po takiej wiadomości aż się prosi, by raz chociaż spojrzeć ponad czubek swego nosa i po prostu współczuć. Albo milczeć, jeśli nie umie się nic powiedzieć.

URODZINY

22.08

Dziś są moje urodziny...

Rok temu obchodziliśmy je nad Wigrami. Wiedziałam już, że jestem w ciąży. Moja przyjaciółka składając życzenia wyszeptała by wszystko spełniało mi się jeszcze piękniej niż sobie to wymarzę. Dwa tygodnie potem okazało się, że to ciąża bliźniacza. Byłam wniebowzięta, całe życie marzyłam o bliźniakach. Taka radość! Miały urodzić się na Wielkanoc, cudowny termin, planowaliśmy wakacje nad morzem i w górach, patrzyłam czy dwa foteliki się zmieszczą w samochodzie... I miałam taką piękną wizję-marzenie: nasza czwórka na spacerze i dyndające nóżki z dwóch nosidełek. Dzień przed następnym USG podzieliliśmy się radością z rodzicami. Niech wiedzą, co ich czeka! A potem wizyta u dr Góździa. Tak chciałam by Krzyś zobaczył nasze maluszki, by był z nich dumny tak jak ja... Długie szukanie drugiego dziecka... „Pani Aniu, przykro mi... od kiedy są te nowoczesne USG wykrywa się czterokrotnie więcej ciąż bliźniaczych, ale nie rodzi się więcej bliźniaków... Drugie dziecko ma się dobrze.”

Wróciłam do domu zapłakana. Dlaczego to dziecko odeszło? Taka absurdalna myśl, że może lekarz się pomylił, że ten maluszek gdzieś się schował, że to nie może być prawda. Szalone myśli, że może zaraz będzie owulacja i jeszcze się uda by to były bliźniaki. Bunt wobec losu, żal, wściekłość. Skoro zabrano mi maluszka, to nie chcę i drugiego, chcę mieć znowu moje bliźniaki! Czy Zły Duch czeka na słowa rzucone nieopatrznie w złą godzinę by spełnić je z szatańskim chichotem w najbardziej przewrotny sposób?

Czuję się dziwnie. Rok temu urodziny w ciąży, teraz tak samo. Nieustające, wielkie oczekiwanie na dziecko.

28.08

Dzisiejszy dzień... Trudny, bardzo trudny. W południe był pogrzeb Babuni. Kiedy siedzieliśmy w kościele przy jej trumnie – myślałam o pogrzebach tych wszystkich dzieci, które poznałam dzięki spotkaniom w sieci. I o tym jak bardzo ich śmierć była absurdalna, jak bardzo nic w życiu nie przeżyły. Odejście Babuni – choć pełne smutku jak każda śmierć – było naturalnym końcem jej pięknego życia. A odejście naszych dzieci? Czasem nie umiem sobie z tym poradzić...

Tego dnia po południu dziewczyny z forum miały spotkanie. Wpadłam do nich po 18-stej – wszyscy jeszcze siedzieli, rozmawiali. Te spotkania mają w sobie tyle ciepła i (paradoksalnie!) tyle radości życia. Dla osób z zewnątrz musi to wyglądać co najmniej dziwnie, bo nie siedzimy w kółku i nie opłakujemy swych dzieci, lecz po prostu jesteśmy razem. Spotykamy się troszkę wiedzione ciekawością jak wyglądają osoby, z którymi w sieci tyle ważnych słów zamieniłyśmy, lecz przede wszystkim po to, by poczuć to ciepło i by upewnić się, że nikt z nas nie jest sam ze swoją tragedią. Zwykle panowie są w mniejszości.

I zwykle zawsze jest jakieś dziecko... Tym razem był to Tomeczek. Żywiołowy jak każdy roczny maluszek, podskakujący na kolanach mamy, domagający się jej i naszej uwagi. I pomyślałam wtedy, że on przecież będzie całkiem szczęśliwym facetem. Ma kochających rodziców, jest fizycznie sprawny, więc będzie mógł się o siebie zatroszczyć, kocha życie, a ono mu się odwzajemni tym samym. On „tylko” nie widzi, ale to nie przekreśla szans na udane życie. I pomyślałam sobie: „Jaka szkoda, że Małgorzatka nie mogła być „tylko” niewidoma...” Kiedyś wydawało by mi się to końcem świata, tragedią nie do przeżycia, teraz wiem, że to byłby po prostu inny scenariusz na życie. Wbrew pozorom, wcale nie najgorszy.

SNY

30.08

Dziś nad ranem przyśniła mi się Małgorzatka. Dziwny i piękny sen, pełen ciepła i radości. Może to wpływ wczorajszych rozmów z dziewczynami o zdjęciach Małgorzatki, a może to znak? W sumie to bez znaczenia. W tym śnie zostawiłam ją na szpitalnym łóżeczku, ze świadomością, że ona już nie żyje. Biedne malutkie ciałko, takie jak to które widziałam po raz ostatni w inkubatorze. I przyszłam do niej nad ranem, a ona siedziała i wołała radośnie „Mama!”. Miała dwa latka, marchewkowe włosy związane w nierówne kucyki. Patrzyłam na nią z rozczuleniem, że włosy ma po mnie, a orzechowe oczka po tacie. A ona ze śmiechem zawołała: „Baw się ze mną!”. Zauważyłam, że połowa jej ciałka jest bezwładna, ale to w niczym jej nie przeszkadzało. Chwytała mnie rączką, odbijała się nóżką i już po chwili obejmowała mnie tą jedną łapką za szyję. „Kocham cię Mamusiu” - roześmiała się przytulona, a ja się obudziłam. Pod powiekami miałam jeszcze to moje marchewkowe, szczęśliwe cudo. Moja kruszynko, wygląda na to, że tam gdzie jesteś, jesteś naprawdę szczęśliwa...

Jeszcze przed wywołaniem porodu bałam się, że będą mnie prześladować koszmary, ale nie. Przyśniła mi się dwa razy. W pierwszym śnie trzymałam ją na rękach i śpiewałam kołysankę, a ona rosła, rosła, aż zeskoczyła na ziemię. Roześmiana trzylatka z kucykami i ognikami w oczach patrzyła na mnie jakby zrobiła mi wspaniały kawał. Taki dobry, pogodny sen. A potem śniła mi się po raz drugi. Zupełnie inaczej. Byłam w szpitalnej sali, a przede mną w inkubatorach leżały wcześniaczki. Stałam obok nich i czułam, że jedno z tych dzieci to moja Małgorzatka, tylko nie wiedziałam które. I patrzyłam bezradnie na te maleństwa, gotowa pokochać moją córeczkę, już ją kochając, tą wcześniej nie widzianą kruszynkę. Teraz przyszła do mnie po raz trzeci...

31.08

Tradycyjnie od rana wszystkie objawy stresu. Rozwolnienie, kołatanie serca, nie mogę zebrać myśli, ani przełknąć kanapki. Bo dziś będzie kolejne USG u dr Darka Góździa. Boję się potwornie tego co mogę usłyszeć. Tym razem jednak czekają nas same dobre wieści. Widoczne rączki i nóżki, kość nosowa, zrośnięty brzuszek i cały kręgosłup. Serduszko bije. – „Nie widzę tu nic nieprawidłowego” – mówi lekarz w skupieniu oglądając nasze małe szczęście. – „Jeszcze sobie to trzeba potwierdzić u dr Zwolińskiego, ale według mnie wszystko jest OK.”. Dr Jerzy Zwoliński będzie oglądać maleństwo na najnowocześniejszym sprzęcie w Instytucie Matki i Dziecka. Mam szczerą nadzieję, że powie mi to samo. Że uzna Maleństwo za najbardziej nudny i banalny medycznie przypadek.

W oczekiwaniu na dziecko po stracie jest jakaś nieznośna wtórność. Patrzę na USG i nie potrafię jak wtedy przy pierwszej ciąży cieszyć się cudem, że oto dziecko ma już kilka cm, jak bardzo urosło, jakie jest silne. Bo po głowie chodzi wciąż myśl: „I co z tego? Małgorzatka też tak pięknie rosłą, a nie ma jej z nami” Te wszystkie słowa, które mówią przyszli szczęśliwi rodzice, przecież my tez je mówiliśmy i nic się nie spełniło... „Będziemy mieć małą podróżniczkę” „Musimy kupić wózek który się łatwo chowa do bagażnika” „Ciekawe do kogo będzie podobne” „Jakie imię mu nadać?”

A teraz znowu mamy te same plany, te same słowa, tylko jeszcze poczucie że to już było, że rok temu te same słowa, te same plany... Na półce pokrywa się kurzem książka o dziewięciu najpiękniejszych miesiącach. Czytałam ją do poduszki czekając na Małgorzatkę. Teraz nawet nie mam sił by ją przekartkować, bo cóż tam znajdę? Same „kacze pierdoły” jak określa mój tata rzeczy mało ważne. Bo tak naprawę ważne jest czy lekarz wykonujący USG będzie umiał zobaczyć czy pępowina jest trójnaczyniowa, czy serce ma cztery komory, czy dziecko prawidłowo się rozwija. A jeśli coś jest nie tak, to czy będzie umiał postawić właściwą diagnozę. Ale o tym w takich książkach nie piszą. Nie ma ani słowa o zdrowych dzieciach umierających na skutek bezobjawowych zakażeń bakteryjnych czy uduszenia pępowiną, ani chorych, które można było uratować, ani jak przeżyć śmierć dziecka. Poronienie zajmuje pół strony zapewnień, że nawet jeśli się zdarzyło, to na pewno następnym razem się uda. Jest za to dużo o pozytywnym myśleniu, relaksie, dobieraniu optymalnej diety. To pewnie też jest ważne, ale poznawszy ciemną stronę macierzyństwa nie umiem już wprząc się w marketing szczęśliwego oczekiwania na dziecko. Choć oczywiście czekam, wciąż czekam z miłością i nadzieją na Maleństwo.

01.09

Dziś taki psychicznie zdechły dzień. Jeden z tych, które warto by po prostu przeczekać w kąciku, przeleżeć pod kołdrą w łóżeczku. Nawet by napisać w sieci nie mam dziś siły. To ta data, tak radosna dla wszystkich, a dla nas tak smutna. Dzieci idą do szkoły, wpadają w objęcia przyjaciół niewidzianych przez wakacje, zajmują miejsca w ławkach, układają w teczce zeszyty. A tyle dzieci, których mamy poznałam w sieci, do szkoły nigdy nie pójdzie...

02.09

Wieczorem rozmowa z przyjaciółką ze szkolnych lat. Będzie rodzić przez cesarskie cięcie, ma termin na 10 września, chyba że jej synek zdecyduje się na wcześniejsze przyjście. Tak potwornie się o nią martwię, by wszystko było dobrze, by jej dziecko urodziło się całe i zdrowe. To wydaje się taką oczywistością, lecz znam tyle historii o tym jak czekano na termin, czasem po terminie, dziecko się nie śpieszy, proszę się nie martwić, na pewno będzie dobrze. A potem rozpacz – bo dobrze nie było. I obsesyjnie powracające pytania bez odpowiedzi, że może gdyby wcześniej, gdyby ktoś zauważył, gdyby wiedzieć... Puste ręce, które miały tulić dziecko, a muszą ubrać je do trumienki. Kiedyś wierzyłam w fatalistyczne przeznaczenie. Takie jak z greckiej tragedii: że choćbyś na koniec świata wyruszył, to i tak cię dopadnie. Zatem może jeśli losem dziecka jest odejść – odeszło by i tak? Ale jak się z tym pogodzić, jak dalej żyć? Tak bardzo chciałabym, by nikt z moich przyjaciół nie musiał sobie na takie pytania odpowiadać. Więc po prostu staram się nie dopuszczać do siebie złych myśli i na wszelki wypadek proszę Boga, by ją oszczędził.

03.09

Nasze zmarłe dzieci zmieniły nasz świat chyba na zawsze. Dziś przyszło zaproszenie na ślub Melki_x. Proste i eleganckie, z datą i miejscem szczęśliwego wydarzenia. I na dole adnotacja: „Będziemy bardzo wdzięczni, jeśli zamiast kwiatów przekażą Państwo niewielkie kwoty obecnemu na ślubie wolontariuszowi Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci www.hospicjum.waw.pl Dziękujemy”

Przed moim ślubem też o tym myślałam, ale nie miałam pojęcia jak to zrobić. W czasach, gdy nawet świąteczne życzenia wysyła się e-mailem bo adresowanie kopert jest zbyt obciążające, proszenie o dokonywanie wpłat na szczytny cel jest zwykle prośbą w próżnię. Bo trzeba wypełnić przelew, pójść do banku... Dałam sobie spokój. Natomiast Melka przed drukiem zaproszeń poradziła się dziewczyn z sieci jak to zorganizować. I okazało się, że Warszawskie Hospicjum dla Dzieci może wysłać wolonatriusza, który będzie zbierać pieniądze do zapieczętowanej puszki. Takie proste i tak piękne...

04.09

Dziś 4 września. Jedziemy w Bieszczady przez wioski i miasteczka. Mijamy bramy w balonach, samochody we wstążkach, młode pary otoczone dobrymi myślami i życzeniami. „Sto lat młodej parze, życzymy spełnienia marzeń... ” Niech żyją długo i szczęśliwie. Mają plany na przyszłość, błysk w oku i ogrom nadziei w sercu. A ja nieoczekiwanie uświadamiam sobie, że dziś Małgorzatka miałaby 7 miesięcy. Po jej śmierci mój świat się zawalił, dziś ułożony jest od nowa, a ja jestem znowu prawie szczęśliwa. Z kropelką żalu i nutką smutku, ale jednak szczęśliwa.

A wieczorem kilka łez w poduszkę. Małgorzatko kochana, już mogę żyć bez ciebie, nawet mogę znów cieszyć się życiem, ale zawsze gdzieś tam pozostanie w sercu ten cierń tęsknoty za tobą córeczko. Oczekiwanie i miłość do Maleństwa w niczym nie przekreślają tego co czuję do ciebie. Kocham cię Maleńka.

05.09

Niebywałe, jak przez ostatnich 30 lat zmieniło się widzenie stanu błogosławionego. Kiedy mama się mnie spodziewała, babcia była wręcz zaskoczona, że mój tata nie wstydzi się chodzić z nią pod rękę. Bo choć dziecko małżeńskie i wyczekiwane, to przecież ciąża była rzeczą co najmniej nieestetyczną i wstydliwą. Dziś, gdy dla wielu par posiadanie dziecka jest często poprzedzone wieloletnią walką z niepłodnością i poronieniami, możliwość pokazywania odmiennego stanu stała się wręcz nobilitacją. „Patrzcie na moje szczęście!” zdają się wołać okrąglutkie brzuszki aktorek, piosenkarek i kobiet sukcesu pozujących do kolorowych pism w biodrówkach i obcisłych t-shirtach. W ich uśmiechach do obiektywu nawet cienia lęku o ich dzieci. Ale i one je czasem tracą...

Mój najgorszy strach o Maleństwo chyba minął. Coraz bardziej chce mi się cieszyć jego obecnością. Więc po prostu się cieszę. Jeśli przyjdzie mi potem płakać, będę mieć chociaż te szczęśliwe wspomnienia. Dopiero teraz widzę, w jak strasznym stanie psychicznym byłam na początku tej ciąży. Jakim potwornym stresem była świadomość możliwych zdarzeń i to raczej tych złych niż dobrych. Teraz się wyciszyłam. Demony odleciały na pustynię. A ja powoli odzyskuję wiarę w szczęśliwe zakończenie.

09.09

SMS od szkolnej przyjaciółki – przedwczoraj urodziła synka. „Nasz aniołek ma czarne włoski j jest kochany”. Poczułam ulgę i ogromną wdzięczność. Udało się. Dziękuję Ci Panie Boże. Raz jeszcze czytam SMS. „Nasz aniołek...” jak dobrze, że ten został przysłany, by pozostać na ziemi. Mam nadzieję, że na bardzo długo, że dla nas będzie to na zawsze.

14.09

Czasem budzę się rano i mam wrażenie, że Maleństwo mi się tylko przyśniło. Brzuszek jeszcze taki malutki, prawie go nie ma. Więc może i Maleństwa nie ma, a to tylko taki piękny sen? Obudzę się, stanę przed lustrem i zobaczę tylko siebie. I pusty brzuch, lekko wystający z zaniedbania figury. To nie moje USG, nie moje dziecko, nie moje czekanie. Nie wiem skąd mi się te myśli biorą. Wtedy głaszczę brzuszek i mówię małej Żabce jak bardzo ją kocham. A potem patrzę na wydruki z USG – dowody na realność mego snu. Jutro spotkanie z dr Jerzym Zwolińskim. Trochę się boję. Jak zawsze przed USG...

Wczoraj rozmawiałyśmy w sieci jak to jest: mieć dziecko. Żywe, zdrowe, które nie leży w inkubatorze, a śpi tuż obok. Które jeśli płacze to z nudów lub głodu, ale nie z bólu. Którego nie karmi się sondą, nie odsysa, nie sprawdza co chwilę tętna, nie reanimuje. Takie zwykłe dziecko. Mały, wielki cud. I pomyśleć, że dla większości ludzi to nie jest żaden cud, tylko rzecz zupełnie normalna...

NADZIEJA

15.09

Czekam pod gabinetem jak na stracenie. Niby wiem, że będzie co ma być, że „każdy Twój wyrok przyjmę twardy”, ale tak bardzo boję się tego co usłyszę. Choć w głębi duszy – nareszcie! – pojawił się mój Dobry Duszek. „Będzie dobrze, zobaczysz. To twoje dziecko, to które zostanie z wami na ziemi.” Doktor Zwoliński wpada w biegu, wiem ile wysiłku logistycznego kosztuje go by się ze mną spotkać, tym bardziej jestem mu wdzięczna, że jak zawsze jest uśmiechnięty i podczas badania sprawia wrażenie jakby poza moją ciążą nic innego go nie zajmowało. „Wszystko w absolutnym porządku” – mówi i jest przy tym tak szczęśliwy, jakby ogłaszał mi wygraną w konkursie. Wiem już, że pępowina jest trójnaczyniowa, że układ nerwowy i kostny rozwijają się prawidłowo, że serce ma cztery komory i bije tak jak powinno. Maleństwo jest banalnym medycznym przypadkiem i naszym prywatnym wielkim cudem. Wychodzimy uszczęśliwieni, płynę kilka metrów nad ziemią.

17.09

Badanie u dr Jerzego Zwolińskiego, a potem rozmowa ze znajomą mamą uświadomiła mi, jak wiele dzięki sieci się dowiedziałam. O tym co może być źle i na co trzeba uważać. – „Pępowina trójnaczyniowa?” – pyta zdumiona mama dwójki dzieci. – „Zawsze myślałam, że pępowina to pępowina i koniec”. Ile kobiet, zasypywanych marketingiem ciążowym, tak naprawdę wie na co powinny zwracać uwagę? Większość z nich patrzy na lekarza jak na boga lub czarownika, który dzięki tajemniczej maszynie USG ogląda ich dziecko. I nie zadaje pytań, bo przecież lekarz sam powie co widzi. Albo i nie powie, bo niedowidzi. A ona nie zapyta, bo myśli że tak właśnie powinna się zachować grzeczna pacjentka. Przyjmuje więc na wiarę wszystkie zapewnienia. Jeśli to dobry lekarz, to nie musi się obawiać. Ja wiem, to nie kobieta powinna to wszystko wiedzieć, ona powinna się relaksować i zaufać lekarzowi. Lecz cena jaką się płaci za odkrycie, że lekarz jednak nie był godny zaufania, jest zawsze za wysoka.

Niby wszyscy wiemy o badaniach prenatalnych, ale karmione przez media marketingową papką nie dowiadujemy się tam o tym, że coraz więcej dzieci rodzi się z wadami serca. I jeśli nie zdiagnozuje się tego przed porodem, to szanse dziecka na przeżycie dramatycznie maleją. Czasem wchodzę na forum „Ciąża i poród” i czytam posty mam piszących, że nie będą wydawać pieniędzy na prywatnego ginekologa by mierzył im ciśnienie, bo przecież one są zdrowe, więc na pewno i z dzieckiem wszystko super. Jakbym czytała listy z innego świata. Nie znają innego scenariusza niż szczęśliwy. Bo i taki przecież się zdarza. Jak u Nancy, znajomej Kanadyjki, która była u lekarza dwa razy: po raz pierwszy by potwierdzić ciążę, zaś po raz drugi gdy zaczęły się skurcze. A w międzyczasie przez te dziewięć miesięcy chodziła kilometrami po górach z ciężkim plecakiem (jest geologiem), bo nie wyobrażała sobie, że mogłaby przerwać pracę, którą kocha. Są setki sytuacji, gdy wczesne wykrycie wady pozwala uratować dziecko. I te setki są statystycznie maleńkim procentem wszystkich ciąż. Tylko gdy nieszczęście już się wydarzy, nie da się uniknąć poczucia winy i myśli, że gdyby wiedzieć wcześniej... I właśnie to poczucie winy staje się z czasem największą torturą.

19.09

Po raz pierwszy od śmierci Małgorzatki pomalowałam sobie paznokcie. Tradycyjny rytuał upiększania niezrozumiały dla mężczyzny jest odzwierciedleniem kobiecej duszy. Wcześniej nie miałam na to ochoty. Może dlatego, że mój ulubiony lakier kupiłam w ciąży, by Małgorzatka miała zadbaną mamę. A od lutego stał i kurzył się na półce. Ślub Melki_x był tym dniem, w którym zechciałam go znowu użyć. Potrzebowałam prawie ośmiu miesięcy, by po raz pierwszy tak naprawdę móc znowu cieszyć się i być w świecie ludzi szczęśliwych. Bez cienia przymusu, bez śladu smutku. Cieszyłam się, jakbyśmy to nie my pisały do siebie długie listy rozpaczy po śmierci naszych córeczek. Może właśnie dlatego, że znamy się tak dobrze, że tyle razem przeszłyśmy, mogłam teraz w pełni cieszyć się jej szczęściem.

20.09

Moje ciało znosi ciążę rewelacyjnie. Tylko z psychiką gorzej. Śnią mi się co jakiś czas plamienia, nagłe krwotoki, przedwczesne porody, skurcze. Budzę się i oddycham z ulgą, że to tylko kolejny zły sen. I tak mi szkoda, że Maleństwo zamiast endorfin wciąż dostaje ode mnie stres.

GDYBY MOŻNA COFNĄĆ CZAS...

26.09

Coś odblokowało się w mej głowie. Spłynął na mnie spokój. Wreszcie poczułam całą sobą, że co ma być to będzie. Że nie mam wpływu na to co się stanie, więc mogę tylko czekać i cieszyć się dniem dzisiejszym. Bardzo staram się cieszyć, ale też wszelki wypadek wynajduje sobie rozmaite zajęcia by za dużo nie myśleć. Zaczęłam w końcu dobrze spać. I jestem szczęśliwa. Tak po prostu szczęśliwa że żyję, że mój mąż jest obok a Maleństwo w drodze. Że zaczyna się kolejny dzień razem. Nasza córeczka w takich chwilach wydaje mi się nierealną opowieścią. Nie moją historią, nie moim życiem.

Po jej śmierci przez wiele tygodni powtarzałam ten sam rytuał. Przed snem powracałam do wspomnień związanych z Małgorzatką, bojąc się że gdy zapomnę – utracę ją na zawsze. Przed oczami przewijały się kolejne obrazy: jak ujrzałam ją po raz pierwszy w rękach położnej, jak mi ją podano zawiniętą w pieluszkę z zakrytą połową twarzy, a ona na mnie popatrzyła swoim grafitowym ślepkiem. Potem zobaczyłam ją po raz pierwszy w inkubatorze i mogłam ją pogłaskać. Jak pozwolono mi ją ten jeden jedyny raz wziąć na ręce i utulić. Zamruczała wtedy coś pod noskiem i westchnęła tak cichutko, a ja nie wiedziałam czy to z błogości czy właśnie odchodzi na moich rękach. Jaka była malutka, jakie miała śliczne usteczka i nosek. Małgorzatka powracała na ulotną chwilę, a ja wciąż żałowałam, że nie zrobiliśmy jej zdjęcia. Ten brak zdjęcia mnie prześladował coraz bardziej. Wspomnienia rozmywały się i blakły. Moja córeczka umierała w mojej pamięci.

Tyle razy w życiu myśląc o przeszłości mówimy: „gdybym mógł, wtedy zrobiłbym to czy tamo”. Nie można cofnąć czasu, ale czasem można coś z tej przeszłości odzyskać. Wiedziałam, że zrobiono jej zdjęcia, były potrzebne do dokumentacji medycznej. Po trzech miesiącach zdobyłam się na odwagę, by o nie poprosić. Znak czasu: dostałam je nagrane na CD. Nie chciałam celebrować ich obejrzenia. Włożyłam CD do komputera... Na ekranie pojawił się obraz. Większość ludzi oglądałaby go z mieszaniną odrazy i fascynacji jaką budzą zbyt widoczne ułomności. Dla wielu, bardzo wielu, byłaby potworkiem. Okrutnie zniekształconą istotą, której człowieczeństwo i prawo do życia przez tak widoczne skazy byłoby podważone. Dla mnie była wciąż moją ukochaną córeczką. Tyle że aparat fotograficzny nie starał się zobaczyć jej „lepszej” połowy, którą moja pamięć przechowywała. Pokazywał ją taką, jaka była. Nie przegrałam tych zdjęć. Były zbyt namacalnym świadectwem, że moja kruszynka w tym świecie nie miała żadnych szans.

Z czasem coraz częściej zasypiałam nie myśląc o Małgorzatce. Ale nie łudziłam się, że mój smutek odleciał na zawsze, mimo że coraz mniej bolało mówienie i myślenie o tym co się stało. I wiem, że choć będę mieć jeszcze dzieci, to żadne mi jej nie zastąpi. Po niej zawsze już pozostanie takie opuszczone miejsce w sercu.

Mam świadomość, że gdyby nie Maleństwo, śmierć Małgorzatki byłaby wciąż dużo bardziej bolesna. Dzięki temu, że znów mam na kogo czekać, mam kogo kochać, jest mi trochę łatwiej pogodzić się z tamtą stratą. Właśnie to miał na myśli dr Tomasz Niemiec gdy w Instytucie przyszedł do mnie po jej odejściu: „Pani Anno, na to co się stało nie mamy wpływu. Ale jak tylko poczuje się pani na siłach psychicznie – proszę zachodzić w ciążę i wracać tu do mnie. Następnym razem musi być dobrze”. Oboje wiedzieliśmy, że jest za wcześnie by mówić jak będzie. Ale bardzo wtedy potrzebowałam jego niezachwianej wiary, że jeszcze będę mamą, że to co się stało nie przekreśla moich szans na szczęśliwe macierzyństwo. Nadal nie wiemy jak będzie. Tego nikt na ziemi nie jest w stanie wiedzieć, lecz Maleństwo przywróciło mi wiarę w przyszłość.

28.09

Wieczorem wpadam na chwilę do szkolnej przyjaciółki. Jej synek ma już trzy tygodnie (Boże, jak ten czas się spieszy!), starszy brat z dumą głaszcze maluszka śpiącego w ramionach mamy, obok uśmiechnięty tata. Uczę się tego obrazu na pamięć: więc tak wygląda zwykła rodzina ze zdrowym niemowlaczkiem. Rodzinna sielanka, szczęście samo. Gdy szłam do nich przez maleńką chwilę wyobraziłam sobie, że to mój dom, moje dzieci i moje życie takie jakim być powinno. Wieczorem tylko jedna łezka, że Małgorzatka już nigdy...

Czasem mam wrażenie, że żyję podwójnym życiem. W tym jednym jestem pogodzoną z przeszłością pogodną kobietą spodziewającą się dziecka. Gotuję obiady i pracuję. Rozmawiam na tematy miłe i przyjemne, a płaczę tylko na sentymentalnych filmach. To moje jedno ja, to bardziej widoczne na zewnątrz. To drugie jest tuż obok, ale żyje zupełnie inaczej. Co dzień zaglądam na fora poświęcone poronieniom i stracie dziecka. Piszę teksty o śmierci i odchodzeniu dzieci. Rozmawiam o pogrzebach i przepisach prawnych dotyczących wydawania ciał dzieci martwo urodzonych. Te obie Anie – to ja. Z czasem pewnie znów zleją się w jedną osobę, ale na razie każda z nich nadaje memu życiu inny sens. I obu ich teraz potrzebuję.

LEKARZ NIE MOŻE UMIERAĆ

30.09

Niby już się nie bałam przed tym USG. Tylko serducho jakoś tak mocniej waliło i kanapka nie chciała dać się zjeść. Ale właściwie to się nie denerwuję. No, może jednak trochę. Na wszelki wypadek zabieram moją szczęśliwą biżuterię: kolczyki od Męża, bransoletkę utargowaną w Tybecie i indiański talizman od Asi. Noszę go co dzień by nas chronił. Dr Góźdź czyta opis od dr Zwolińskiego, potem na USG ogląda nasze Maleństwo bardzo uważnie. Wszystko dobrze, tak jak być powinno. Na koniec kładzie dłoń na moim brzuszku i mówi: „Ależ się cieszę. Naprawdę.” W tym momencie uświadamiam sobie, że moja ciąża dla niego też jest wielkim stresem. Bo przecież chciałby by wszystko było jak najlepiej, ale ma świadomość (pewnie dużo większą niż ja) ile jeszcze zagrożeń przed nami. Jak często czuje bezradność wobec natury? Gdy widzi, że już nic nie można zrobić, że wyrok zapadł i odwołania nie ma, a on musi ten wyrok przekazać? A potem wraca do domu, usiłuje nie myśleć, ale czasem nie da się nie myśleć...

Rozmawiałyśmy ostatnio z Melką_x o tym, jak ważne jest, by lekarze wiedzieli o miejscach w sieci dla rodziców po stracie. By przekazując złe wieści, mówili im jednocześnie gdzie znajdą zrozumienie i będą mogli się wygadać. Praca lekarza często kończy się w momencie przekazania diagnozy, a kobieta ma przed sobą jeszcze długą drogę żałoby lub borykania się z ciężką chorobą bądź niepełnosprawnością dziecka. I zastanawiałyśmy się, że nasze dzieci umierają nie tylko nam, lecz także i „naszym” lekarzom. Poświęcili całą swoją wiedzę by je uratować, ale przegrali. Zrobili wszystko – i było to za mało. Lekarze, położne, pielęgniarki – oni wszyscy zostają z tymi uczuciami często zupełnie sami. A przecież oni nie mogą umierać z każdym dzieckiem, z każą tragedią. Muszą żyć, by móc ratować jeszcze wiele innych dzieci. Ale pewnie mają wiele takich dni, gdy jest im potwornie ciężko... Ksiądz Benek z Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci powiedział kiedyś: „Mimo że pracuję w hospicjum już dwa lata, za każdym razem, gdy odchodzi nasz mały podopieczny, czuję się tak, jakbym to ja umierał, po kawałku. Pamiętam, kiedy w jednym tygodniu zmarła trójka dzieci, podopiecznych jednej z naszych pielęgniarek, musiała wziąć tydzień urlopu, bo to było ponad jej siły.”

A ksiądz Benek w ciągu dwóch pięknych czerwcowych dni odprawił trzy pogrzeby...

02.10

Rano jadę do mojej przyjaciółki - afrykanistki. Wyskakujemy do Empiku by odebrać jej zdjęcia z ostatniej wyprawy. Przy okazji buszuję po półkach z książkami. To mój niewinny nałóg, wertowanie kartek, przeciąganie dłonią po grzbietach książek i zawsze żal, że nigdy nie uda mi się tego wszystkiego przeczytać. Ale są takie, które przeczytać muszę. Jak „Kolor Purpury” Alice Walker czy „Biegnąca z Wilkami” Carli Pinakla Estes., Znajduję „Oskar i Pani Róża”. „O czym to jest?” – pyta moja przyjaciółka. „Listy chłopca umierającego na białaczkę do Pana Boga”. Patrzy na mnie i widzę w jej oczach niepokój. „Moja mama zawsze mówiła, że kobiety w ciąży powinny oglądać piękne wystawy, czytać miłe książki i spotykać się z życzliwymi ludźmi” – mówi. – „Na pewno chcesz to teraz czytać?”

Ta przyjaciółka cudem przeżyła wypadek, więc rozumie więcej. Pisałam potem do niej SMS i maile, usiłując powiedzieć jej, że po takim doświadczeniu nic nie jest takie jak dawniej i często będą ją denerwować ludzie, dla których w sumie nic się nie stało – bo przecież żyje. A dla duszy, zdrowienie trwa dużo dłużej. Ona to wszystko rozumie i wie, że mam lepsze i gorsze dni, że nie potrafię uciec od tego, co się stało, nie umiem się tak po prostu tylko Maluszkiem cieszyć. Zresztą gdybym próbowała uciec od swej przeszłości, od siebie, musiałabym strasznie dużo mnie samej amputować. I co by mi wtedy pozostało? Więc ona to wszystko wie, ale na koniec mówi mi; „Anka, ale masz Maluszka i pamiętaj, że musisz być dobra dla niego, musisz go kochać i przytulać i być dla niego szczęśliwa, bo on to wszystko czuje.” Staram się. Naprawdę, się staram, ale może trochę za mało?

05.10

Telefon. Szukam komórki bo znowu gdzieś ją wrzuciłam, w końcu znajduję. Niestety. Dawno nie słyszany znajomy pyta czy małe ząbkuje. „Nie mogę teraz rozmawiać, czy możemy się zdzwonić wieczorem?” Wracam do zdjęć, tylko ręce jakoś tak za bardzo mi się trzęsą. Po chwili uświadomię sobie, że dziś piąty października. Równo osiem miesięcy od śmierci Małgorzatki. Osiem miesięcy! I wciąż są ludzie, którzy żyją w przekonaniu, że tworzymy szczęśliwą rodzinę. Nawet płakać mi się nie chce, tylko smutek taki szary. No cóż, za godzinę jedna osoba więcej dowie się, że nasza kruszynka poleciała bardzo wysoko...

11.10

Ten sen był doprawdy niezwykły. Zostałam mamą ziemskiego maluszka, choć nie znałam jeszcze jego płci, ani imienia. Najważniejsze, że było z nami całe i zdrowe. I tylko czułam takie potworne zagubienie, bo uświadomiłam sobie ile muszę się teraz nauczyć o życiu z dzieckiem, które pozostaje. Problemy z fotelikami, wózkami, ubrankami i kolkami. Ten świat jak dotąd był mi zupełnie obcy. Chyba nadchodzi czas by go poznać, by zacząć żyć jutrem, odzyskać plany i marzenia, by uwierzyć, że szczęśliwe zakończenia są także możliwe w moim życiu.

Muszę za jakiś czas spakować torbę do szpitala. Przypominam sobie jak robiłam to ostatnio, jadąc na wywołanie porodu. Czułam się wtedy strasznie, zabierając rzeczy tylko dla siebie. Bo przecież we wszystkich pismach dla szczęśliwych mam listę przeczy niezbędnych do szpitala otwierają śpioszki, czapeczki i kaftaniki. Gdy jeszcze było dobrze, myślałam że mam bardzo wiele czasu by je kupić. A potem już nie byłam w stanie patrzeć na dziecięce ubranka, wiedząc, że moja córeczka z żadnego z nich nie wyrośnie.

Pakowałam do torby koszulę nocną, szlafrok, kosmetyczkę i czułam że całą sobą zdradzam Małgorzatkę. Że zawiodłam moją córeczkę, bo nie potrafię dać jej życia, nie mogę uratować jej przed śmiercią. Mogę tylko pojechać do szpitala, raz jeden ją przytulić i potem żyć dalej bez niej. Pakowałam i płakałam jak chyba nigdy wcześniej. Z żalu, bezsilności, rozpaczy. Koniec marzeń, koniec nadziei. Koniec mojego życia, bo odtąd – wiedziałam to z całą pewnością – umrze także kawałek mnie. Pakowałam rzeczy tylko dla siebie, wiedząc że za kilka dni Mąż przywiezie mnie z powrotem. I tylko mnie.

Czasem żałuję, że jednak wtedy nie kupiłam Małgorzatce jakiegoś ubranka, nie zabrałam dla niej żadnej zabawki. Dostała od nas tylko miłość. Ale to było za mało by ją uratować...

DZIEŃ DZIECKA UTRACONEGO

15.10

Ten dzień już od 1988 roku w USA jest obchodzony jako Dzień Pamięci Dzieci Nienarodzonych i Zmarłych (Pregnancy and Infant Loss Remembrance Day).

Dla mediów jest to dobry pretekst by poruszać trudne tematy, by informować rodziców po tragedii gdzie mogą otrzymać pomoc. Jedna z mam napisała:br>
Mój mąż przywiózł mi wczoraj z Anglii plik gazet i czasopism, w tym także dla rodziców. Usiadłam dzisiaj przy śniadaniu z "Mother and Baby" i przekonałam się, że takie tematy nie wszędzie traktowane są jak tabu. W dziale "True-life stories" (Prawdziwe historie) jest opowieść młodej kobiety, która urodziła martwe dziecko, a potem dwoje wspaniałych żywych i zdrowych malców. Co więcej, pod artykułem znajduje się ramka, a w niej bardzo istotne informacje: częstotliwość występowania podobnych przypadków, zapewnienie, że to nie matka jest winna temu, co się stało i numer telefonu (oraz adres www) organizacji, która udziela wsparcia rodzicom (the Stillbirth and Neonatal Death Society).

Ale i u nas coś się powoli zaczęło zmieniać. W listopadowym numerze „Dziecka” na pierwszej stronie wiersz Wisławy Szymborskiej „Bagaż powrotny”. Chyba pierwszy raz w karierze pisma dla szczęśliwych rodziców taki tekst. Na innym forum natychmiastowa reakcja: no ja rozumiem, że jest święto Wszystkich Świętych niedługo, ale chyba lepiej byłoby dać wiersz np. o jesieni. moze i trzeba rozmawiać o śmierci, no ale o śmierci dzieci na pierwszej stronie gazety? To już chyba przesada.

A to nie redakcja przesadziła, to przesadził i Los, i Bóg, i Życie.

Zapewne dla rodziców mających zdrowe, zwykłe dzieci, przeczytanie tego wiersza mogło być szokiem. Bo przecież weszliśmy do Unii, medycyna idzie do przodu, więc dzieci nie powinny już umierać. A jednak umierają. Mimo naszej miłości, naszej walki, naszych modlitw. Zatem może ten wiersz pomoże im uświadomić sobie jak kruche jest to nasze codzienne szczęście. I nim zaczniemy kolejną wojnę domową o drobiazgi zastanowimy się, że może to tak naprawdę ostatni szczęśliwy dzień w naszym życiu. Bo o tym który był ostatni, wiemy zawsze za późno. Może dzięki chwili refleksji łatwiej będzie nam odróżnić sprawy istotne od nieważnych i docenić szczęście jakim jest bycie rodzicem zdrowego dziecka? Dla nas już zawsze listopad będzie mieć twarz maleńkiego dziecka o wielkich, mądrych oczach, w których odbija się wszechświat i nasze łzy.

21.10

Dziś taki dzień byle-jaki. Snują się ciemne chmury, to popłaczą na ziemię, to potargają drzewa, to rozpłyną się smutną mgłą. Taki październik, co bardziej listopad przeczuwa i ten smutek nadchodzący z tysiącami płomyków...

Gdy myślę o moich dzieciach przypomina mi sie pieśń napisana po śmierci Piotra Skrzyneckiego:

"A to wszystko przecież miało trwać
Najwyżej piec lat, a może mniej...
Choć się zmienił cały świat - jesteśmy
Zawiruje jeszcze raz - będziemy...

Dziś, Piotr, gdy Ciebie nie ma
Pieśń swa, wznosimy do nieba
Trwaj tam i czuwaj nad nami
Noc w noc, usianą gwiazdami...

A to wszystko przecież miało trwać..."

A ile miało trwać moje macierzyństwo? Przecież dzieci dostaje się na całe życie, tymczasem moim dzieciom mogę tylko powiedzieć: „Trwajcie tam i czuwajcie nad nami...” A przecież to ja miałam czuwać nad ich snem. Cholera, nie tak miało być, nie tak.

CZYM JEST STRATA DZIECKA?

22.10

Pierwszy raz przed USG się nie denerwowałam. Dopiero gdy stanęliśmy pod drzwiami gabinetu... Tym razem dr Zwoliński musiał działać na innym oddziale przy porodach, zatem badanie robiła doktor Jaczyńska. Znała mnie – bo robiła USG Małgorzatki, teraz było zupełnie inaczej. „Główka super, sprawdźmy co dalej”. A dalej wszystko tak jak być powinno. „Świetny, zdrowy bąbelek” – ucieszyła się. „A wiedzą Państwo kto to jest?” Chciałam wiedzieć.

Kilka tygodni temu byliśmy u dawno niewidzianych przyjaciół. Jestem w ciążowych ogrodniczkach, nawet nie usiłuję się maskować, bo chcę by cieszyli się razem z nami, tak jak wcześniej wraz z nami przeżywali odejście Małgorzatki. Ich kilkuletni synek otwiera szeroko oczy ze zdumienia: „To ciocia jest znowu w ciąży? Przecież dopiero co była w ciąży!” Prosty umysł dziecka idealnie oddaje mój stan ducha. Od dwóch lat ciągle albo jestem, albo byłam, albo zaraz będę w ciąży. Tylko szczęśliwego finału wciąż brak. Może wreszcie teraz się uda. Są chwilę, gdy bezwiednie o Maluszku myślę jak o Małgorzatce. Jakby to był dalszy ciąg tamtej ciąży. Mimo, że wiem że to inne dziecko. Nie czekam na Małgorzatkę, czekam na nie. Ale sami siebie czasem zaskakujemy. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Myślałam, że nie będę chciała znać płci dziecka, bo jakie to ma znaczenie? Przecież najważniejsze, by było zdrowe. Kiedy poprzednio dr Góźdź powiedział mi, że to dziewczynka, byliśmy wniebowzięci. Nasza córeczka, nasze małe szczęście. A kiedy ją rodziłam, miałam taką absurdalną nadzieję, że może jednak lekarz się pomylił. Że może jednak to będzie chłopiec. Bo wtedy nie utraciłabym mojego ukochanego marzenia, mojej córeczki, tylko synka, którego jeszcze nie zdążyłam tak bardzo pokochać... To byłoby inne dziecko, choć też moje, też siłą rzeczy kochane, ale miałam taką rozpaczliwą myśl, że jego odejście nie byłoby aż tak bardzo bolesne. Dlatego w tej ciąży – tak myślałam – nie chcę wiedzieć kim jest Maleństwo. Po części była to reakcja obronna organizmu, by w razie nieszczęścia mniej bolało, ale i tak przecież bolałoby okrutnie. Po części też było to targowanie się z losem: „Nie chcę nic wiedzieć, będę się cieszyć tym co będzie, niech tylko Maleństwo będzie zdrowe”. A jednak chcę wiedzieć. Nadać mu imię, by stało się konkretnym dzieckiem. By wiedzieć, kogo tak bardzo kochamy.

„To syneczek” – mówi pani doktor. Chciałam mieć córeczkę, ale cieszę się, że będzie chłopiec. Chyba to jeszcze do nas nie dociera, w drodze do domu pytam się Męża jak się czuje jako tata synka, a tak naprawdę oboje mamy łzy szczęścia w oczach, bo w długim raporcie o stanie naszego maluszka we wszystkich rubrykach jest napisane: „normal” i regular”. Tylko to nas tak naprawdę obchodzi.

Wieczorem odbyłam długą rozmowę z Bogiem. Właściwie było to jedno wielkie DZIĘKUJĘ, że nasz maluszek jest zdrowy. I bardzo cichutka prośba czy nie mógłby (wiem, że może, więc może raczej czy nie zechciałby) zaopiekować się dziewczynami z sieci i ich dziećmi. Tymi w drodze i tymi co siedzą jeszcze na chmurce, by wreszcie do nich przyszły.

24.10

Synek. Nasz synek. Powtarzam to sobie niczym magiczne zaklęcie w egzotycznym języku. Będziemy mieć malutkiego chłopczyka. Nie wiem jak to jest być mamą synka. Czuję się z tym trochę dziwnie. Ale też cieszę się niezmiernie, bo z tego co mówiła pani genetyk gdyby chłopiec miał zły gen, nie przeżyłby pierwszego trymestru. Zatem przynajmniej o to nie musimy się martwić. Odetchnęłam.

Usiłuję wyobrazić sobie nasze maleństwo. Naszą przyszłość. Wyobraźnia podsuwa obrazki: jesienne grzybobranie, fascynujące bo tyle rzeczy ciekawych jest w lesie: szyszki, pająki, tajemniczo powykrzywiane gałęzie. Kopanie piłki z tatą i wspólne budowanie kolejki na środku pokoju. Zasypianie z ukochanym samochodzikiem i pierwsze bójki. Nastolatek wołający już od progu, że nie ma czasu, a w ogóle to nic nie rozumiem, wpadający do kuchni i porywający cokolwiek z lodówki. Usiłuję w ten sposób jakoś przygotować się na to co mnie czeka. Bo świat chłopięcych problemów jest mi obcy i jedyne co potrafię, to kochać nasze maleństwo i starać się nauczyć go bycia mądrym człowiekiem.

Kiedyś biblijna przypowieść o Hiobie wydawała mi się jasna i zrozumiała: Bóg wystawiał Hioba na próbę, z której ten wychodził zwycięsko. Z czasem jednak wzbudziła mój wewnętrzny sprzeciw. Bo przecież dzieci Hioba miały swoje życie, marzenia, chciały pewnie założyć rodziny i kołysać do snu własne dzieci. Ale to wszystko nie miało znaczenia, nikt się nie pytał ich o zgodę na śmierć, gdy zostały zabite w pojedynku Boga z Szatanem o wiarę ich ojca. Stały się kartą przetargową. Nagrodą dla Hioba były kolejne dzieci. Ale czyż one mogły zastąpić te, które odeszły? Czy dla Hioba liczyła się tylko ilość sztuk, jak w stadzie owiec? Przecież to były inne dzieci, z innymi twarzami i inną przyszłością. Czy zatem Hiob w skrytości ducha opłakiwał tamte, które stracił?

Czasem mam wrażenie, że otoczenie stratę małego dziecka traktuje właśnie tak, jakby nowym dzieckiem można było ją zastąpić. A przecież to nie jest tak, że zajście w ciążę, pojawienie się kolejnego dziecka automatycznie kasuje pamięć po tym, które odeszło. Dlaczego zrozumienie tego co przeżywają rodzice po stracie jest tak strasznie trudne?

Tym, którzy nie doświadczyli takiej straty wydaje się, że wraz z poronieniem, śmiercią niemowlaczka tracimy w sumie niewiele – „bo to takie małe dziecko, jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłaś”. Nikt go nie widział, tylko rodzina, czasem nawet jedynie rodzice albo nawet i oni nie, więc "o co tyle szumu"? Melka_x pięknie to opisała:

Tak. Dla świata to żadna strata. A dla nas?
Przecież straciliśmy nie tylko niemowlę czy małe dziecko.
Ja straciłam dwumiesięczną Natalię.
Tracąc ją, straciłam również roczniaka chwytającego
się łóżeczka by postawić pierwsze kroki.
Straciłam trzylatkę pedałująca na rowerze.
Straciłam siedmiolatkę wysuwającą koniuszek języka
przy stawianiu pierwszych kulfonikow w zeszycie.
I rozchichotaną nastolatkę, co wiecznie szepcze cos przez telefon.
A wreszcie dorosłą kobietę.
Bo moja córka nigdy się taka nie stanie, a mogłaby.
I każdą z nich będę opłakiwać.

Po śmierci dorosłego opłakujemy wspólną przeszłość, w śmierci dzieci opłakujemy przyszłość, która nie nadejdzie.

ARTYKUŁY, ARTYKUŁY...

26.10

Przed zaśnięciem robię sobie w łóżku przegląd prasy. W Twoim Stylu artykuł o poronieniach. Smutno-optymistyczny, by nie straszyć. „Szczęście musi się narodzić” – historia dwóch kobiet, które poroniły w 12 tc. Rozpacz, żal, trudności w porozumieniu z bliskimi. I na koniec – obie bohaterki mają zdrowe, wspaniałe dzieci. Może tak właśnie trzeba o tym pisać? To bodaj pierwszy artykuł w Twoim Stylu na ten trudny temat. Tylko że taki tekst niczego nie zmienia. A może się mylę? Może ktoś po jego przeczytaniu uświadomi sobie, że poronienie to także tragedia? Tylko że tekst taki delikatny, jedyny nietakt lekarza, że na sali gdzie kobieta leży po zabiegu mówi o utraconym dziecku: ”duży płód”. A na forum „Poronienie” kobiety piszą o swoich strasznych szpitalnych doświadczeniach.

Może więc trzeba by i o tym pisać i mówić. By wreszcie można było to tragiczne doświadczenie przechodzić bez dodatkowych ran na duszy? Bo te goją się najdłużej. Rozmawiałam z kobietą, która poroniła 15 lat temu długo wyczekiwaną ciążę. Inteligentna, wykształcona, zadbana, opanowana. Spełniona kobieta sukcesu. A w jej głosie – mimo tych lat – ogromny żal jak strasznie ją w szpitalu potraktowano, jak bardzo nikt się z jej tragedią i cierpieniem nie liczył. Blizny w duszy zostają na całe życie.

30.10

W dzisiejszych Wysokich Obcasach artykuł Anny Dodziuk „Śmierć dziecka” sprowokowany odpowiedziami jakie napłynęły do redakcji po publikacji listu kobiety podpisanej jako Osierocona Matka. Widać musiało być dużo odpowiedzi, bo powstał spory tekst. Dla mnie nie ma w nim nic nowego, ale może uświadomi ludziom, że taktowne omijanie szerokim łukiem rodziców po stracie to nie najlepsza forma pomocy.

Wieczorem znajduję na forum „Ciąża i poród” post pod znamiennym tytułem „Straszny artykuł w Polityce!”. Biedna przyszła mama, nie dość że dzielnie poszła do dentysty to znalazła tam artykuł „Kilka godzin macierzyństwa” – rzecz o przedwczesnym umieraniu dzieci. I pisze teraz roztrzęsiona, żeby broń Boże nie czytać, bo to potworne co tam jest napisane, ale na wszelki wypadek daje link do internetowego archiwum Polityki. Zaczyna się dyskusja, czy przyszłe mamy powinny tam zajrzeć, no ale chyba lepiej nie, bo przecież jak można oczekując słodkiego bobaska czytać o tym, że gdy umrze to nawet nie ma się prawa go zobaczyć, a pogrzeb wydaje się doświadczeniem nie do przeżycia (jeśli uda się wyrwać ciałko dziecka ze szpitala i trybów biurokracji).

I stajemy oto przed dylematem nie rozwiązywalnym. Nie możemy im przekazać nawet części naszej wiedzy, bo wiemy za dużo. Staramy się uświadomić szczęśliwe mamy by nie ufały swym lekarzom bezgranicznie, by przy jakiejkolwiek wątpliwości nie obawiały sie jechać do szpitala, by nie bały się ze pielęgniarka je ofuknie „co sie tak trzęsiecie nad ta ciąża, bo kiedyś w polu sie rodziło”...

Najsmutniejsze jest to, że doświadczenie to coś co zdobywamy z chwilą gdy przestaje nam być potrzebne. Na naszym Forum kolejny post od kobiety, która swoje dziecko straciła przez zaniedbanie lekarki. Skąd mogła wcześniej wiedzieć, co powinno wzbudzić jej niepokój, na co zwracać uwagę, czego nie odpuścić? Pewien mądry lekarz powiedział mi, że to nie kobiety powinny mieć tą wiedzę tylko lekarze. Miał rację, ale gdy trafi się na konowała, wtedy wiedza może dziecku ocalić życie. Tylko jak powiedzieć to szczęśliwym mamom?

WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

31.10

Dzisiejszy dzień jakiś taki na lewą stronę i do tyłu. Niby jest dobrze, a warczymy na siebie i kłócimy się z Mężem o nieistotne głupoty. Oboje jesteśmy podminowani i agresywni wobec siebie, eksplodujemy w karczemnej awanturze o zakup serwetnika za 7 zł. Według mnie rzeczy nam kompletnie niepotrzebnej i beznadziejnej, według niego przedmiotu pięknego i koniecznego w domu. W końcu łapię się na myśli, że przecież to klasyczna awantura zastępcza. Wcale nie chodzi o ten cholerny serwetnik, ani o zmywanie, ani o naszą pracę. Jutro dzień Wszystkich Świętych, dzień inny niż wszystkie, inny niż nasze dotychczasowe listopady, bo bez naszej córeczki. I to tak naprawdę nas boli.

Przypomina mi się opowieść Melki_x, jak po kolejnej operacji jej córeczki, gdy lekarze powoli zaczęli przygotowywać na najgorsze, wieczorem z wściekłością rzuciła kieliszkiem w męża. A tak naprawdę to chciała tym kieliszkiem rzucić w Los, z bezsiły i rozpaczy, że nic nie można zrobić. Tylko jak w taki los trafić? Mąż był bardziej osiągalny.

Wieczorem pojechaliśmy na Powązki. Już zawsze 1 listopada będzie dla mnie dniem Małgorzatki. Za kilka dni kończyłaby 9 miesięcy. To dziwne, myślenie o niej nawet nie boli. Takie bez łez, tylko smutek przeogromny, że nie ma jej z nami. Szukałam kolejnych aniołów uciekających z migotliwych płomyków zniczy w czerń nocy i myślałam o moich dzieciach. Tych, które odeszły, i tym na które czekamy. Anioły rysowały skrzydłami czarne kontury na niebie, spod burych chmur nie było widać gwiazd. Obok mnie przejechał terenowy wózek z maluszkiem, dokładnie taki jak planowaliśmy kupić na wyprawy z Małgorzatką, jaki kupimy teraz naszemu synkowi.

I to wystarczyło. Po policzkach płyną mi łzy i czuję jak żal powraca gwałtownym przypływem. Przed chwilą sama się sobie dziwiłam, że tak spokojnie mogę myśleć o naszej córeczce, że to jest dla mnie już prawie naturalne, iż była i odeszła. Ale przecież tak nie jest. Płaczę między kamiennymi aniołami, całą sobą krzyczę z rozpaczy. A wokół morze płomyków, ludzie z dziećmi, kwiatami, zniczami. Stłumione rozmowy, życie wsiąkające wartko w tą noc, między dostojne groby. Małgorzatko, przecież powinnaś leżeć w wózeczku obok nas, te płomyki miały się odbijać w twych zaspanych oczkach, czy naprawdę nie mogłaś zostać z nami? Przecież to 1 czerwca, a nie 1 listopada, miał być twoim świętem...

Mąż odnajduje mnie po dłuższej chwili, mam mokre policzki i przemoczoną duszę. Przytula mnie mocno. „Wiem kochanie, wiem, tylko zapomniałem” – mówi. – „Faceci patrzą w przyszłość, a kobiety w przeszłość, to dlatego dziś byłaś taka nie do życia. Mój stresiku kochany, wyglądasz jak kupka nieszczęścia”. Dokładnie tak się czuję. Mój kochany Mężczyzno. I co ja bym bez ciebie zrobiła?

01.11

Wpadliśmy na chwilę do moich rodziców, a przy okazji zobaczyć się z resztą naszej rodzinki. Wczoraj dostali ode mnie SMS, że mam dół psychiczny, dziś nie pytają o nic tylko przytulają mnie mocniej. Starsza z bratanic, rezolutna siedmiolatka obwieszcza: „A wiesz ciociu, że byliśmy dziś na cmentarzu? I dla Małgorzatki kupiliśmy taki wieniec, i znicz, i zapaliliśmy go!”. „Dla Małgorzatki kupiliśmy, wiesz? Ona się cieszy, prawda ciociu?” – dodaje młodsza czterolatka. „Na pewno się cieszy, jesteście kochane” – mówię i czuję, że jak pociągniemy ten temat to się na pewno rozpłaczę. Ale dziewczynki już biegną dalej do zabawy. Dla nich to takie naturalne: Małgorzatka była, odeszła, teraz kupuje się dla niej światełka... Ale jak widać też przeżywają to po swojemu.

W mediach od rana dostojna zaduma. Wspomnienia wielu wspaniałych ludzi, którzy opuścili nas w tym roku: Jacek Kuroń, Czesław Niemen, Waldemar Milewicz, Jacek Kaczmarski, Czesław Miłosz... Ich śmierć w konduktach żałobnych opłakiwały tłumy. A nasze dzieci? Kim byłyby? Nigdy się nie dowiemy jaki miałyby kolor włosów, w kim by się zakochały i co byłoby dla nich ważne. Jedyne co wiemy, to że na zawsze pozostaną naszymi dziećmi.

Kiedyś Melka_x napisała:
Moja córeczka żyła tylko dwa miesiące. Tak bardzo boję się, że jej życie nie miało żadnego sensu. Była, odeszła, i wszystko jest takie jak przed nią. Jakby jej nigdy nie było. Dla nikogo prócz nas i najbliższej rodziny nie była ważna, nikt prócz nas i lekarzy jej nie znał, nikt więc nie będzie o niej pamiętał. Żadnego śladu. W torebce noszę malutką czapeczkę. Już nie pachnie dziecięcą oliwką, ale jest na niej zielony ślad po tym jak ulało jej się z buzi. Dowód, że istniała.

Wędrujemy po cmentarzach, zapalamy znicze na dziecięcych grobach, małe płomyki naszej pamięci. W tym roku odeszło tak wiele, wiele dzieci... I rok temu, i dwa lata temu, i pięć, dziesięć, dwadzieścia... Długa, bardzo długa lista zdrobniałych imion. Tylko czasem nagle powraca straszny żal, że poza nami i naszymi bliskimi, już nikt ich nie pamięta... Wypłakałam się wczoraj, dziś tylko taki malutki smuteczek siedzi na serduszku. Jutro poczłapie swoją drogą, powróci do mnie kiedyś znowu melodią, rozmową, widokiem... Na pewno jeszcze nie raz go spotkam. Aż w końcu wyblaknie od łez, rozmyje się, i będzie powracać tylko takim leciutkim cieniem. Wspomnieniem.

Nasze dzieci mają trzy daty, które obchodzimy. Imieniny, urodziny i dzień ich śmierci...

03.11

Wczoraj w końcu dodzwoniłam się do dr Ewy Obersztyn z Instytutu Genetyki w IMiDz, by powiedzieć jej, że maleństwo rośnie zdrowo i jest chłopcem, co oznacza że zły gen jego siostry mu nie grozi. Bardzo się ucieszyła, w jej branży dobre wiadomości są rzadką odmianą.

ŻYCIE PO WYROKU

05.11

Im więcej czasu mija od śmierci mojej córeczki, tym wyraźniej widzę, jak głęboko mnie ta strata boli. I jak strasznie trudno jest mi o tym rozmawiać z najbliższymi. Po pierwszym badaniu, na którym dr. Góźdź stwierdził, że z Małgorzatką jest nie dobrze, schowałam się przed światem. Ukryłam za plecami męża w naszym domu. To on odbierał telefony, odpisywał na maile i był przy mnie przez cały czas. Czasem udawało mi się przestać płakać, ale gdy zaczynałam rozmowę z moją mamą... Czułam że tak strasznie ich wszystkich zawiodłam, że nie potrafiłam im w żadne sposób pomóc, że to przeze mnie tak bardzo cierpią. Było to irracjonalne, lecz silniejsze ode mnie uczucie.

Na rodzinne spotkanie byłam gotowa dopiero wtedy, gdy na chwilę zawieszono wykonanie wyroku, bo pojawił się cień szansy dla Małgorzatki. Wtedy postanowiliśmy pojechać do moich rodziców. Ostatnie takie spotkanie... Umówiliśmy się, że wpadnie też mój brat z żoną, lecz tym razem bez ich dziewczynek. To był czas dorosłych. Chciałam się ogrzać ich ciepłem, przytulić psychicznie i przez chwilę nie myśleć o tym co nas czeka. Mama przygotowała wspaniałą kolację. Często powtarzała: „Tylko tak córeczko mogę wam okazywać serce, gdy dbam o wasze brzuszki”. Choć przez całe życie dawała nam zawsze znacznie więcej, niż tylko pyszne jedzenie. Gdyby ktoś zobaczył nas wtedy przy stole – wyglądaliśmy na szczęśliwą rodzinę, której jedynym zmartwieniem mogło być czy jajka faszerowane są odpowiednio podgrzane. Nawet przez chwilę poczułam ukłucie w sercu, że przecież Małgorzatka jeszcze jest z nami, a wszyscy się zachowujemy jakby jej nigdy nie było. Ale to było preludium, niezbędny nam wszystkim czas oswojenia się ze sobą. Potem sprzątnęliśmy stół, panowie poszli coś naprawiać w drugim pokoju, a my zostałyśmy same. Przez łzy mówiłam jakie są diagnozy, że jest źle, bardzo źle, że tylko cud, ale trudno liczyć na cuda... Mama i Ela przytulały mnie, płakały i mówiły że cokolwiek postanowimy, zawsze będą z nami. O czym mówili mężczyźni nie wiem, ale kiedy wrócili do pokoju, było jasne, że wszyscy jesteśmy razem i cokolwiek złego się jeszcze w naszym życiu wydarzy, zawsze będziemy mogli na siebie liczyć.

Gdy wróciłam ze szpitala przez kilka dni nie chciałam widzieć się z nikim. Ale w końcu nadszedł czas, by spotkać się z rodzicami. Bardzo to przeżywałam. Na samą myśl o tym zaczynałam płakać. To co się stało było tak straszne, tak okrutnie niesprawiedliwe... Wiedziałam, że gdy ich zobaczę cała rozpacz którą starałam się jakoś pokonać wróci do mnie jeszcze większą falą. Mama stanęła w drzwiach, przytuliła mnie... siedziałyśmy długo płacząc razem. Tata też miał mokre oczka, ale przecież chłopaki nie płaczą. Razem z mężem zaszyli się przy komputerze i bardzo starali się udawać że ich obchodzi jakiś nowy program. A my płakałyśmy z żalu i bezsilności wobec losu.

O Małgorzatce do dziś tak naprawdę nie jestem w stanie rozmawiać z Mamą. Choć jest tak bliską mi osobą – a może właśnie dlatego. Mimo iż mieszkamy w tym samym mieście, zaczęłyśmy pisać do siebie listy. W nich mogłyśmy powiedzieć sobie, co czujemy. Opisałam jej nasz poród, jak wyglądała nasza córeczka, jak pierwszy raz dostałam ją do przytulenia i jak się z nią pożegnałam. Mama pisała mi jak bardzo czuje się samotna i niezrozumiana przez znajome, które od tematu śmierci dziecka wręcz uciekają lub próbują go bagatelizować. Jak bardzo kocha swoją nigdy nie widzianą wnuczkę i jak za nią tęskni. Że myśli co dzień o swoich trojgu wnuczętach w niebie. I że jak spotka mojego Anioła Stróża to da mu po pysku za zaniedbania w obowiązkach.

Myślę, że mam ogromne szczęście żyjąc w czasach internetu. Gdy okazało się, że moja córeczka nie będzie mogła żyć, nie było jeszcze w sieci miejsca dla takich rodziców. Na ogólnym forum poświęconym ciąży i porodowi zamieściłam post z opisem mojej historii. Gdzieś musiałam się wypłakać. To było to samo miejsce, gdzie kilka miesięcy wcześniej Melka_x żegnała się z Natalijką. Odnalazłyśmy się. Dwie głęboko zranione i nieszczęśliwe kobiety, których świat się zawalił. Zaczęłyśmy pisać do siebie listy. Nim pojechałam na wywołanie porodu Melka, która już przez śmierć dziecka przeszła, trzymała mnie za rękę i mówiła co mnie czeka. Jak ważne jest bym się z Małgorzatką pożegnała, bym nie starała się być dzielna i silna od razu. A potem zaczęłyśmy nasze rozmowy, w których pisałyśmy sobie tak szczerze jak z nikim w realnym świecie nie byłyśmy w stanie porozmawiać. Co dzień sprawdzałam po kilka razy moją pocztę w internecie, czy już jest coś od Melki. A gdy w końcu list przychodził czytałam go i w myślach wołałam: czuję to samo! u mnie też tak jest! A potem siadałam by napisać jej długą odpowiedź.

Na jednym z forumowych spotkań obecny tam tata, powiedział że po śmierci dziecka trudno mu rozmawiać ze znajomymi, bo przecież rozmowa musi do czegoś prowadzić. Rozmowy kobiet są inne. Rozmawiałyśmy w listach by wyrzucić z siebie te wszystkie emocje, by opowiedzieć sobie o naszych córeczkach, by po prostu usłyszeć, że tam po drugiej stronie ktoś czuje to samo. Nie mniej ważne było to, że Mleka_x o żałobie wiedziała więcej, że mogła mnie uprzedzić iż moje zachowania, które zaczynały mnie wpędzać w poczucie winy są jak najbardziej normalne. I konieczne by wrócić do życia. Po miesiącu codziennych listów postanowiłyśmy się spotkać. Chyba obie obawiałyśmy się jak to będzie, więc spotkanie przekładałyśmy kilka razy. Ale chęć zobaczenia się w końcu zwyciężyła. Dwie uśmiechnięte, pewne siebie, zadbane kobietki. Nikt by nas nie posądził o taką tragedię. Przegadałyśmy kilka godzin. Z upływem czasu nasze listy stały się coraz krótsze, coraz bardziej pogodne. Aż w końcu przestałyśmy do siebie pisać. I tak prawie co dzień spotykałyśmy się na forum dla rodziców po stracie które powstało w międzyczasie. Czasem dzwoniłyśmy by pogadać, gdy coś nas bardzo poruszyło. Mamy takie silne poczucie, że po prostu jesteśmy obok, że jeśli tylko będziemy się potrzebować – możemy na siebie liczyć.

Pewnego dnia wydrukowałam moje listy i dałam do przeczytania Mamie. Wiem, jak bardzo boli ją to, że nigdy swojej wnuczki nie widziała. Nie potrafiłam jej tego wszystkiego powiedzieć, ta plątanina uczuć, upadki duszy, tysiące zwątpień i ta nieustająca chęć rozmowy o Małgorzatce, i łzy za każdym razem gdy zaczynałam o niej mówić. To wszystko było za mnie i dla niej zbyt trudne. Ale chciałam, by wiedziała, bo tak naprawdę to wszystko o czym pisałam Melce, chciałam też powiedzieć Mamie. Wiem, że i ona potrzebowała tych rozmów. Napisała mi potem kilka listów, które przechowuję do dziś.

Obecność mam jest w naszym życiu oczywista. Zwykle rozumiemy się z nimi bez słów, czasem razem płaczemy, kiedy indziej po prostu stoimy przytulone w kuchni i szepczemy sobie na ucho nasze kobiece sekrety. Z ojcami jest inaczej. To bohaterowie naszego dzieciństwa, najwspanialsi mężczyźni, którzy potrafili dokonywać niezwykłych czynów i unosić nas aż pod sufit. Potem po młodzieńczym buncie przychodzi czas wyrozumiałości, wreszcie takiej spokojnej rodzinnej miłości. Tylko zwykle nie potrafimy im o tym mówić. Mój Tata - żeglarz, twardy, bardzo twardy facet. Przez to, że ciągle był w rejsach cale życie pisałam do niego listy. I w nich mówiliśmy sobie to, co trudno nam niekiedy powiedzieć w życiu. Chyba dzięki tym listowym rozmowom teraz umiem zadzwonić do niego wieczorem tak po prostu, by mu powiedzieć że go kocham. Bo przecież od ryb ani swoich marynarzy tego nigdy nie usłyszy.

NASZE DZIECI

08.11

Dziś artykuł w Dużym Formacie: „Anioł na moim ramieniu”. O dziewczynach z forum i ich życiu po stracie dzieci. Piękne słowa księdza Benka, o tym że nasze zmarłe dzieci opiekują się nami i siedzą nam na lewym ramieniu. Czemu na lewym? Bo prawe zajęte jest przez Anioła Stróża... Od rana nowe listy na forum, od kobiet piszących, że choć dziś pochmurny dzień, założyły okulary przeciwsłoneczne, by nikt w pracy nie zauważył ich łez. Bo ta historia – choć o kilku z nas, jest tak naprawdę o wszystkich osieroconych rodzicach.

Czasem myślę – myśli takie pojawiają się nieuchronnie – że tak jak się stało, stać się musiało. Że nasze dzieci musiały odejść, po to byśmy się spotkały, byśmy zaczęły robić coś dobrego dla innych. Ale za każdym razem wraca ten sam bunt. Bo cokolwiek dobrego uczynimy - nic nie było i nie jest warte śmierci i cierpienia naszych dzieci. I że wolałybyśmy 1000 razy bardziej być dumne z pierwszego słowa naszych dzieci niż z jakiegokolwiek artykułu, filmu czy czegokolwiek innego.

Wybrano za nas. Zamiast o śpioszkach i zupkach rozmawiamy o zniczach: które palą się dłużej i które mniej kopcą. Im więcej doświadczeń życiowych nam przybywa, tym mniej oczekujemy do dzieci. Niczym faraon w noweli Sienkiewicza, który po objęciu władzy przygotował stos edyktów. Ukąszony przez skorpiona w miarę jak tracił siły, upuszczał na ziemię kolejne pisma. Gdy umierał trzymał w rękach już tylko jedno: z rozkazem uwolnienia swej ukochanej... Tak i my rezygnujemy z kolejnych wymagań wobec dziecka. Nieważna staje się płeć, kolor oczu czy uzdolnienia. Byleby było zdrowe. Byleby mogło samodzielnie żyć. Byleby go nie bolało to życie. Byleby zostało z nami...

Czasem myślę o tym – choć jest to pytanie bez jednoznacznej odpowiedzi – ile jesteśmy w stanie dać z siebie, by nasze dziecko zostało z nami? Do jak wielkich kompromisów z własnymi marzeniami jesteśmy zdolne? Jak wszystkie przyszłe mamy wyobrażając sobie moje dziecko widziałam je zdrowym, ślicznym i pogodnym. Gdy patrzyłam na zniekształcone ciałko mojej córeczki w inkubatorze to wbrew temu co widziałam, wbrew logice mówiącej że nie ma żadnej szansy – chciałam po prostu by żyła. I była ze mną. Im bardziej odrzucona przez świat, tym bardziej przeze mnie kochana...

10.11

Zaczęłam znowu śpiewać. Kiedyś gdy byłam szczęśliwa to po prostu śpiewałam. Od kiedy skończył się pierwszy trymestr ciąży z Małgorzatką nuciłam bez przerwy. Gdy dowiedziałam się, że chyba z nami nie zostanie, zamilkłam na wiele miesięcy. A teraz znowu śpiewam. Tylko sefaradyjskiej kołysanki którą tak często śpiewałam Małgorzatce nie mogę nucić. Za bardzo boli. Może kiedyś i na nią przyjdzie czas.

Wsłuchuję się w synka. Czasem specjalnie piję herbatę słodszą niż zazwyczaj, by sprowokować go do przeciągnięcia się. Poczuć, że jest. W książkach dla przyszłych mam zalecany jest „test ruchomy płodu”. Co rano sprawdzić ile ruchów i jak często wykonuje dziecko. „Dziecko nie zegarek!”, „To mnie za bardzo stresuje!”, „A jak śpi dłużej to co? Osiwiałabym!” – protestują mamy na forum „Ciąża i poród”. „Nie ma co się denerwować, natura wie lepiej” – pocieszają się nawzajem. A ja wciąż mam w uszach głos lekarza mówiącego: „Test ruchomy, pani Anno, to nic nie kosztuje, banalnie proste, tylko kobiety wciąż nie wiedzą jakie to ważne. Na 1000 ciąż w 10 przypadkach potrzebny jest specjalny nadzór. Dzięki temu można by uratować 5 dzieci.”

O pięć tragedii przegranych narodzin mniej.

Ach mamy ze szczęśliwego forum Ciąża i poród! Martwiące się zgagą i rozstępami. Kiedy czasem przychodzimy by spróbować was przestrzec – najdelikatniej jak umiemy - przed możliwymi zagrożeniami, zostajemy z całą mocą odrzucone. „NIE CHCĘ SIĘ STRESOWAĆ!” – słyszymy najczęściej. Zostajemy zakrzyczane, jakby wielkimi literami w oburzonym poście można było zagłuszyć swój lęk i zażegnać złe moce, odrzucić los. Wracamy na swoje fora, czasem złe, czasem rozżalone, że czemu to na nas trafiło, że my już nie mamy wyboru, bogatsze o wiedzę tamtym mamom niedostępną. Ze świadomością, że może jutro, za miesiąc albo pół roku, któraś z tych dziś jeszcze szczęśliwych mam przekroczy nasz próg pełna bólu, a my – najdelikatniej jak umiemy – będziemy ją przytulać, wysłuchiwać i mówić że ta czarna rozpacz kiedyś minie, ukoi się w łagodnym smutku.

Dziś jednak nie znamy przyszłości i choć tak bardzo chciałybyśmy te szczęśliwe mamy przestrzec przed niebezpieczeństwem – nie jesteśmy w stanie.

11.11

Jedziemy na doroczny zjazd podróżników. Specjalnie zakładam ciążowe ogrodniczki, by nikt nie musiał się domyślać i zgadywać. Na szczęście dla nas większość osób myśli, że to nasze pierwsze dziecko. I niech tak zostanie. Tylko bliscy przyjaciele ściskają nas teraz serdecznie, uradowani wieścią o synku. Wieczorem przy piwie (ja przy soczku!) siedzimy z przyjaciółmi. Mężczyźni szybko w rozmowie dryfują na pasjonujące tematy dotyczące aparatów cyfrowych i oprogramowań do nich, my zaś rozmawiamy o dzieciach i ciążach. „A z Gosią też miałaś taki ciąg na słodycze?” – pyta Zuzia, a dla mnie to taka ulga, że można o tym tak normalnie rozmawiać, bez udawania że nic się nie stało, że tamtej ciąży nie było.

Gdy czekamy na windę by zjechać do pokoju ktoś pyta: „To wasze drugie dziecko?” Patrzymy na siebie – „Pierwsze.” – zgodnie odpowiadamy. „Mały podróżnik będzie z nami na wiosnę.” Zaczyna się tradycyjna rozmowa o znakach zodiaku. Nie wypieramy się Małgorzatki, ale nie czuję potrzeby, by w tak przypadkowych spotkaniach mówić ludziom całą prawdę o moim macierzyństwie i naszych dzieciach. Następnego dnia jeszcze jedna osoba wiedząca o poprzedniej ciąży lecz nie o jej zakończeniu pyta z niepewnością: „A jak się wam tamta ciąża udała?” – „Nie udała się niestety” – mówię i na tym poprzestaję. Bo niby co taka osoba ma zrobić z tą wiadomością? W takich chwilach przeszłość wolimy zachować dla siebie, choć tak naprawdę wciąż nie wiem co powinnam i co chcę powiedzieć.

17.11

Cały wieczór pisałam teksty o śmierci dziecka. W pewnym momencie poczułam swoistą absurdalność tej sytuacji. Oto ja, przyszła mama, zamiast pisać ckliwo-laktacyjne teksty o tym jakie to cudowne uczucie gdy rośnie dzieciąteczko, piszę by kobietom po stracie dziecka nie dokładano bólu, kładąc je z szczęśliwymi matkami, że to co medycznie jest zarodkiem czy interesującym przypadkiem, dla matki jest jej dzieckiem.

Synek po kolejnej herbacie słodzonej pigwą wyraźnie się ożywia. Stuk-stuk, cześć mamo, nie śpisz jeszcze? No nie śpię syneczku, zaraz pójdziemy do łóżka, poczekaj jeszcze chwilę. Piszę te porady zupełnie bez emocji, spokojnie dobieram słowa, sprawdzam jak wyglądają stylistycznie. Chyba dzięki temu, że się już bardzo wygadałam, że to co najgorsze wyrzuciłam już z siebie. Pomaga mi też fakt, że nie piszę z pozycji skrzywdzonej osoby, bo miałam szczęście trafić na wspaniałych lekarzy umiejących mi pomóc i nie przysparzających dodatkowych ran duszy.

POWRÓT DO ŚWIATA

18.11

Mam dziś w sobie znowu siły do działania, więc nim mi to minie umawiam się z dentystką i kosmetyczką. Do tego drugiego telefonu zbierałam się kilka miesięcy, tak jak najpierw nie chciały mi przejść przez gardło słowa o śmierci Małgorzatki, tak teraz trudno było mi powiedzieć, że znów będę mamą...

Każda z nas ma takie swoje miejsca do których jeździmy czasem przez pół miasta: najlepszą w mieście krawcową, ukochaną fryzjerkę, manikiurzystkę, dentystkę. Te pierwsze spotkanie po stracie jest najtrudniejsze, gdy otoczenie wiedziało już o dziecku i oczekuje – siłą rzeczy - na dobre wieści. Ale w końcu kiedyś trzeba się spotkać. Do „naszego” sklepiku mięsnego poszłam dopiero po sześciu tygodniach od śmierci Małgorzatki. Do kosmetyczki zadzwoniłam po trzech miesiącach, wieczorem na forum napisałam ten post:

Gdy odchodzi dziecko trzeba się pozbierać. Najpierw można płakać, ale nadchodzi taki dzień, że trzeba wrócić do życia. Wraca się wolno i pod górkę, ale jednak się wraca. Trzeba w końcu pójść do osiedlowego sklepiku, gdzie panie są tak miłe i sympatyczne i gdzie są najlepsze bułki w okolicy, gdzie się chodziło dumnie z brzuszkiem. A teraz trzeba pójść i powiedzieć, że dziecka nie ma. Spróbować nie płakać mówiąc te straszne słowa. Może się uda nie płakać, cholera jednak nie, znowu mokre oczy, kap, kap łezki, ale już jest troszkę lżej, bo już będzie można chodzić do tego sklepiku, a nie omijać go szerokim łukiem. Trzeba też w końcu zebrać się na odwagę i zadzwonić do kosmetyczki. Czasem na to potrzeba dużo czasu – kilka tygodni, miesięcy. Ale w końcu dzwonisz. Po drugiej stronie radosny głos, pytanie no i jak tam, co się urodziło? – trzeba szybko ten głos zgasić, powiedzieć, że nie, niestety się nie udało. Bez szczegółów bo głos znowu więźnie w gardle, no i przecież u pani kosmetyczki są inne panie, ona nie powinna przy nich płakać, ale wiesz że przecież będzie płakać, zna cię tyle lat, tak bardzo się cieszyła najpierw twoim ślubem, potem twoją ciążą... Trzeba też umówić się z dentystką – może wysłać jej SMS? Ale co w takim skrócie napisać? Więc dzwonisz i choć to nie pierwszy telefon, wcale nie jest ci łatwiej. Robisz w myślach przegląd znajomych – masz nadzieję, że wszyscy już wiedzą, ale oczywiście zawsze jest ktoś kogo znałaś, kto wiedział o dziecku, ale nie doszły do niego ostanie złe wieści. Więc pewnego wieczoru telefon: no i co wam się urodziło? Dziewczynka – mówisz i dajesz słuchawkę mężowi, a sama rozpaczliwie szukasz chusteczki. Od jakiegoś czasu masz je zawsze pod ręką, ale akurat teraz gdzieś się zawieruszyła. Przestałaś malować oczy – to trochę niebezpieczne w twoim stanie ducha. Ale usiłujesz żyć normalnie, w końcu trzeba zacząć żyć normalnie, ale właściwie jak jest normalnie? Udając że nic się nie stało? Mówiąc każdemu o swoim nieszczęściu? Są też i tacy ludzie, z którymi możesz rozmawiać spokojnie. Twój rzeczowy pan doktor – teraz już go nie zamienisz na innego, bo przynajmniej nie musisz mu niczego tłumaczyć, on wie. Panie w przychodni gdzie robiłaś badania. Bolało, gdy w końcu się zdecydowałaś tam pójść i powiedzieć, ale teraz już wiedzą, nie pytają o nic.
Gdy odchodzi dziecko trzeba zrobić tyle rzeczy, które w normalnym świecie nie są żadnym problemem, rzeczy które w inne sytuacji sprawiłyby ci tyle radości... Ale twój świat jest już inny. Trochę jak zbite lustro, gdzie każdego dnia widzisz jakiś maleńki kawałek rzeczywistości, którą trzeba opanować. Choć czasem myślisz, że już nie masz sił - dasz radę. Pozwól sobie tylko płakać, gdy jest ci źle i cieszyć się tymi drobnymi chwilami gdy wraca ci radość życia. Bo ona wraca. Powolutku, jak myszka, podgryza korzenie rozpaczy. Pozwala ci znowu uwierzyć w siebie, swego mężczyznę i następne dzieci. W końcu odnajdziesz spokój w sercu. I choć świat wokół już nigdy nie będzie taki sam – i ty nie będziesz już taka sama jak kiedyś – to przecież nigdy już nie będziesz sama. Bo w serduszku na zawsze mieć będziesz swoją kruszynkę, taką jaką sobie wymarzyłaś, taką jaka miała być. Twoje Dziecko.

W końcu nadchodzi też i taki czas, że o zmarłym dziecku można mówić z uśmiechem. Jak się śmiało, jakie miało piękne oczka. Gdy te wspomnienia już tak nie bolą, gdy po prostu wraca się do szczęśliwych chwil. Przecież to normalne, że mama wspomina z rozrzewnieniem czas ciąży: jak cieszyła się z dwóch kresek na teście, jak pewnego dnia odkryła że nie ma co na siebie włożyć, bo w nic się już nie mieści, jak dziecko kopało, a najbardziej po soku pomarańczowym, zaś jej brzuszek tak śmiesznie podskakiwał... Śmierć dziecka sprawia że te wspomnienia stają się na początku bardzo bolesne. Przypominają o zawiedzionych nadziejach, wywołując łzy. Ale kiedy już to cierpienie się oswoi, kiedy minie czas rozpaczy, nadchodzi taki czas gdy te wspomnienia wypełniają serce ciepłem. To dlatego na forumowych spotkaniach w realnym świecie możemy sobie nawet czasem z siebie i naszych zmarłych dzieci śmiać, przypominając sobie z czułością ich minki czy niektóre zachowania. Dla kogoś z boku byłoby to może szokujące: oto osieroceni rodzice zamiast posypywać głowy popiołem i tarzać się w rozpaczy, po prostu się śmieją. Ale także na tym polega wracanie do życia.

19.11

Zabawne, niby wiem że tam w brzuszku rośnie nam mały człowieczek, a jednocześnie jest to dla mnie ciągle nierealne. Widujemy go na USG, coraz wyraźniej ruchami zaznacza swoją obecność, a jednocześnie jest to jakaś abstrakcja. Naprawdę tam ktoś jest? Pamiętam to uczucie wręcz niedowierzania pomieszanego ze zdumieniem, gdy zobaczyłam Małgorzatkę w dłoniach lekarki. Więc to była ta istotka, mieszkająca we mnie? Abstrakcja zmieniona w konkret ciałka kilogramowej córeczki. Może dlatego czasem po prostu zapominam, że jestem w ciąży. Przywykłam do mojego coraz większego brzuszka. Wręcz z niedowierzaniem patrzę na kobiety o płaskich brzuszkach i smukłej talii. Czy ja jeszcze kiedyś będę też tak wyglądać? Szczerze mówiąc – nie obchodzi mnie to za bardzo. Oczywiście planuję wrócić na siłownię, zacząć biegać i jeździć na rowerze, ale tak naprawdę... Tak naprawdę to chcę mieć moje dzieci tutaj na ziemi. Figura to niewielka cena za cud ich obecności. Choć miło będzie znów mieścić się w ulubione spodnie.

21.11

Czy kiedy już Maleństwo się urodzi, będziemy pamiętali jak bardzo na niego czekaliśmy, jakim cudem jest fakt jego istnienia w naszym życiu? Czy codzienność nie przyprószy cudu nieważnymi problemami i drobnymi kłopotami? Tak trudno żyć nieustająco świadomie, ciesząc się każdą chwilą. Na razie to mój czas cichej radości. Już nie boję się jawnie nosić ciążowe ubrania. Przywykam znowu do myśli, że będę mamą. Jestem szczęśliwa.

Za oknem śnieg, wielkie białe płatki wirują w szalonym tańcu. Za rok o tej porze... Nie wiem, co będzie za rok. Wiem za to, co było rok temu. Natalijka już odeszła. Jej tata z pierwszego śniegu ulepił bałwana przy grobie.. A potem długo z Melką_x stali patrząc jak płatki opadają cichym całunem na bałwanka, na grób, na nich... Może zresztą to był drugi czy trzeci śnieg... to było już nieważne. Alek szalał ciągnąc Adasia na sankach. Ich radosne krzyki słychać było na całej ulicy. Tuż obok miejsca gdzie Alek, potem... Sylwunia uśmiechała się rozkosznie, co jakiś czas wędrując ku drugiej stronie, zawracana wprawnymi dłońmi J0204. Przed nimi były jeszcze wspólne święta i Sylwester i wiosna. Ostatnia razem. Laurka miała się narodzić dopiero za jakiś czas i nikt nie przypuszczał, że nie spojrzy ani razu w oczy swej mamy... Małgorzatka... Żyłam w nieświadomości co nas czeka. Niewiedza bywa błogosławieństwem. Nie wiem co będziemy robić za rok o tej porze. Mam kilka marzeń, obrazków pod powiekami. Czasem o nich rozmawiamy z moim Mężczyzną. Ale czy spełnią się te sny?

24.11

Pojechałam do mojej kosmetyczki. Musiało upłynąć dziewięć miesięcy, bym do tego dojrzała. Chodzę do niej od 20 lat, nie wyobrażam sobie, że mogłabym iść do kogoś innego. Mężczyźni chyba nie bardzo rozumieją, dlaczego przez całe miasto jedziemy do naszej fryzjerki, kosmetyczni, manikiurzystki, przecież jest tyle innych bliżej, z wygodniejszym dojazdem. Ale ta jest tą naszą ukochaną, jej gabinet to miejsce gdzie czujemy się bezpieczne, to nasz azylem, mały kobiecy raj. Ostatni raz byłam tu jeszcze w ciąży z Małgorzatką. O jej śmierci, byłam w stanie powiedzieć po trzech miesiącach. I dopiero teraz pojechać. Kolejna brama powrotu do życia została przekroczona.

25.11

Taka ulga... Z rana wizyta u dr Góździa, potem na USG jedziemy do ImiDz. Dr Zwoliński rozpromieniony pokazuje kolejne obrazki z życia wewnętrznego małego człowieka. Wszystko książkowe, tak jak być powinno. Potem jeszcze przez jakiś czas rozmawiamy o badaniach USG kobiet u których dzieci wykryto wady. I uświadamiam sobie, że faktycznie dla lekarzy są to problemy jakie powstały w ostatnich latach. Że dopóki nie było USG, o wadach dziecka dowiadywano się podczas porodu. Lekarze w żaden sposób na studiach nie zostali przygotowani do sytuacji, w której muszą powiedzieć kobiecie, że widzą u jej dziecka brak połowy serca, kończyn, wytrzewienie czy rozszczep kręgosłupa. To wszystko pojawiło się całkiem niedawno wraz z nowoczesnym sprzętem i żadne standardy jak w takiej sytuacji postępować nie zostały jeszcze opracowane. Przynajmniej w Polsce.

Ale dziś nie myślę o problemach świata za wiele. Z radości, że badanie wyszło dobrze piekę ciasto cytrynowe. Co prawda blacha się przekrzywiła (taka jest moja oficjalna wersja, bo nie przyznam się że krzywo ją włożyłam) i połowa ciasta jest zdecydowanie większa, ale pyszny smak ocalał. Maluszkowi wyraźnie smakuje, bo od razu robi się bardziej dynamiczny. Mąż zaś swą radość wyraża bardziej po męsku: skręcając szafę i kończąc remont sypialni. Salon zaczęliśmy robić na przyjście Małgorzatki, potem wbrew smutkowi w duszy ściany pomalowaliśmy na żółto i pomarańczowo. Sypialnia zaś jest żółta z niebieskim sufitem. Namalujemy na nim fluorescencyjną farbą gwiazdki, by migotały nam przed snem.

28.11

Mamy wykład dla lekarzy: „Jak postępować w sytuacji pornienia, straty i narodzin dziecka z wadami”. Powoli sala się zapełnia. Zastanawiamy się, czy ktokolwiek będzie chciał nas słuchać? Czy cokolwiek z tego co mamy im do powiedzenia ma sens? Zaczynamy mówić. Mam wrażenie, że opowiadamy rzeczy tak oczywiste: poronienie bywa tragedią, konieczność pożegnania dziecka, sposób w jaki przekazywać złe nowiny... Problemy tłumaczymy na własnych doświadczeniach. Trudno jest bez emocji opowiedzieć jak pierwszy raz usłyszałam wyrok na córeczkę, jak po porodzie mi ją podano. J0204 jak utytułowany lekarz powiedział o Sylwii, że „z tego to już nic nie będzie”, a Melce_x jak na Natalijce ważny profesor pokazywał studentom jak wygląda płód bez wód, bez szans na powstrzymanie porodu. Nie wolno nam płakać, wtedy odebrano by nas jak egzaltowane histeryczki, więc bardzo się staramy, by łez nie było słychać w naszym głosie. Każda z nas mówi o rzeczach tak bardzo osobistych – choć minęło już tyle czasu, tyle razy o tym rozmawiałyśmy, to wciąż boli. Po wykładzie od jednej z lekarek dowiadujemy się, że choć dla niej w tym co mówiłyśmy nie było nic nowego, to wielu z jej kolegów chyba po raz pierwszy mogło usłyszeć jak wygląda ta sama sytuacja widziana od strony pacjentki. Inny lekarz pyta nas, dlaczego rodzice po stracie, po poronieniu mają poczucie winy? Nigdy o tym nie myślał w taki sposób.

Gdy wracamy do domu jestem wyczerpana. Oporządzam kuchnię byle jak, melduję rodzicom powrót by się o nas nie martwili, rozpakowuję ubrania i z ulgą padam w naszej żółto-błękitnej sypialni. Z moim Mężczyzną obok mnie i synkiem w brzuszku jestem szczęśliwa w moim domu – azylu.

SZKOŁA RODZENIA

30.11

Dziś pierwsze zajęcia w szkole rodzenia w Fundacji Rodzić po Ludzku. Umówiłam się, że zapłacę na pierwszych zajęciach – poprzednio zdążyłam wpłacić zaliczkę a dwa tygodnie później dzwoniłam, że nie, nie będę mogła chodzić na zajęcia, bo moja córeczka... I znowu ta wtórność. Znów zaczynam od nowa. Dobrze, że wraz ze mną chodzi tu Malomi, łatwiej nam razem, wszak mamy te same myśli, tą samą przeszłość. Prowadząca pyta nas o oczekiwania wobec zajęć. Pary mówią o świadomym przygotowaniu się do porodu, o nauce jak przez niego przejść, o lęku przed bólem i tym co dalej, jak postępować z maleństwem gdy już się pojawi na świecie.

Nam ta szkoła nie jest potrzebna by świadomie i z pieśnią na ustach urodzić dziecko. Malomi miała poród wywoływany przez 10 dni. Dziesięć dni bólu, rozpaczy i tragedii. Bez nagrody na koniec, za to z krwotokiem, który o mały włos zabrałby ją na drugi brzeg za Stefankiem. Kiedy piszemy na karteczkach dokończenie zdania „Gdy myślę poród...” Malomi wpisuje „chciałabym wiedzieć jak to się zakończy”, a ja: „zastanawiam się jak to musi być cudownie zobaczyć i przytulić swoje dziecko”. Nie dodaję „żywe i zdrowe” choć to właśnie mam na myśli.

Potrzebujemy tej szkoły, by przestawić swoje myślenie i przygotować swój umysł na szczęśliwe zakończenie ciąży. Ale to trudne, złe doświadczenia i wiedza jaką posiadłyśmy po drodze tkwią w nas potwornie głęboko. Rozmawiamy o terminach porodu. Ktoś mówi, że w sumie nie wie, bo był 2 marca, potem lekarze mówili że 7 marca, a z ostatniego USG wyszło jeszcze kilka dni później. A ja zastanawiam się czy to aby nie jakieś wady powodują niedorozwój dziecka. Długa jest droga ku jasnej stronie życia, gdzie dzieci nie umierają, a słońce zawsze świeci ciepłym blaskiem. Bardzo długa.

Zastanawiam się, czy jest jakiś czas, po którym ta przeszłość nie boli tak bardzo. Na pozór krzepniemy w sobie, rany goją się w blizny, pamięć rozmywa szczegóły. Ale wystarczy dotknąć, a wszystko wraca. Jedna z dziewczyn opisywała na forum jak przez trzy lata chodziła na grób córeczki zmarłej w 24 tc i tam dosłownie wyła z rozpaczy. Kilka dni temu urodziła szczęśliwie synka. Ale tęsknota za córeczką nie maleje. Zorka tak pięknie powiedziała na jednym ze spotkań, że dopiero narodziny jej synka, patrzenie jak rośnie uświadomiły jej ile straciła wraz ze śmiercią Martynki. Czasem o tym rozmawiamy z Malomi, że w twarzach naszych synków, będziemy pewnie nawet podświadomie szukać rysów naszych poprzednich dzieci. Psychologowie o ciążach „zastępczych” mówią „reparacyjne” – gdy następne dziecko ma zastąpić to, które odeszło. W naszym przypadku to nie żadne zastępstwo, czy namiastka tamtego dziecka. To nowy rozdział w naszym życiu. Tylko tamten został przerwany tak w połowie, nie sposób rozmyślać nad możliwymi wariantami jego zakończenia. A najgorsze co można by zrobić, to udawać, że nigdy go nie było.

Nasze macierzyństwo jest skażone przeszłością i nie sposób od tego się odciąć. Gdy na poprzednim USG lekarka powiedziała, że synek waży blisko 400 gram, moją pierwszą myślą było, że choć to już 22 tc, to są szpitale w których uznano by to za poronienie i z racji zbyt małej wagi ciała dziecka nie mogłabym go pochować, gdyby teraz odszedł. A teraz mam świadomość, że z każdym tygodniem szanse Maleństwa na przeżycie się zwiększają. Skończyliśmy 26 tydzień. Takie wcześniaczki już udaje się uratować. Każdy kolejny dzień to dar od losu i coraz większa nadzieja.

01.12

Przeglądam zdjęcia jakie robiliśmy przez ostatni rok. Zaczynaliśmy je we dwoje, przez chwilę pracowaliśmy nad nim w czwórkę, potem już w trójkę, kończyliśmy znowu tylko we dwoje... Patrzę na zdjęcia i wracają wszystkie wspomnienia. Ląd – oprowadzający nas przemiły ksiądz pyta: - „Tak Państwo jeździcie po Polsce, po świecie, a dzieci?” – „Mamy bliźniaki” – mówię taka dumna z naszych maluszków. Jeszcze w Gnieźnie były z nami, ale już do Kalwarii Zebrzydowskiej dotarliśmy tylko z Małgorzatką. Długa modlitwa, bez złych przeczuć, jedna z wielu późniejszych - nie wysłuchanych. Czerwińsk robiony w przeddzień kordocentezy. Gdy już wiadomo było że nie będzie dobrze, praca pozwalała choć na chwilę zapomnieć. A potem mistyczna Grabarka otoczona tysiącami krzyży, a żaden z nich w intencji zostania naszej córeczki być nie mógł, bo jej już z nami nie było. W zdjęciach zapisane są nie tylko obrazy jakie widziałam, lecz też wszystkie wspomnienia z czasu ich powstawania. Przerzucam kartki. Czyż naprawdę nie mogliśmy mieć tutaj naszych dzieci, by pokazać im jak piękny, dziwny, fascynujący i niezwykły bywa ten świat?

03.12

Nadchodzą Święta... Czas cudu narodzin maleńkiego chłopczyka w dalekim Betlejem. Staram się za dużo nie myśleć, udaję że Święta są za bardzo długi czas. Ale jak tu uciec od mrugających choinek, reklamowych Śnieżynek i Mikołajów? W duszę wsącza się cichutko smutek. Wypływa nieoczekiwanie w kącikach oczu. To miały być nasze pierwsze święta z córeczką. Zamiast niej – wielka nadzieja na spotkanie z naszym synkiem. W zeszłym roku święta w ciąży i w tym tak samo... Tylko ramiona takie puste, ściany domu nie rozbrzmiewają gaworzeniem, ogień z kominka odbija się tylko w naszych oczach... Na forum zaczynamy rozmawiać o tym jak przetrwać Święta i Sylwester, jak przeżyć ten czas nie do przeżycia.
Nie wiem.
Jakoś go przeżyjemy.
Ale tak bardzo...

04.12

Początek grudnia – przedświąteczne doroczne wigilijne spotkania. W zeszłym roku obecności Małgorzatki ukryć się już nie dało. I teraz, bez złych intencji, bez wiedzy o tym co się stało, ktoś kogo przez ten rok nie widziałam życzliwie pyta: „O znowu maluszek, a co się wtedy Państwu urodziło?”. „Dziewczynka... „– mówię. „A teraz, kto to będzie?” Chłopiec... „Oj to cudownie” – słyszę, - „parka i taka mała różnica wieku”. Czuję że nie dam rady, ani tłumaczyć, ani mówić więcej. Pod jakimś pretekstem uciekam w drugi kąt sali. Mam łzy w oczach, cholera, jak być mamą bez dzieci? Co mówić? Mimo tylu miesięcy wciąż nie wiem. Żałuję, że w naszej kulturze nie ma jakiegoś czytelnego znaku wyróżniającego rodziców po stracie. Jakiegoś symbolu, który byłby dla wszystkich czytelny, że ta osoba przeżyła śmierć dziecka. Czarny kolor dzięki francuskim egzystencjalistom i współczesnym kreatorom mody zupełnie się w tej roli nie sprawdza. Nawet jeśli ubiorę się od stóp do głów na czarno nikomu do głowy nie przyjdzie, że dla przyszłej mamy jest to też strój żałoby po zmarłym dziecku. Wieczorem zasypiając wtulona w męża uświadamiam sobie, że dziś mija 10 miesięcy od narodzin naszej córeczki... Choć na co dzień nie odliczam tej daty, ona sama mnie co jakiś czas dopada. Trzeba ją przetrwać i jakoś dalej żyć...

06.12

Dziś Mikołajki. Patrząc na odświętne wystawy staram się nie myśleć, że mieliśmy teraz szukać prezentu dla Małgorzatki, że miała wielkimi ślepkami patrzeć na kolorowe światełka, że miała być z nami. Kocham naszego synka, ale nie oznacza to zapomnienia o naszej córeczce...

Pod supermarketem podszedł do mnie pan z pytaniem czy może odprowadzić wózek bo stracił pracę, a ma troje dzieci na utrzymaniu... Chcialam mu powiedzieć, że mu zazdroszczę. Bo ja też miałabym troje dzieci - a nie mam żadnego. Ale oczywiście powstrzymałam się i dałam mu ten wózek. Czasem chce mi się wyć. Bo ludzie mieszkają w strasznych warunkach - i mają dzieci. Maja maleńkie domy - i jakoś się te dzieci z nimi mieszczą. Nie chcą ich mieć, ale mają, jakby za karę, która dla innych byłaby najwspanialszą nagrodą.

Pamiętam jak kiedyś w Magazynie Gazety Wyborczej W zobaczyłam  zdjęcie ze szpitala w Czeczenii. Osiem malutkich tłumoczków na wózku, które położna wiozła mamom do karmienia. I z taką zazdrością pomyślałam: „dlaczego tam, dlaczego tyle kobiet ma kłopot przez dziecko, tyle ich nie chce, dlaczego tu aż osiem maleńkich żabek, a ja nie mogę mieć choć jednej?”

08.12

Wczoraj mój Mężczyzna czuł się niewyraźnie, może to początek grypy, a może tylko przeziębienie. Natarłam mu plecy maścią rozgrzewającą i postanowiłam pochuchać w ciepełko rodzinne, wagarując ze szkoły rodzenia. Temat: „Emocje odczuwane w ciąży”. W sumie wiem jakie emocję przechodzę, zatem odpuściłam zajęcia bez specjalnego żalu. A wieczorem mail od Malomi:

Dlaczego mnie wczoraj zostawiłaś samą w szkole rodzenia? ;-( Było tak strasznie ciężko. Pierwsze pytanie "Co czuliście jak się dowiedzieliście że będziecie mieli dziecko?" Wszyscy szczebiotali jak to wspólnie czekali na pojawienie się dwóch kresek, jacy byli szczęśliwi. Mój mężczyzna pyta mnie szeptem: "Mówimy prawdę, czy kłamiemy?" Jak doszło do nas, to powiedziałam tylko, że u nas był ogromny strach. Nie byłam nic w stanie więcej powiedzieć. Tomek opowiedział co nam się przydarzyło.  

Oczywiście konsternacja, ale nie na długo. Szczęśliwe matki w sumie miały to gdzieś. Oczywiście padło "Tym razem na pewno będzie dobrze". Czasem wolę, żeby ktoś się powstrzymał od gadania, niż ma tak sobie chlapać ozorem. Długo nie mogłam dojść do siebie, myślałam że mi serce wyskoczy. Od czasu do czasu zadawali jeszcze pytania odnośnie tego co czułam i czuję teraz. A ja miałam ochotę stamtąd wyjść i się wypłakać.  

I za chwilę prowadząca powiedziała, żeby nie słuchać od tzw. "życzliwych" tragicznych historii z ich ciąży i porodu, bo po co się denerwować! Straszne to było, ciśnienie mi skoczyło tak, że się przestraszyłam.  

Oj Aniu....nie chce mi się tam juz chodzić.

Nasza okrutna nieprzystawalność do zwykłego świata jakiej co jakiś czas doświadczamy wciąż boli. „Przeszłość jest niezmienna, przyszłość – nieznana, śmierć – pewna” – powiedział jeden z filozofów. Tak bardzo żal mi Malomi, nas wszystkich, pozbawionych niewinności macierzyństwa. Wiedzących za wiele, zawieszonych między nadzieją i rozpaczą, nie pasujących do żadnego ze zwykłych światów... Dobrze chociaż, że mamy siebie, stygmat wyjątkowości i samotność byłyby nie do zniesienia.

09.12

Wpadł mi w ręce artykuł ze wspomnieniami kobiet z czterech porodów na przestrzeni ostatnich 30 lat. Aż wierzyć się nie chce, jak strasznie kiedyś traktowano kobiety, w jakie bzdury kazano im wierzyć, ile się zmieniło na lepsze. Czy i nasze młodsze siostry za kilka lat z niedowierzaniem będą słuchać o czasach, gdy poronienie nagminne mylono z aborcją, nie pozwalano się pożegnać z martwym dzieckiem i odmawiano wydania jego ciała do pochowania, bo do ustawowej wagi lub wieku zabrakło kilku dni lub gramów?

11.12

A jednak polskie prawo jest lepsze niż sądziłam. Przyszła odpowiedź z departamentu prawnego Ministerstwa Zdrowia. I wynika z niej jasno, że choć decyzją Ministra Zdrowia utrzymano iż dopiero od 22 tc następuje poród (zaś wcześniej jest to wpisywane jako poronienie), to rozróżnienie to służy jedynie wpisom do dokumentacji medycznej, natomiast karta zgonu ani też akt zgłoszenia urodzenia dziecka do owej dokumentacji nie należą, co oznacza że ów podział dla wydania ciała dziecka nie ma żadnego znaczenia. Innymi słowy „W obecnym stanie prawnym nie ma podstaw do odmowy wydania przez zakład opieki zdrowotnej ciała dziecka martwo urodzonego w celu jego pochowania, bez względu na czas trwania ciąży”. Tylko ile szpitali, ilu lekarzy o tym wie?

Tymczasem jednak odpuszczam sobie na chwilę problemy tego świata. Dziś taki domowo-szczęśliwy dzień. Jeden z tych które zwykle przeciekają nam między palcami, nie zauważamy ich tak bardzo są spokojne i naturalne, dopiero z czasem zdajemy sobie sprawę, że to właśnie było prawdziwe szczęście, to właśnie był ten sens życia. Rano w łóżku mąż sączy kawę i czyta zaległą gazetę, leżę przytulona do niego, powoli budząc się do życia. Obok czeka gorący kubek z herbatą. Za oknem słońce, jedziemy do Castoramy kupić deski do zrobienia stołu. Kilka miesięcy temu popłakałam się po podobnej wizycie widząc kilka kobiet w ciąży, dziś sama jestem w ciąży i być może mój widok jakąś inną kobietę przyprawił o łzy. Popatrzy na mnie ze złością, że ja zamiast się cieszyć cudem maleństwa, myślami gdzieś bujam w obłokach, trochę zmęczona, trochę zaspana, taka mało przytomna i nie promieniująca radością życia.

Wieczorem zaśniemy przytuleni do siebie. Taki zwykły, zwyczajny dzień. To właśnie jest szczęście samo, domowe ciepełko, do którego tęsknić będę, gdy znów kiedyś nadejdą trudne dni.

14.12

Na zajęciach szkoły rodzenia było tak, jak być powinno. Szczęśliwi rodzice wyobrażający sobie swojego maluszka. To chyba jedne z najbardziej radosnych i zabawnych zajęć, dlatego chciałam bardzo by Krzyś był na nich ze mną. Na początku rozmowa o tym jak rośnie maluszek: od ziarnka maku w 2 tc do kilkukilogramowego noworodka. Bardzo długa droga do przebycia, która tak naprawdę jest początkiem nowego życia. Potem była rozmowa o okazywaniu uczuć i o tym by je okazywać też dzieciom w brzuszku, bo one to wszystko czują. Potrafią ssać paluszki i łykać wody płodowe, a gdy mama płacze, płaczą wraz z nią. Ostatnie tygodnie i dni Małgorzatki to był jeden wielki płacz... Wcześniej była żywą, pełną energii dziewczynką, od dnia diagnozy znieruchomiała, jakby się chciała schować, przepraszając, że tyle kłopotu nam narobiła. Biedna, maleńka Małgorzatka... Gdy na koniec zajęć z zamkniętymi oczami mieliśmy wyobrażać sobie nasze oczekiwane maluszki, na chwilę przypłynął do mnie jej obraz: gdy zobaczyłam ją po porodzie i potem w inkubatorze. Masz braciszka córeczko, opiekuj się nim. Myślę, że jest trochę do ciebie podobny. Mam nadzieję, że zostanie z nami na długo, na całe nasze życie...

15.12

Dziś spotkanie z dziewczynami z forum. Rozmawiamy ze sobą, jakbyśmy się znały od lat, a przecież jeszcze rok temu nie miałyśmy pojęcia o swoim istnieniu i o tym co nas połączy. Siedzimy i gadamy o naszych dzieciach, o porodach, o pogrzebach, o nadziejach, o tym co chcemy robić, o naszych przyszłych dzieciach... Takie spotkania sprawiają, że czuję się bezpiecznie – w gronie ludzi którzy przeszli przez podobne doświadczenia, gdzie nie musimy niczego tłumaczyć ani chować się w sobie. Gdzie możemy po prostu być sobą i nikt nie spojrzy na nas jak na dziwoląga. Bardzo mi potrzebne to psychiczne wsparcie innych mam po stracie.

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA

16.12

Święta, na które nie mamy za bardzo nastroju, dzięki synkowi jednak nabierają sensu. Przynoszą nadzieję, której tak bardzo potrzebujemy. Od rana kombinuję jak wyrwać się z domu, by mąż nie zorientował się, że jadę po książkę zamówioną dla niego. Może trochę pobuszuję w sklepach w poszukiwaniu prezentów. W zeszłym roku kupiliśmy je już w połowie grudnia, w tym roku właściwie aż dotąd staram się udawać że Święta to taki egzotyczny czas, który nas nie bardzo dotyczy. A jednak chcę byśmy spędzili je razem, w cieple domowych ognisk z naszymi rodzicami. Pewnie polecą nam łezki przy opłatku, na uczucia nie ma rady i chyba dobrze. Przynajmniej nie musimy przed sobą niczego udawać. Mimo wszystko, mimo że nie ma z nami Małgorzatki, chcę cieszyć się Świętami. Przez wiele lat miały one posmak smutku mojej samotności, od kiedy zakochaliśmy się w sobie z mężem, Święta nabrały pełni sensu.

Na zajęciach w szkole rodzenia dziś joga – czas tylko dla mnie, dla dziecka. Dzięki temu że zajęcia kończą się po 19 na wigilię w gronie dalszych znajomych docieram już po dzieleniu się opłatkiem. Bałam się tego – tych wszystkich życzeń od bliskich nam ludzi, którzy znając naszą historię życzą nam tego samego. Bałam się swoich łez i tego, że nie będę umiała ich powstrzymać. Wolałam się spóźnić. Akurat na tyle by złożyć wszystkim „centralnie” życzenia i móc zażartować, że biorę udział w konkursie na najbardziej opływową kobietę sezonu. Jakbym rok temu nie była w ciąży, nie obnosiła się dumnie z brzuszkiem. Ale nie mam dziś nastroju na wspomnienia, chcę cieszyć się dniem dzisiejszym. Prawie mi się udaje.

Dopiero wieczorem tuż przed snem dopada mnie wręcz panika. Bo nagle uświadamiam sobie z całą wyrazistością, że do spotkania z naszym Maluszkiem pozostało nam nie więcej niż 10 tygodni. A ja czuję się tak kompletnie do tego nieprzygotowana!!! Wiem jak to jest być mamą po stracie, a wciąż nie potrafię stać się mamą czekającą na żywe dziecko. Nie mamy ubranek, fotelika do samochodu, nie mamy tylu rzeczy! A do tego jeszcze trzeba dokończyć remont w domu, może jednak pomalować pokój dziecka? A może nie? Lepiej pomalujemy potem, jak już będzie z nami. Przewracam się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Jak my zdążymy z tym wszystkim? Czuję się jak przed wyprawą, gdy wielkimi krokami zbliżał się czas wyjazdu, a wciąż nie malała ilość rzeczy jakie koniecznie trzeba było zrobić. W końcu nadchodził dzień rozpoczęcia podróży. Okazywało się, że nie wszystko co musiało być zrobione – zrobione zostało. I świat się jakoś z tego powodu nie zawalił, wyprawa była fascynującą przygodą, a życie toczyło się dalej. Pewnie i tym razem tak będzie. Ale tak naprawdę, nie wiem jak to będzie...

17.12

Kupiłam misia. Wielkiego, kosmatego o czarnych ślepiach i szelmowskim uśmiechu. Patrzył na mnie tak, jakby chciał koniecznie bym go zabrała ze sobą. Kupiłam go dla synka choć tak naprawdę to kupiłam go dla nas. By wbrew lękowi o przyszłość mieć jakiś dowód na istnienie naszego dziecka, by w domu czekała specjalnie dla niego zabawka. Teraz miś śpi z nami w sypialni. Nasz talizman nadziei na szczęśliwe czasy.

19.12

Święta... Mimo iż wydawało mi się, że trzymam się nieźle, chyba jednak trochę obawiam się nadchodzących dni. Życzeń przy opłatku, dzielenia z najbliższymi smutku i nadziei. Pokłóciliśmy się z mężem karczemnie o nic, typowa awantura zastępcza. Bo oboje tak bardzo jesteśmy dzielni, tak bardzo zapracowani, a jednocześnie przedświąteczny nastrój bardziej niż kiedykolwiek przypomina o naszych utraconych marzeniach. Przecież mieliśmy zrobić Małgorzatce zdjęcie pod choinką, by na pytanie „A skąd ja się wzięłam?” opowiadać o Świętym Mikołaju, który nam ją podarował... Mieliśmy kupić jej odświętną sukieneczkę i bardzo maleńką bluzę z polara dla naszej małej podróżniczki. Mieliśmy... Zamiast tego wszystkiego kilka wspomnień. Gdyby nie synek, byłoby nam jeszcze trudniej przeżyć ten czas. A przecież po śmierci Małgorzatki był taki moment, że nie wyobrażałam sobie kolejnego Bożego Narodzenia w ciąży, kolejnego czekania. Wydawało mi się to ponad moje siły... Tymczasem nasz Maluszek wędruje powoli ku nam, a my staramy się cieszyć się każdym dniem jego obecności.

Dziś jedna z dziewczyn z forum ma psychiczny dół. Piszemy by była dobra dla siebie, by przytuliła tą małą dziewczynkę skrzywdzoną przez los, by pozwoliła sobie na słabość i na łzy. Bez tego nie da się pójść dalej.

21.12

Wpadliśmy na chwilę do Fundacji Rodzić po Ludzku by zrobić zdjęcia Fundacyjnej wigilii. Na podłodze pełza rozbawione stadko maluszków. W fotelach mamy z zaokrąglonymi brzuszkami. Myślałam, że takie widoki już mnie nie ruszają. A jednak nieoczekiwanie mam łzy w oczach. Patrzę na drepczące niepewnie dziewczynki i zastanawiałam się jakiego koloru byłyby włosy Małgorzatki? Czy Natalia też miałaby takie kucyki? A Stefanek taką uszczęśliwioną minkę po zjedzeniu wielkiego kawałka ciasta? Nagle ogarnia mnie tak ogromny żal, że nasze dzieci nigdy już do nas nie wrócą, że zapomniane przez świat będą rosły już tylko w naszych myślach...

„Zobacz jaka śliczna żabka” – mówi mąż i pokazuje mi na maleństwo śpiące w foteliku. Muszę na chwilę wyjść do toalety, obetrzeć oczy, uspokoić się. Kiedy śmierć dzieci przestaje tak strasznie boleć? Myślałam, że już mam to za sobą, guzik prawda. Te maluszki rozwaliły mnie zupełnie. Usiłuję potem w samochodzie powiedzieć mężowi jak jest mi źle, bo Małgorzatka już nigdy... – „Kochanie, trzeba patrzeć w przyszłość, nie można do tego ciągle wracać” – mówi mój mężczyzna. Wiem, ale to silniejsze ode mnie, zresztą nie mogę zapomnieć tej przeszłości, to za głęboko siedzi w sercu... Czasem muszę jeszcze popłakać, jeszcze nie raz...

Czasem Święta wręcz fizycznie bolą. Nie tylko mnie. Wieczorem post Melki_x:

Byliśmy wczoraj na wigilii u przyjaciół. Nowy dom, duża przestrzeń, kominek, ogromne okna przez które las 'wchodzi' do pokoju. Wielki stół, każdy przyniósł coś przygotowane przez siebie. Pierogi, śledzie, ryba faszerowana, zapach pieczonego do domu chleba i ciast. Kilka par, kilkoro dzieci, worek prezentów. Drobiazgi dla rodziców i "prawdziwe";) prezenty dla dzieci. Luneta, komplet do malowania na szkle, akcesoria wróżki, pluszaki i grzechotki dla najmłodszych. Tupot dziecięcych nóg, dwa szalejące psy i najmłodsze, miesięczne niemowlę. Idylla prawda? Stópka jak dwie Natalii, a jednak tak mała, tak podobna. Identycznie rozdziawiony pyszczek przy ziewaniu, identyczny miniaturowy nosek. Łapki trochę pulchniejsze, Natalia miała takie wąskie i długie palce. Obok 3 -latka przymierzająca koronę wróżki. Natalia nigdy takiej nie dostanie, nikt nie kupi jej żadnego prezentu. Nigdy nie będzie się bawić tam w chowanego. Nigdy nie przytuli się do psa. Nie mogłam przestać myśleć patrząc na 3-letnią dziewczynkę, że drobne ciałko mojej córki leży w ziemi. Strasznie mi źle.

Melko kochana, przyjaciółko moja, ty wiesz...

22.12

Znowu przyplątał się jakiś stan zapalny. Jestem przewrażliwiona, więc na każdej wizycie jest sprawdzanie, czy szyjka się nie skraca, czy nie ma zakażenia. Jedno dr Góźdź wykrył jakiś czas temu, wyleczyłam je, a teraz znowu paskuda powróciła. Robię posiew i zobaczymy co z tego wyniknie. Kilka miesięcy temu czytałam list dziewczyny, której synka zabiło bezobjawowe zakażenie bakteryjne, więc wolę dmuchać na zimne, zrobić o dziesięć badań za dużo, niż o to jedno za mało.

W zeszłym roku ubraliśmy choinkę kilka dni przed Świętami, by się nią nacieszyć, w tym roku nie wiem, czy chcę choinki w domu. Wtedy całymi dniami śpiewałam Małgorzatce kolędy i opowiadałam jej jak będzie cudownie za rok. Teraz kolęd nie śpiewam, chyba bym przy nich się popłakała... Więc lepiej nie, wystarczy „White Christmas” w radio do stworzenia nastroju.

ŻYCZENIA

23.12

Na forum zaczynamy sobie składać życzenia. Inne niż te jakie dostajemy zwykle na kratkach, SMS-em lub miałem. Bardzo osobiste, bardzo nasze... Melka_x napisała:

Moi Kochani, Życzę spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Życzę nam wszystkim żebyśmy poczuli obecność tych, którzy odeszli, żebyśmy poczuli spokój, ciepło i pewność, że nasze dzieci są obok, że nasze rozstanie nie jest ostateczne, że to tylko "do widzenia" na chwilę.

Naszym ziemskim dzieciom życzę góry pięknych prezentów, pachnącej żywicą i lasem choinki, pachnącego łąką siana pod wykrochmalonym obrusem, pysznych pierogów, ryb, barszczu. I śmiechu i pocałunków i szczęśliwych rodziców.

A nam wszystkim życzę, żeby następny rok był lepszy. Żeby dzieci nie chorowały, żeby pięknie, zdrowo i szczęśliwe rosły. I żeby rodziły nam się kolejne dzieci; cicho, bez bólu i komplikacji, dorodnie i szczęśliwie.

I życzę nam wszystkim, żebyśmy zawsze mieli siebie. Żebyśmy byli dla siebie oparciem, żebyśmy byli dla siebie dobrzy, żeby nigdy żaden spór nas nie rozdzielił. Żebyśmy zawsze mogli na siebie liczyć. Przy okazji - dziękuję, że jesteście.

W te święta bardziej niż kiedykolwiek myślę o moich bliskich, którzy ubierają choinkę w niebie. O przyjaciołach, którzy wędrują niebiańskimi połoninami. I o tych, których bliskość rozjaśnia w mym życiu największy mrok...

23.12

„Kochanie, a może w tym roku nie ubierać choinki?” Mąż patrzy na mnie jak na kosmitę. Jak to – nie ubierać? Święta to Święta, nawet jeśli nie takie jak wymarzyliśmy. Dwie godziny przed wigilijną wieczerzą przynosi karton ze strychu. Drogą negocjacji ustalamy, że choinka będzie w tym roku mniejsza, zresztą nie możemy znaleźć kartonu z ozdobami, więc mamy drzewko udekorowane tylko łańcuchami i nielicznymi bombkami. W ostatniej chwili jeszcze maluję sobie paznokcie by podkreślić odświętność tego dnia. Wraz z rodzicami łamiemy się opłatkiem. Nie wracamy w życzeniach do przeszłości, mamy nadzieję na przyszłość. Jest tak domowo, spokojnie, ciepło...

Ponieważ od kilku dni bratanice są zakatarzone więc dla mego dobra ustalono, że nie przyjadą. Bardzo mi szkoda, bo uwielbiam te nasze wspólne doroczne nasiadówki, ale z drugiej strony chyba jest mi łatwiej. Widok dziewczynek cieszących się z prezentów, biegających wokół choinki siłą rzeczy przywoływałby myśli, że Małgorzatka nigdy taka nie będzie. Więc choć żal mi tego rodzinnego spotkania, to jednak może lepiej, że tak się stało. Mama stwierdziła, że tradycja tradycją, ale nie ma co się poświęcać i przygotowała potrawy w wersji minimalnej, tyle by popróbować. A potem siedliśmy przy kominku i do późna w nocy rozmawialiśmy. O życiu, o nas... Wróciliśmy do domku o drugiej nad ranem. Uf, było lepiej niż przypuszczałam, nawet nie było mi tak bardzo źle, nawet patrzenie na pusty talerz aż tak nie bolało. Małgorzatka powracała w myślach cichutko, na paluszkach, na chwilę, i zaraz wracała do siebie.

Na ile to było możliwe, to były dobre święta. Choć tak inne miały być, gdy rozmawialiśmy o nich rok temu...

25.12

Dziś mi się znów przyśnił mój syenk, ale to był dziwny sen. Był takim maleńkim kilogramowym wcześniaczkiem. Pomarszczoną miniaturką noworodka. Trzymałam go na rękach i powtarzałam jak bardzo go z tatą kochamy. Było w tym śnie coś bezbrzeżnie smutnego. Jakaś tęsknota niewytłumaczalna, żal nieutulony. Obudziłam się z pustką w sercu. Sprawdziłam dłońmi brzuszek – nasz synek był na swoim miejscu. Wrócił spokój, choć wciąż z nutką tego żalu.

Postanowiliśmy z mężem zrobić sobie wolne od życia. Cały dzień w łóżku, z oglądaniem TV, czytaniem zaległych artykułów i podjadaniem z lodówki. Cudowna rozkosz nic nie robienia we dwoje. Szczęśliwy dzień z drobiazgami, gestami, pełen domowego ciepła i miłości. Szczęścia w kapciach, spokojnego, niespiesznego. Tego było nam trzeba. Jakby nie było Małgorzatki, naszych dzieci, tamtej rozpaczy. Tylko ten sen... „Tak zamknęłam cię pod powieką w kropli łzy” – te słowa z ostatniego songu „Metra” najlepiej oddają stan mej duszy. Nasze dzieci siedzą głęboko w serduszku i tylko czasem wymkną się na mokry policzek...

26.12

Czytam pismo dla przyszłych rodziców „9 miesięcy” i czuję, jak znowu ogrania mnie fala złości i zazdrości. Irracjonalnego, straszliwego poczucia niesprawiedliwości. Bo wszyscy tam piszący i ich czytelnicy żyją w bezpiecznym, szczęśliwym świecie, w którym narodziny zdrowego dziecka są oczywistością. Z jednej strony tak bardzo bym chciała, by żadna mama więcej nie musiała przeżywać śmierci ani choroby dziecka, z drugiej tak bardzo zazdroszczę im tej pewności, tego poczucia bezpieczeństwa, tej wiary w szczęśliwe zakończenie. Ich świat jest od mojego odległy o lata świetlne i kilka tzw. „życiowych doświadczeń”. Przypomina mi się jeden z ostatnich postów Zorki7:
Najpiękniejsze święta w roku - banał, prawda? Ale czasem ten właśnie banał uderza mnie z ogromną mocą. Przecież to święto radości, bo "Bóg się rodzi".
Ciężarna stała się właśnie matką. Mimo ubóstwa i chłodu tuli swoje dziecko i śpiewa mu cichutko. Nie myśli o respiratorze, wylewach dokomorowych, zamartwicy jelit, karmieniu sondą, o nowotworach, śmierci łóżeczkowej... Jest piękna noc. Narodziło się dzieciątko. Maria rozkwitła.
Tak bardzo chciałabym nosić pod sercem kolejne dziecko.
Na sercu noszę Martynkę - i to starczy.
Nie mogę spokojnie słuchać kolęd.
Już trzeci rok.

27.12

Wpadliśmy wieczorem do znajomych. Akurat był u nich ksiądz po kolędzie. Na widok mego brzuszka pada tradycyjne „Czy to pierwsze dziecko?”. Nawet nie patrzymy z mężem na siebie, już wiemy co mówić w takiej sytuacji. „Tak, to nasz pierwszy synek”. To nie jest zaparcie się istnienia Małgorzatki, po prostu należy ona do tak intymnej części naszego świata, że nie zamierzamy się dzielić nią ze wszystkimi. Zresztą, chyba nie miałoby to sensu w takich szybkich, przypadkowych kontaktach. Tak jest naprawdę lepiej dla nas wszystkich. Zresztą mówimy prawdę – maluszek jest naszym pierwszym synkiem...

28.12

Dziwny sen. A może wcale nie taki dziwny, bo wracają w nim te same motywy choć inaczej opowiedziane. Znowu śnił mi się nasz synek. Malutki i... cienki jak rozwałkowane ciasto. Dość dziwnie wyglądał, a ja wiedziałam że stanie się normalnym maluszkiem jeśli tylko będę się nim wystarczająco dobrze opiekować, jeśli dam mu naszą miłość, będę przy nim. I faktycznie, zaczął rosnąć, nabierać pulchnych krągłości, wyciągać rączki do mnie. A ja patrzyłam na niego z miłością, aż nagle uświadomiłam sobie, że nie mam dla niego nic poza miłością. Żadnych ubranek, pieluszek, wanienki... Było mi tak bardzo przykro, że oto mam już naszego maluszka przy sobie, a jestem tak zupełnie logistycznie nieprzygotowana do jego przyjęcia.

Zjeździłam kawał świata, wiem, że dzieci naprawdę potrzebują tylko miłości, cała reszta jest tylko do niej dodatkiem. Ale może moje sny mówią mi, że powinnam więcej myśli poświęcić naszemu synkowi, że on potrzebuje mnie, mojego czasu, mojej na nim koncentracji? Bo wciąż podświadomie jakbym nie wierzyła, że naprawdę uda się nam być razem i może tym nie-myśleniem się przed tym bronię?

NOWY ROK

31.12

Sylwester, czas podsumowań i noworocznych postanowień. W zeszłym roku świętowany w trójkę z Małgorzatką, w tym z synkiem. Gdy odeszła nasza córeczka mąż obiecywał mi, że jeszcze będziemy bardzo, bardzo szczęśliwi. Choć wtedy nie byłam w stanie w to tak naprawdę uwierzyć, szczęście jednak wróciło. Dzięki malutkiemu chłopczykowi brykającemu teraz mi w brzuszku. Wszyscy mówią jak pięknie wyglądam w tej ciąży, jak do twarzy mi z brzuszkiem, że swym szczęściem mogłabym służyć jak wzorzec z Sevres dla przyszłych mam.

Za kilka godzin rok 2004 odejdzie w przeszłość. Miał być dla nas najpiękniejszym czasem, okazał się czasem największej tragedii i rozpaczy. Nieoczekiwanej próby dla naszej miłości, dla nas i naszych bliskich. A jednak kończymy ten rok bardziej bliscy sobie niż kiedykolwiek, z malutką (już ponad kilogramową!) rosnącą w nas nadzieją.

Co przyniesie nam następny rok? Wokół słyszymy życzenia szampańskiej zabawy, powodzenia, pieniędzy... Tymczasem jedyne czego my sobie życzymy to byśmy umieli być wciąż tak zakochani i tolerancyjni dla siebie, a nasze życie oby odmieniły maluszki, które z nami zostaną. Wysyłamy sobie ostatnie maile z życzeniami:
Dziękuję za Waszą Obecność...
Dziękuję, że smutek dzielony na pół jest jednak mniejszym smutkiem, spokojniejszym smutkiem.
Dziękuję za każde dobre słowo, myśl, uśmiech...
Zorka7

Kochani,
Chciałabym Wam życzyć aby te pozostałe godziny starego roku upłynęły wam w spokoju, bez żadnych kolejnych przykrych niespodzianek. Żeby nadchodzący rok nie wystawiał nas na kolejne próby, żeby był łaskawszy, dawał nadzieje i nie doprowadzał do łez. Będzie również wiele ciężkich chwil, daty których nigdy się nie zapomni, miejsca gdzie zawsze uronimy łezkę, ale to już jest część naszego życia. Dlatego życzę Wam dużo siły i wiary w LEPSZY 2005 rok. I dziękuję Wam że mogłam Was poznać.
Malomi

Dziękuję, że jesteście.
I wszystkim życzę, żeby kolejny rok okazał się lepszy, dużo lepszy niż pozostałe, żeby smutku było w nim tyle, ile już będziemy nieść przez całe życie z powodu naszych dzieci, ale nie więcej. Żeby pojawiło się wiele powodów do radości, może nawet szczęścia?
Całuję
Melka_x

Moi Przyjaciele, cóż mogę wam życzyć? Wiary dodającej sił do przeżycia następnego dnia, Nadziei, która prowadzi przez najtrudniejsze drogi i Miłości, by rozświetliła największy mrok. I jeszcze takich bardzo zajętych sobą maluszków, nieświadomych iż są dla swych rodziców najprawdziwszym i największym cudem. Niech do was dotrą i zostaną z wami już na zawsze...

01.01

To był dobry Sylwester. Mimo smutku jaki mu towarzyszył – bo przecież miało być nas więcej... Ciężka sprawa z takimi dniami. Człowiek by najchętniej zaszył się w domu, chował głowę pod kołdrę a tu wszystko wokół przypomina, że dzień to inny niż wszystkie. Na domiar złego – w taki dzień trzeba się cieszyć. Taki przymus społeczny. Ale nie było źle. Naprawdę. Pewnie dlatego, że nie udawaliśmy, że nic się nie stało, że mogliśmy być sobą.

Przyjechała Melka_x z mężem, siedzieliśmy wokół domowego grilla jakbyśmy znali się od lat, dopiero w pewnej chwili uświadomiliśmy sobie, że przecież poznaliśmy się dopiero w tym odchodzącym 2004 roku. Żeby nie przegapić północy (jakoś głupio by to było) Krzyś nastawił budzik w zegarku, a gdy już zaczęło się wielkie odliczanie wyszliśmy przed dom.

Padał deszcz, na zasnutym niebie wybuchały kolejne sztuczne ognie. Patrzyłam jak rozbłyskują się tysiącami migoczących iskierek i pomyślałam przez chwilę, że to światełka do nieba dla naszych dzieci... Potem już w domu przytuliliśmy się do siebie, bez słów życząc sobie, byśmy wszyscy przeżyli szczęśliwą podróż do Włoch – do zwykłego rodzicielstwa. A potem siedzieliśmy znowu przy wielkim stole, w tle sączyła się muzyka a my rozmawialiśmy, rozmawialiśmy... O trzeciej przeżywszy zaskoczenie, że jest tak późno, o czwartej, że jeszcze nie śpimy (nie pamiętam kiedy do tej pory „balowałam”), w końcu przed piątą postanowiłam położyć synka spać, a reszta towarzystwa niebawem podążyła w nasze ślady.

A więc Nowy Rok już się rozpoczął. Zabawne, jak różnie postrzegamy czas w zależności od swego wieku. Kiedy miałam jakieś 12 lat ludzie obchodzący osiemnastkę wydawali mi się strasznie starzy. Potem ta granica „starości” przeniosła się na 25 lat. Gdy i do niej dorosłam zaczęłam rozumieć kim jestem i czego chcę od życia. Polubiłam tą kobietę którą byłam, zaprzyjaźniłam się ze sobą i odkryłam, że mam do przeżycia całe życie. Wreszcie mój wiek przestał mnie poganiać. W trzydzieste urodziny weszłam bez stałego związku, bez mężczyzny i dzieci, ale choć byłam sama – miałam siebie, a to już bardzo wiele. Umiałam to docenić. Może właśnie dlatego gdy trzy lata później pojawiła się miłość, wiedziałam, że to właśnie jej szukałam. Całe życie czekałam na ciebie mój Mężczyzno. I na nasze dzieci. I dopiero one (a raczej ich odchodzenie) znów przywróciło mi świadomość nieubłaganego upływu czasu.

A dziś większość dnia upływa nam leniwie, po wspólnym śniadaniu zakończonym około południa poszłam trochę poleżakować, obudziłam się koło osiemnastej. Pierwsza myśl to panika, że Maluszek właściwie od rana się nie ruszał, natychmiast te najczarniejsze scenariusze w głowie, ale w tym samym momencie poczułam zdecydowane kopnięcie jakby Żabek chciał powiedzieć: „No co ty mamo, nic złego się nie stanie, ja też mam dziś leniwy dzień”. Kochany maluszku, jak dobrze że jesteś... Od Melki na nową drogę życia dostałam książkę „Jestem mamą” – zbiór relacji o macierzyństwie. Same szczęśliwe, „włoskie” mamy. Myślę, że to dobra lektura na rozpoczęcie tego roku. Przeczytałam ją w jeden wieczór. Wczoraj do naszej szafy w sypialni włożyłam skarpetki dla maluszka w najmniejszym rozmiarze jaki udało nam się kupić i pieluszki w misie. Takie zaklinanie losu, by już wkrótce były nam potrzebne.

NARODZINY MAŁGORZATKI

03.02

Dostałam wyniki z Zakładu Genetyki z IMiDz. Bardzo szczegółowy opis, pełen obco brzmiących medycznych terminów dotyczących tego, co przytrafiło się Małgorzatce. Potwierdzony zespół CHILD, choć w bardzo nietypowej mutacji. Dobrze, że dr Ewa Obersztyn nam to wszystko wcześniej wyjaśniła na wizycie, bo prawdę mówiąc niewiele rozumiem z tego co tu napisane. Dopiero teraz dowiedziałam się, że dostała 4-6 pkt Apgar w pierwszych 5 minutach. Czasem myślałam sobie, że gdyby można było to zmienić, by Natalijka urodziła się później, z większą wagą... Małgorzatce te punkty nie były potrzebne...

Schowałam się w łazience, by wypłakać się pod prysznicem. Tak, wiem, że jak mama płacze to maluszek w jej brzuszku to wszystko czuje i też płacze, przepraszam synku, ale nie potrafię inaczej, muszę czasem popłakać. Chyba nadszedł taki moment, są chwile gdy po prostu nie chcę by mi było dobrze, gdy muszę raz jeszcze wrócić do tego wszystkiego co się zdarzyło. „Częste wycie skraca życie” – pisała Zorka7. Ale są dni w życiu żółwia, że musi wyć. Zrobiła się północ. Już jest czwarty stycznia 2005 roku, o 1.05, za kilkadziesiąt minut minie jedenaście miesięcy od dnia narodzin Małgorzatki. 27 godzin później odejdzie. Naprawdę, nie odliczam tego na co dzień, nie myślę o tym, tylko zawsze w okolicy tej daty dzieje się coś takiego, co każe mi nagle wrócić myślami do tamtej nocy. List z Instytutu – taki prosty, jedna kartka fachowego opisu: ur. 04.02.2004 „C” PSN, m. ciała 1070g, dł 40 cm, obw. Gł. 27 cm wg Apgar 4-6 pkt w 5 min. Zgon dziecka w II dobie życia... Dziecka... Jeszcze cztery razy w suchym medycznym opisie kochana dr Ewa napisze dziecka, a nie płodu. Tak niewiele, dla mnie tak dużo. Ur. „C”. Moja córeczka. Moja Małgorzatka. Nasze słoneczko o poranku i wieczorna gwiazdeczka...

Pogodzenie się to nie najlepsze słowo, raczej na co dzień mam wrażenie, że zaakceptowałam nieodwracalną nieuchronność tego co się stało. Na pewno bardzo pomogła mi w tym obecność maluszka. Dzięki niemu łatwiej mi jest wierzyć w naszą przyszłość i pozwolić Małgorzatce odejść. Ale gdy czasem trafię na jej zdjęcie z USG, liścik z tamtych szczęśliwych czasów, jakieś wspomnienie, mój cały spokój spływa w kilku łzach. Wracają tamte chwile i myśli. Znowu przez chwilę czuję się bezradną, zrozpaczoną Anią która właśnie dowiedziała się, że jej szczęśliwy świat roztrzaskał się bezpowrotnie... Siedzę przed kominkiem, czas zawrócił w miejscu, prawie rok temu właśnie zrobiliśmy kominek, siedziałam przy nim patrząc w ogień i prosiłam Małgorzatkę by mi wybaczyła, że nie mogę dać jej życia, że nie uda się nam zatrzymać jej z nami. Znowu siedzę przed kominkiem, tylko w brzuszku nie Małgorzatka a nasz kochany synek. „Jeszcze mi tylko z oczu jasnych spływa do warg kropelka słona...”, jak dobrze, że do nas przyszedłeś synku kochany, jak dobrze...

06.01

Jednak pomysł chodzenia do szkoły rodzenia był dobry. Dzięki temu odzyskuję panowanie nad swoim życiem, mogę się jakoś przygotować do tej rewolucji jaka w naszym życiu nastąpi za kilka tygodni. Porównanie oczekiwania na narodziny dziecka do przygotowań do wyprawy do Włoch jest bardzo trafne. Dokładnie tak się czuję, jakbym miała jechać na długą wyprawę w nowe krainy. Taki sam reise fiber, lęk że jeszcze tyle do zrobienia, a tu data wylotu zbliża się wielkimi krokami, trzeba spakować plecak, potem wyrzucić z niego to co zbyteczne, popatrzeć na mapę, naszkicować sobie plan podróży (po to by na miejscu wszystko wyszło inaczej, ale plan wyjściowy warto zawsze mieć). Nigdy nie czułam się w pełni przygotowana do wyprawy, ale dzięki temu miałam poczucie, że cokolwiek wiem i dzięki temu na miejscu dam sobie radę. A teraz w podobny sposób szykuję się do spotkania a naszym maluszkiem. Powoli wiem już jak powinien wyglądać nasz poród, czego się spodziewać, na co zwracać uwagę. Co zabrać do szpitala: dla mnie i dziecka. Nareszcie też i dla dziecka... to przecież dla mnie zupełna nowość. Co powinno na nas czekać po powrocie do domu. I choć już przez poród z Małgorzatką przeszłam, wiem że teraz będzie inaczej. Gorzej być nie może, więc będzie tylko lepiej. I do tego też muszę się przygotować.

Poród z Małgorzatką...
Gdy po czterech tygodniach badań wiadomo było, że wady mojej córeczki uniemożliwiają jej przeżycie, zadzwoniłam do dr Tomasza Niemca by przyjęto mnie do IMiDz i wywołano poród. Czułam się strasznie, ale nie wyobrażałam sobie bycia dalej w ciąży, wiedząc że narodziny będą końcem życia naszego dziecka. Nie byłam w stanie być dalej w ciąży i słuchać tych wszystkich słów jakie się mówi młodej mamie, wiedząc, że nic z tego się w moim życiu nie spełni. Miałam czas by się do tego porodu przygotować. Rozmowy w sieci, łzy rozmywały mi litery gdy pytałam się jakie formalności trzeba będzie załatwić, jak pożegnać się z dzieckiem... I długie rozmowy z Agnieszką, mamą przedwcześnie utraconych bliźniaków, która potrafiła słuchać i być obok. Bez pocieszania, po prostu słuchała i mówiła co mogę zrobić by przejść przez to wszystko bez dodatkowych ran na duszy. Przerażała mnie perspektywa pogrzebu – wiem, że większość rodziców potrzebuje pochować dziecko, mieć jego grób, ja nie byłam w stanie mieć grobu własnego dziecka. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wiedziałam, że nie chcę wiedzieć, gdzie moja córeczka będzie pochowana. Długie rozmowy z dr Góździem, to on w pewnej chwili powiedział mi: „Pani Aniu, proszę pamiętać, że pani mąż też cierpi”. Tak zapamiętałam się w swej rozpaczy, że dopiero jego słowa uświadomiły mi, że ten twardy facet obok mnie tak naprawdę maskuje swe uczucia, bo przecież ktoś musi być silny...

Chciałam zasnąć i obudzić się bez córeczki w brzuszku, bo przecież przy przegranych narodzinach trzeba jeszcze to dziecko urodzić. Dr Góźdź doradza mi poród naturalny, mniej możliwych powikłań, szybciej organizm się goi. I taka myśl – może nie będę mieć więcej dzieci, więc może to jedyny poród jaki będzie mi dane przeżyć? Przyjeżdżam do IMiDz rano. Dr Niemiec uprzedza, że nie wiadomo jak zareaguje mój organizm, wywołanie porodu może trwać nawet kilka dni. Kilka dni czekania na koniec?! Boże, nie wiem jak przeżyję to wszystko... Póki co staram się być dzielna, tylko tak na wszelki wypadek proszę by dano mi coś na uspokojenie. „Ależ proszę bardzo” – dr Niemiec podaje mi jakąś pigułkę. – „Proszę spróbować zasnąć, zaopiekujemy się panią”. Czuję spływające na mnie odrętwienie. Mąż cały czas jest przy mnie, trzyma mnie za rękę. Po południu musi jechać, nie chcę być sama, proszę bratową by była przy mnie. Jej obecność mnie mobilizuje. Chodzimy po szpitalnym korytarzu i gadamy o naszej wyprawie do Tybetu, o bazie Everestu do której wtedy nie dotarłyśmy. Myślami jestem daleko stąd, jakby to nie był mój poród, nie chcę nawet myśleć o tym co mnie czeka. Rozmawiamy o tysiącach rzeczy, o tym jak się upijemy gdy już będzie po, gdzie jeszcze kiedyś pojedziemy. O wszystkim, tylko nie o moim dziecku, które zaraz odejdzie. Ale tylko tak właśnie mogę się uporać z tą przerastającą mnie sytuacją. Wysyłam SMS do rodziców z prośbą by nie przyjeżdżali, gdybym ich zobaczyła – pękłaby moja skorupka obronna, rozsypałabym się zupełnie. Rozumieją.

Następnego dnia rano moja bratowa znów jest przy mnie. Liczymy skurcze – takie słabe jakieś, chyba dziś znowu nici z porodu. I cały czas rozmawiamy, rozmawiamy. Bardzo potrzebuję jej spokoju, bliskości i ciepła. Wieczorem wpada do mnie mąż. W szczęśliwych czasach planowaliśmy oczywiście poród rodzinny, teraz... chyba nie chcę by był przy mnie, boję się że bez przygotowania ten poród może nas jakoś przerosnąć. A jednak gdy zaczynają się skurcze proszę by został. Ze strony szpitala nie ma żadnych przeciwwskazań. Opiekująca się mną położna mówi jak mam oddychać by nieco mniej bolało. Co jakiś czas przychodzi dyżurująca lekarka i sprawdza postęp porodu. Ból. Potworny, rozrywający. „Przy takich małych dzieciąteczkach to boli tak samo jak przy normalnym porodzie” – mówi współczująco położna dając mi kolejny zastrzyk. Znieczulenie będą mogli mi podać dopiero gdy rozwarcie przekroczy 5 cm. Jestem jednym wielkim skrętem bólu. Staram się być dzielna. Nie płaczę, na ile to możliwe jestem nawet spokojna. Tylko tak strasznie ciężko przechodzą mi przez gardło słowa, że po porodzie chcę zobaczyć nasze dziecko. Wiem, że muszę ją zobaczyć. Po prostu muszę. I wiem, że zależy to od lekarzy, już zdążyłam poznać historie gdy dziecko widzieli wszyscy, tylko nie matka „bo tak będzie dla pani lepiej”. Bez zobaczenia jej będę bardziej cierpieć, wiem to na pewno.

Na oddziale wszyscy są bardzo życzliwi. „Oczywiście pani Aniu. Niestety nie pani pierwsza i nie ostatnia. Tak, na pewno nie położymy pani na sali z innymi matkami, proszę się nie obawiać. Przykro nam, ale musi pani być dzielna, następnym razem na pewno będzie inaczej”. Ich spokojna wiara, że będzie następny raz nie jest tanim pocieszeniem, że kolejnym dzieckiem można zastąpić to odchodzące, oni widzieli wiele i wiedzą, że kobieta gdy raz poczuła się matką zrobi wszystko by mieć dziecko, by móc je kochać i mieć tu na ziemi, by gdzieś te swe macierzyńskie uczucia spełnić. Bałam się tego porodu, ale jest lepiej niż myślałam. Mój mężczyzna jest obok mnie, przez większą część czasu po prostu chodzimy razem trzymając się za ręce, gdy nachodzi skurcz przytulam się do niego mocno. Co jakiś czas badanie, wtedy proszą by wyszedł na chwilę. Wszystko taktownie, spokojnie, profesjonalnie. Nie ja pierwsza i nie ostatnia... dobrze, że wiedzą jak mi pomóc przejść przez ten poród.

Wreszcie przychodzi anestezjolog, mam wrażenie że ZZO nie podziałało, ale jest mi już wszystko jedno, chcę tylko wreszcie zobaczyć moje dziecko i zacząć dalsze życie bez niego... Po siedmiu godzinach, o pierwszej rano dostaję skurczy partych. To trwa może kilka minut i nagle czuję jak maleńkie ciałko wyskakuje ze mnie. Takie niesamowite uczucie, więc jednak naprawdę tam w brzuszku ktoś był. Przez sekundę widzę moją maleńką córeczkę w dłoniach lekarki, potem kładą ją na wagę, mierzą... Obok stoi przywieziony inkubator. Przez chwilę przebiega mi myśl: „Po co, przecież ona nie będzie oddychać sama” A jednak oddycha, jak dobrze, że tutaj nawet dzieci z przegraną przyszłością traktuje się z troską i szacunkiem. Słyszę jak ktoś mówi, że jest asymetryczna. Nie wiem co to znaczy, powtarzam, że chcę ją zobaczyć. „Może lepiej nie?” – pyta mnie położna, ale ja powtarzam, że wiem jak wyglądają wcześniaczki, nie przypominają różowych bobo z reklam, to nieważne, muszę ją zobaczyć... Dostaję Małgorzatkę owiniętą w kocyk, zakrytą częściowo pieluszką. Kilogramowa miniaturka dziecka. Poruszyła się i coś zamruczała pod noskiem, za słaba by zapłakać. Moja kochana córeczko, kocham cię, jestem twoją mamą, zawsze nią będę...

Byłam pewna, że jej śmierć jest kwestią minut, poprosiłam by ochrzczono ją z wody. Potem pojechała w inkubatorku na górę, a my zostaliśmy sami. Chciałam biec za nią, miałam leżeć, odpoczywać i zbierać siły... Zasnęłam chyba o piątej rano, pierwszą myślą po przebudzeniu było by do niej iść. Stan naszej córeczki określono jako stabilny, dr. Ewa Helwich poprosiła nas na chwilę do swego gabinetu. „Czy podtrzymujecie państwo zdanie, że mamy dziecka nie ratować? Jeśli tak, będzie potrzebne napisanie oświadczenia...” Ryczę jak bóbr mówiąc jej, że tak, prosimy byście nie ratowali naszego małego szczęścia. Ratowanie to bolesne intubacje, wkłucia, a przecież ona umrze, na pewno umrze, to że jeszcze żyje to dowód że medycyna nie jest w stanie wszystkiego przewidzieć, ciało ludzkie to wielka tajemnica, ale cudu nie będzie, niech więc nie cierpi niepotrzebnie... Dr Ewa wie to wszystko doskonale, nie pyta o nic więcej.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Małgorzatkę w inkubatorze... łzy zamazywały mi jej widok, a tak bardzo chciałam ją zapamiętać... Nie wiedziałam o co im chodziło z tą asymetrią. Była przecież śliczna, choć najmniejsza wśród wcześniaków. Dopiero gdy wróciłam po południu - zrozumiałam. Nie miała żadnych szans. Wyglądała jakby ją sklejono z dwojga niedobranych dzieci. Jedna polowa to była moja piękna córeczka o czarnych włoskach i maleńkich paluszkach, druga... jak nożem odciął. Łysa, z okiem prawie bez powieki, kikucikami palców, znacznie mniejszymi rączką i nogą... Wyglądała naprawdę strasznie, ale i tak ja kochałam. Taką jaka była. Pozwolono mi ją wyjąć z inkubatora, choć było to może wbrew procedurom, lecz lekarze wiedzieli, że procedury nie uratują naszej kruszynki.

Spała w moich ramionach, moja maleńka, bezbronna dziewczynka. Całowałam jej główkę i szeptałam jak bardzo ją kochamy. Potem musiałam ją oddać do inkubatora, ale mogłam trzymać ją za rękę, by wiedziała, że jestem obok. Patrzyła na mnie jakby chciała powiedzieć „Więc tak wyglądasz mamo?” Ale nawet jej mimika była tylko na połowie twarzy... Nie wiem ile czasu byłam obok niej. Już zaczęłam sobie w głowie układać plan dalszego życia: jutro wyjdę z IMiDZ, przyjadę do niej po południu, w piątek będę od rana... Przecież wiedziałam, że jutra może nie być, czemu nie zostałam z nią dłużej? Dlaczego nie spędziłam przy niej tych 27 godzin jej życia? Przecież byłam jej mamą, potrzebowała mnie, pewnie się bała tego nowego miejsca, tu wszystko było takie obce... Dlaczego nie trzymałam jej dłużej w ramionach, dlaczego pozwoliłam jej umrzeć w samotności?...

Długo prześladowały mnie te pytania. Chyba zawsze jest tak, że potem, gdy już wiemy więcej, wierzymy, że można było inaczej, trzeba było wcześniej, później, tu a nie tam... Ale wtedy gdy się to dzieje, ta przyszła wiedza jest nam niedostępna. Trzeba zatem zrobić to co możemy w danej chwili, co wydaje nam się najlepsze dla nas. I wierzyć, że tak jak postąpiliśmy – postąpić należało.

Dziś wiem to z całą pewnością - byłam uprzywilejowaną mamą z Holandii. Oszczędzono mi upokarzającego żebrania o prawo zobaczenia własnego dziecka, przez tych kilka godzin mogłam być mamą mej córeczki, do końca życia będę wdzięczna położnej, która obudziła mnie bym mogła się pożegnać z Małgorzatką po jej śmierci... Nie położono mnie obok kobiet w ciąży, nie słyszałam KTG, uszanowano moją tragedię, a moje dziecko było traktowane z szacunkiem i po ludzku, a nie jak bardzo ciekawy medyczny przypadek. Napisałam potem długi list do dr Niemca opisując mu szpitalny świat widziany z perspektywy przegranych narodzin. Pewnie wiedział większość z tych rzeczy, a jednak chciałam mu to wszystko napisać. Bo on nigdy nie będzie kobietą tracącą dziecko, więc pewnie ten punkt widzenia „z drugiej strony” może być dla niego przydatny. Bo przecież wiem: nie ja pierwsza - i niestety – nie ostatnia...

ROK TEMU O TEJ PORZE...

07.01

Gdy nadejdzie nieoczekiwane patrzymy wstecz i płaczemy nad własną wiarą w bezpieczny i szczęśliwy świat. Wiemy więcej, starsze o łzy i zmarszczki jakie przyniosło nam życie. Patrzymy na siebie sprzed kilku dni, tygodni, miesięcy jakby to były inne, nieznane nam osoby. Zazdrościmy same sobie tej wiary, że Bóg na pewno jest dobry, i nieświadomości tego co stanie się za chwilę. Bo oto za chwilę nasz świat się skończy i już nic nie będzie takie jak dawniej, ale teraz jeszcze trwa ta chwila szczęścia zwykłego, codziennego, a my o czarnych chmurach nic jeszcze nie wiemy...

Rok temu o tej porze trwał właśnie ostatni szczęśliwy dzień tamtego mego życia.

Stoję przed lustrem, robię delikatny makijaż. Dziś wieczór mamy wyjście: przyjaciele otwierają hostel w Warszawie. Przyjęcie, tłumy znajomych, czuję się niczym królowa balu z pięknie widocznym brzuszkiem. Co chwila ktoś podchodzi, gratuluje, pyta się kto tu mieszka. To nasza cudowna księżniczka Małgorzatka... Wciąż słyszę ten gwar, czuję tą lekkość w sercu. Świat należy do nas, w żyłach płynie szampan nie krew, płynę nad ziemią szczęśliwa, taka szczęśliwa... W domu przed zaśnięciem włączam jeszcze na chwilę „Buena Vista Social Club”. „Dos gardenias para ti...” – „Dwa kwiaty by ci powiedzieć, że cię kocham, uwielbiam...” – uwodzi głosem Ibrahim Ferrero, a ja nucę wraz z nim. Małgorzatka śpi ukołysana dniem pełnym wrażeń, zaraz i ja zasnę wtulona w mego męża. Odpływam w błogim spokoju.

Następnego dnia jest kontrolne USG – ale co może się wydarzyć w 25 tyg? Jadę sama, mąż ma coś do załatwienia, tyle rzeczy, a czasu do narodzin Żabki coraz mniej. Rozmawiam z dr. Góździem, mówi: „Ta ciąża zaczęła się nam nie najlepiej, ale najgorsze mamy już za sobą”. Czy wokół nas naprawdę krążą złe duchy, które czekają by porwać nasze marzenia i obrócić w niwecz? Tego dnia jeden z nich musiał być obok. Nie słyszeliśmy jego chichotu, kiedy lekarz przykładał głowicę USG do mojego brzuszka. Leżałam patrząc z uśmiechem na monitor, a w myślach ustalałam co jeszcze mam dziś zrobić: spotkanie, potem zadzwonić do kosmetyczki, wysłać mail do redakcji, potem... Patrzyłam na Małgorzatkę w monitorze i nie wiedziałam, że właśnie kończy się mój szczęśliwy świat. Że za chwilę będę już inną kobietą. Dr Góźdź też patrzył w monitor, bardziej skupiony i spięty. Myślałam, że może na poprzednim badaniu pomylił się co do płci i teraz mu głupio, mówię: „Ach proszę nie sprawdzać płci, przecież to nieważne, byle było zdrowe...”

Jak często klepiemy te słowa, nie wierząc że mogło by być inaczej? Przecież nam nie może się nic złego przytrafić, nieszczęścia mamy w rubryce „nie dotyczy”, a tragedie dotykają tylko innych.

„Tu jest jakiś cień na główce, to może być błąd ekranu, musimy powtórzyć to USG na innym sprzęcie” – mówi lekarz, a ja tak naprawdę jeszcze wcale nie rozumiem znaczenia tych słów. Za dwie godziny (odwołuję spotkanie, nie dzwonię do kosmetyczki) robimy badanie na innym sprzęcie. Mam w sobie taką idiotyczną ciekawość; co to może być taki cień? Czuję lęk, ale nie wierzę, jeszcze nie wierzę, że mogłoby stać się coś naprawdę złego. Badanie trwa i trwa, a ja boję się zapytać co tam widzi, w końcu pytam...

Patrzymy na siebie.
I już wiem – choć wciąż to do mnie nie dociera – że chyba nie będzie dobrze. „To musi zobaczyć specjalista na najlepszym sprzęcie”. „Ale jakie są rokowania?” – muszę to wiedzieć. Jak mam usłyszeć wyrok, wolę od niego niż od obcego lekarza. „Od dobrych po najgorsze. To wygląda na takie izolowane wodogłowie, można zrobić operację i odbarczyć i wtedy jest szansa że będzie dobrze...”. Nie pytam dalej, z oczu powoli wypływa strumyk nie do opanowania. Małgorzatko! Czy to naprawdę musiało ciebie spotkać?! DLACZEGO?! Dr Góźdż umawia mnie w IMiDz. 12 stycznia przychodzę na USG do doktora Zwolińskiego. 12 stycznia – dokładnie rok wcześniej straciłam moją pierwszą kruszynkę, i wtedy też trafiłam na tego samego lekarza. Od tego dnia zaczęłam tracić Małgorzatkę i cały mój świat.

Nim nadejdzie Holandia mamy swoje plany. Panujemy nas życiem i losem. A Los czy też może Bóg patrzy na nas dobrotliwie jak na mrówki krzątające się pracowicie po mrowisku. On wie, że to mrowisko – dla nas cały świat – można tak łatwo zniszczyć. My jeszcze wierzymy w swoją nieśmiertelność i sens swego życia. W to, że na pewno tak właśnie musi być, jak to sobie ułożyłyśmy.

08.01

Od kilku dni mąż robi demolkę w domu nazywaną remontem. Czyżby odzywał się w nas tradycyjny syndrom wicia gniazda? Na radzie w ramach przygotowań do macierzyństwa pojechałam na zakupy. By powłóczyć się między półkami, popatrzeć co warto nabyć, a co jest tylko napędzaniem marketingu. Po śmierci córeczki przez wiele miesięcy nie mogłam patrzeć na dziecięce ubranka, to za bardzo bolało. A teraz w pewnej chwili poczułam taki żal, że tyle cudownych dziewczyn jakie znam, wciąż ma jeszcze długą drogę do swych dzieci. Że dla nich taka wędrówka po dziale dziecięcym wciąż jeszcze oznacza cierpienie z nieobecności ich dzieci. Tak bardzo chciałabym, aby i one kiedyś mogły jak ja teraz po prostu móc cieszyć się z rosnącego maleństwa, z przygotowań na spotkanie z nim. Taka zwykła radość, po prostu czekać i się na to spotkanie szykować. Niby nic wielkiego, a dla mnie rzecz zupełnie obca...

ŚWIATEŁKO DO NIEBA

09.01

Dziś trzynasty finał WOŚP. Przez ten jeden dzień w roku wszyscy chcą być lepsi, jakieś nieprawdopodobne nagromadzenie entuzjazmu i życzliwości. Dla mnie chyba na zawsze Światełko do Nieba będzie światełkiem dla moich dzieci. I dla wszystkich tych maluszków, które oglądają je z góry, zamiast przytulać się do swoich rodziców... Od trzech lat, jeździmy fotografować Światełko. Dwa lata temu zaraz po zdjęciach trafiliśmy do IMiDz na dyżur – naszej pierwszej Kruszynki nie dało się uratować, rok temu Światełko fotografowaliśmy po pierwszej diagnozie dr Góździa, że jest źle, ale może się uda. Dzień później USG u dr Zwolińskiego pozbawiło mnie złudzeń, a teraz...

Dobrze, że mój aparat ma sprawny autofokus, bo trudno byłoby ustawiać ostrość ze łzami w oczach. Patrzyłam na rozbłyskujące się kule świateł, tysiące ogników do nieba, do naszych maluszków... Po powrocie do domu siadam do komputera i piszę maila do moich internetowych przyjaciół. Oni też dziś oglądali Światełko i mieli podobne myśli. Gdyby nie sieć, wokół nas byłaby czasem pustka nie do zniesienia. Od Ewymoniki przychodzi mail: „Aniu, znasz piosenkę Basi Trzetrzelewskiej "Third time lucky" (Do trzech razy sztuka)? Jak nie, zanucę Ci w środę :-))”

Kochana Ewulka... Do trzech razy sztuka. No tak, to trzecia ciąża i troje dzieci odeszło. Jakby nie liczyć – teraz musi być dobrze. Wieczorem jak co roku oglądamy przytuleni do siebie finał WOŚP. Z bardzo wielką nadzieją, aniołami na lewym ramieniu i malutkim śpiącym w brzuszku chłopczykiem...

10.01

Pożyczyłam mojej mamie książkę „Jestem mamą” z relacjami o macierzyństwie współczesnych kobiet. Przeczytała ją równie zachłannie jak ja. A potem zadzwoniła by powiedzieć, że ta lektura dała jej dużo do myślenia. „Wiesz córeczko, uświadomiłam sobie, że wy przecież jesteście naprawdę dorosłymi, wspaniałymi ludźmi i na pewno będziecie wiedzieli jak wychować wasze dziecko. Niby to wiem, ale dobrze jest sobie to co jakiś czas uświadomić na nowo.” Kochana mama, ma w sobie wielką mądrość życiową, ale przecież dla niej zawsze będziemy jej dziećmi. I choć nie martwi się już czy wychodzimy bez czapki, choć jesteśmy przyjaciółkami mogącymi rozmawiać o wszystkim, to przecież gdzieś tam w kąciku serduszka jestem po prostu jej córeczką.

13.01

Dziś fascynujące zajęcia w szkole rodzenia – pielęgnacja noworodka. Położna Ela Gryczka pokazuje na lalkach jak trzymać, jak przewijać, wreszcie – jak kąpać takiego maluszka. Część osób robi notatki, wszyscy uważnie słuchają, za kilka tygodni będą robić to z wprawą zawodowców, na razie jednak każdy ruch wymaga dokładnego zastanowienia. Mąż robi zdjęcia, ale i na niego przychodzi kolej. Patrzę na jego solidne, silne ręce przy których głowa lalki wydaje się być jeszcze mniejsza. Mój Mężczyzna ma w oczach coś takiego... Czułość i ciepło. Pierwszy raz zobaczyłam to w jego oczach w dniu gdy się w sobie zakochaliśmy, potem wracało to w różnych spojrzeniach, ale chyba zapomniałam już, że potrafi tak patrzeć. Unosi lalkę wprawnym ruchem (lata treningu na jego córeczce nie poszły na marne), przytula i odruchowo głaszcze przed odłożeniem. Czyż nie dlatego zakochałam się w nim bez pamięci, bo odkryłam, że przy wszystkich swoich wadach jest to mężczyzna, przy którym całe życie będę się czuć bezpiecznie? Który potrafi dać mi ciepło i stworzyć prawdziwy dom. Mój Mężczyzna, tata naszego synka. Tak bardzo chciałabym ich razem zobaczyć...

15.01

Na forum trafiam na kolejną historię mamy po stracie...

W dość przewrotny sposób przy przegranych narodzinach spełniają się słowa z Biblii, iż temu kto ma będzie przydane, zaś temu który nie ma, zostanie odebrane nawet to niewiele. Kiedy kobieta rodzi zdrowe dziecko wszyscy wokół niej się krzątają, może mieć obok siebie bliską osobę, dostaje całą życzliwość personelu, wybiera czy poród w wodzie, czy na piłce, czy przy muzyce. A na koniec wielka nagroda: głośny krzyk i zdrowe, różowe bobo, położone na brzuszku, przystawione do piersi. Łzy dumy jej mężczyzny. Paczka z podarkami od firm farmaceutycznych. SMSy od przyjaciół z gratulacjami. Jest MAMĄ.

Gdy kobieta rodzi martwe dziecko, lub dziecko skazane na śmierć – to wszystko jest jej zwykle zabrane. Rodzi sama, gdzieś w pustej sali, personel omija ją szerokim łukiem, unika jej wzroku, pytań, łez... Często pozbawiona możliwości choćby jednego przytulenia własnego dziecka, choćby nawet zobaczenia go. Przyjaciele nie dzwonią, wszyscy wokół milczą, mąż może wejść tylko w porze odwiedzin. Leży obrócona twarzą do ściany dusząc łzy w poduszkę, gdy na łóżkach obok inne kobiety karmią swoje maluszki i martwią się czy ubranka jakie kupiły będą pasować. Nikogo nie obchodzi ani imię jej dziecka, ani nabrzmiałe pokarmem piersi. Jej szczęście albo już odeszło, albo jest w drodze na drugi brzeg. Dla nikogo nie jest MAMĄ.

A przecież i w jej życiu wszystko było zaplanowane: imię, kolor ścian w pokoju, typ wózka i wakacje nad morzem. Tylko jednego nikt nie przewidział. Że dziecko może po prostu umrzeć.

Nie mogę spokojnie słuchać o bezduszności (czy może bezmyślności?) szpitali, księży, otoczenia, którzy rodzicom po stracie dokładają jeszcze bólu swym zachowaniem. Pamiętam jak jedna z mam po stracie pisała wręcz o walce jaką musiała stoczyć z urzędniczą i szpitalną biurokracją, by mogła pochować swoje dziecko. I czuła się podwójnie ukarana przez los: raz śmiercią swego maluszka, a drugi raz podejściem ludzi, którzy odmawiali jej prawa do pożegnania i pogrzebu, bo dziecko takie małe, tak wcześnie urodzone...

Rozmawiałam kiedyś o zachowaniu lekarzy w trudnej sytuacji z moim przyjacielem - lekarzem. I on uświadomił mi, ze w Polsce kompletnie nie ma procedur zachowań na trudne przypadki. W liniach lotniczych są grube podręczniki gdzie opisane są procedury na wszelkie możliwe sytuacje: gdy się pasażer zakrztusi, gdy obleje kawa, gdy upije, gdy ktoś porwie samolot... Na wszystko procedura. A w szpitalu? Opowiadał, ze, gdy pogarszał się stan pacjenta, gdy trzeba było powiedzieć wreszcie rodzinie, ze nie, nie ma szans, to dosłownie "łapało" się jakiegoś studenta, dawało mu dokumentacje choroby (albo i nie) i mówiło: „Pan, panie kolego masz powiedzieć rodzinie (pacjentowi) ze to już koniec.” Tragiczne, ale obawiam się ze bardzo prawdziwe...

MIEĆ ZWYKŁE DZIECKO

19.01

Powoli przyzwyczajam się do myśli, że mogę mieć żywe, zdrowe dziecko. Kiedyś wydawało mi się to rzeczą oczywistą. Gdy w maju dowiedziałam się że dawno niewidzianemu znajomemu urodził się maluszek uświadomiłam sobie jak bardzo zmieniła się moja wizja macierzyństwa. Zadzwoniłam do niego trochę przypadkiem. I przy okazji dowiedziałam się, że właśnie tej nocy został tatą wspaniałej córeczki. Jest zdrowa i silna, z mamą wszystko w porządku, jutro zabiera obie kobietki do domu. Ucieszyłam się, bo dobrze jest słyszeć dobre wieści. To było trzy miesiące po śmierci Małgorzatki, gdy już nie dobijała mnie każda taka wiadomość. Kiedy odłożyłam słuchawkę nagle dotarło do mnie, że cała ta normalność porodu stała się dla mnie nienormalna. Nim jeszcze byłam w ciąży miałam zakodowane w umyśle iż poród (jakkolwiek może być długi, trudny i bolesny) jest tylko etapem w drodze do szczęśliwych narodzin dziecka. Położna kładzie je na brzuszku, dziecko ssie pierś i wszystko jest jak być powinno.

Tymczasem ze zdumieniem stwierdziłam, że na skutek moich doświadczeń, to wszystko zostało z mego umysłu wyparte przez zupełnie inne obrazy. Zatem jeśli poród to przedwczesny, zagrożony, dziecka martwego lub z wyrokiem śmierci. Inkubator, wenflony, obco brzmiące diagnozy. Beznadziejna walka, zawsze w końcu przegrana. Nagle okazało się, że mój mózg – wcześniej przecież karmiony optymistycznymi historiami – po prostu „skasował” tamtą wiedzę, „zapomniał”, że można po prostu urodzić normalne, zdrowe dziecko, mieć je obok, karmić i przewijać. A potem zabrać do domu i żyć długo, szczęśliwie i bez łez. Tego dnia zrozumiałam, że czeka mnie naprawdę długa droga do macierzyństwa.

26.01

Dziś kolejna kontrolna wizyta u dr Zwolińskiego. I chyba ostatnia – bo synek ma 35 tygodni i jakieś 3 dni, czyli już za chwileczkę, już za momencik... „Ruchliwy facet” – stwierdził badając czy wszystko jest prawidłowo. A jest wręcz książkowo: na 6 wykresach krzywych wzrostu nasz synek jest dokładnie po środku. Ani górna, ani dolna norma, ot tyle ile trzeba żeby nie budzić żadnych obaw. Przez chwilę rozmawiamy o stresie, o tym jak wpływa on na maluszki. Mówię o Małgorzatce, o tym że czasem za nią tak bardzo tęsknię, nie potrafię nie płakać. „Rozumiem, to zupełnie normalne,” – mówi lekarz – „ale to już część Pani przeszłości. Teraz trzeba zacząć żyć dla przyszłości.” To niemożliwe, by tego uczyli na jakichkolwiek szkoleniach z psychologii. Skąd ten facet zawsze wie co powiedzieć? Ilekroć wychodzę od niego z gabinetu, jestem zawsze psychicznie podbudowana, bo zawsze potrafi powiedzieć coś takiego, po czym czuję się silniejsza, szczęśliwsza, bardziej spokojna. W najgorszych chwilach, przy diagnozach będących wyrokiem – potrafił znaleźć takie słowa, po których mimo wszystko warto było żyć. Niesamowity człowiek, o takich w dawnych czasach mówiono, iż mają DAR. On ma go na pewno.

Kiedyś jedna z mam napisała na forum dla rodziców po stracie: Położyłam się spokojnie, leżę, i słyszę, jak lekarz coś do siebie mruczy, po czym zaczął, dosłownie, ZWOŁYWAĆ kolegów "chodźcie, zobaczcie jaki numer!" Zamarłam. Wszystko we mnie stanęło, praca serca, oddech, wszystko. Zleciało się chyba z pięciu innych lekarzy, stanęli nade mną i zaczęli głośno komentować stan dziecka: "Patrz Marek, wodogłowie, tu ubytek w mózgu. A to, co TO jest? trzeba zawołać profesora". Umierałam. Trwało to wszystko jakieś zupełne wieki a ja leżałam tam i po prostu umierałam. Profesora akurat nie było, więc ten lekarz bez słowa komentarza po prostu ZAKOŃCZYŁ USG i zabrał się do wypisywania czegoś, bez słowa, bez komentarza, jakby mnie nie było, jakbym rzeczywiście umarła albo była na tyle durna, ślepa i głucha, ze nie warto było nawet komentować tego badania.

Ach kochani lekarze, czy to naprawdę tak trudno sobie wyobrazić, że ten brzuch któremu robicie USG to kawałek większej części, która nazywa się „mama”? Z reguły normalnej, wrażliwej kobiety, która spotkana w innych okolicznościach byłaby dla was wspaniałym partnerem do rozmowy? Ja wiem, zdarzają się i koszmarne babsztyle, hipochondryczki histeryczki od których odechciewa wam się żyć i przez które czasem tracicie wiarę w powołanie i sens swojej pracy. Ale to przecież widać, z kim macie odczynienia. Wystarczy na chwilę przenieść wzrok z tego brzucha na twarz. Gdy pierwsze USG po wyroku na moją córeczkę robił mi dr Zwoliński nie miał dla mnie dobrych wieści, to co widział wyglądało na koszmarną pomyłkę natury. Robił to USG przez godzinę i przez cały ten czas mówił do mnie. „Może to wbrew praktyce, ale czy chce pani wiedzieć co ja tu widzę?” Czy chcę? Mój Boże, ależ to moja córeczka, cokolwiek się z nią dzieje chcę to wiedzieć! Tłumaczył mi spokojnie: „To bardzo dziwne, bo widzi pani, tu nie ma części mózgu, właściwie to nie ma połowy mózgu, ale zaraz, zaraz, oj nie chce się malutka nam pokazać z drugiej strony, dajmy jej odpocząć, proszę usiąść, wie Pani, medycyna to mimo wszystko wielka tajemnica, widzi pani to zdjęcie? Ona tutaj rusza paluszkami, to dobry znak.. Odpoczęła pani? No to zobaczmy dokładniej tą drugą stronę. Pani Anno, to nie wygląda dobrze, ale proszę nie tracić nadziei, o tutaj widzi pani, tu jest płaszcz tkanek, to daje jej szansę...” Mówił i mówił, a ja chłonęłam każe jego słowo. Tak bardzo wtedy potrzebowałam ciepła i życzliwości. Poczucia, że nie jestem tylko „ciekawym przypadkiem”.

29.01

To niesamowite – wczoraj widziałyśmy się z Melką_x i rozmawiałyśmy, że to przecież chwilę temu dzwoniłam do niej że jestem w ciąży, że się bardzo boję bo pojawiła się krew... A oto za chwilę moja Kruszynka zacznie 36 tydzień i lada moment pojawi się na tym świecie. Czuję się szczęśliwa, a jednocześnie... to takie dziwne uczucie: naprawdę będziemy mieć dziecko. Nasze własne, tak długo wyczekane dziecko.... Już wiem, że nie zrealizuję wszystkich planów jakie miałam na ciążę, nie wyrobię się z rozlicznymi zobowiązaniami i pracami. Trudno. To tak jak przed wyprawą: zawsze wyjeżdżając zostawiałam coś nie do końca załatwione. Trudno. Koła samolotu odrywały się od pasa startowego, a ja zaczynałam nowy rozdział w moim życiu. Czuję się podobnie teraz. Tylko w tą przygodę nie lecę sama, po raz pierwszy w życiu jestem z moim mężczyzną i... naszym dzieckiem.

30.01

Dziś Maluszek skończył 36 tygodni. Za chwilkę w majestacie prawa może się urodzić. By się uspokoić psychicznie zaczynam pakowanie torby do szpitala. Jeszcze ostatnie zakupy konsultowane z przyjaciółkami mającymi małe dzieci i dużo zdrowego rozsądku. Bo mimo dystansu do „dziecięcego marketingu” co jakiś czas wpadam w panikę: a może powinniśmy to kupić? Na szczęście dziewczyny potrafią myśleć racjonalnie i od razu mówią co na pewno nie będzie mi potrzebne (choć kolorowe pisma twierdzą inaczej). Ufff, trochę się uspokajam. Jeszcze tylko muszę zadzwonić do dr Góździa czy to swędzenie jakie się nagle pojawiło nie jest niebezpiecznym objawem? A te upławy – czy to może być jakiś stan zapalny?

Chyba tak mogą się czuć zdobywcy szczytu, gdy chwilę przed ostatecznym atakiem nadchodzi załamanie pogody i wszystkie plany biorą w łeb, trzeba zawrócić. Bo czuję się jakbym właśnie taki szczyt zdobywała. I ten lęk, czy aby coś/ktoś ataku szczytowego nie odwoła? Czy nie dowiem się, że niestety... A może jednak się uda?

CIAŁO I DUSZA 01.02

To swędzenie jest nieznośne. Przez cały dzień, czasem kilka dni nie dzieje się nic, a potem nagle mnie dopada, sprawiając iż przetrwanie każdej kolejnej nocy staje się wyczynem. W książkach często piszą, że przyszłe mamy miewają bezsenne noce spowodowane lękiem przed zmianą sytuacji, przed odpowiedzialnością i tym co je czeka. Ja chyba nawet nie usiłuję sobie wyobrazić jak to będzie z Malutkiem. A noce stają się zmorą przez czystą fizyczność ciąży. A to brzuszek za ciężki, a to zgaga piecze niemiłosiernie, a to nagle zaczyna mnie swędzić – jakby oblazło mnie stado mrówek... Dzwonię do dr Góździa może coś mi poradzi. Po tonie jego głosu wyczuwam, że sprawa może być poważna, notuję badania jakie mam jutro od świtu zrobić, pada obca nazwa „cholestaza”. Umawiamy się, że jak tylko będą wyniki natychmiast dam mu znać.

Dopadam komputera i wbijam w wyszukiwarkę to nowe słowo. Wyskakuje kilka stron, otwieram pierwszy z brzegu wykład. Z tego co mogę zrozumieć przez pierwsze akapity nie mam się czego obawiać, objawy (to swędzenie!) znikną zapewne po urodzeniu Michasia: „....rokowanie dla matki jest bardzo dobre...” Uspokojona czytam dalej, aż dochodzę do wpływu cholestazy na ciążę. I już nie mogę czytać spokojnie: „...ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego...”, „...zagrażająca zamartwica...” Staram się wmówić sobie, że na pewno będzie dobrze, że skoro wiemy co nam grozi, to wiemy co robić dalej, ale czuję znajomy ucisk w żołądku. Oby już było jutro, obym już miała wyniki badań...

02.02

Nagle moja spokojna od jakiegoś czasu ciąża znowu stała się jednym wielkim lękiem. Gdyby nie to podejrzenie cholestazy, nawet bym nie zwróciła uwagi na to, że maluch postanowił przespać popołudnie. Robił tak nie raz. Ale teraz w głowie rozwijają się czarne scenariusze. Czuję, że jeśli teraz bym straciła to dziecko, nie wyszłabym z tego szybko. Nie wiem, czy znalazłabym w sobie dalsze siły by jeszcze raz spróbować... Na razie uświadomiłam sobie z całą ostrością, że nie ważne, że jeszcze czegoś tam nie mamy kupionego na poród, że pokój dla dziecka nie pomalowany, że wózek nie kupiony. To nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia, tylko niech dzidziuś będzie zdrowy i niech już będzie z nami. Ze wszystkim sobie poradzimy. Wyobraźnia podsuwa czarne scenariusze. Że on tez umrze. Że będę rodzic martwego synka. Usiłowałam go pokochać przez cały czas trwania tej ciąży, dałabym wszystko by on żył, ale wciąż nie wiem czy to jest juz ta miłość? Czy trzeba aż tak wielkiej próby by na to pytanie odpowiedzieć?

03.02

Czekam na wyniki badan, od rana nie czuję ruchów, jakieś słabe takie, w południe jadę do IMiDz. Na izbie przyjęć podłączają mnie do ktg. Dziecko się rusza, ale nie czuję tego. „Naprawdę pani nie czuje?” – pyta lekarka robiąca USG. Widzę malucha na ekranie jak się wierci, nawet widzę jak mój brzuch podskakuje, ale nic nie czuję. Totalny brak łączności ciała z umysłem. Lekarka doradza pozostanie w szpitalu na obserwacji, dzwonię do dr. Góździa – radzi to samo. Dopóki nie mamy wyników, lepiej będzie jak zostanę pod opieką. Stres, stres... Wiem co mi dolega – jutro minie rok od narodzin Małgorzatki, pojutrze – rok od jej śmierci... Boję się tych dni, boję się swojej reakcji, boję się o tą ciążę... Znów jestem jednym wielkim lękiem. Ten sam widok przez okno, pietro wyżej inkubatorki... Niektórzy lekarze mnie znają, pamiętają, czuję sie trochę bezpieczniej dzięki temu. Staram się nie myśleć – obłożyłam się Lundlumami i czytam bez chwili wytchnienia. Ale i tak wieczorem, gdy zgasły już światła czuję jak spod zamkniętych powiek wypływają mi łzy. Coraz większe krople moczą policzki, w gardle narasta skowyt rozpaczy. Wciskam mocniej twarz w poduszkę. Chce mi się wyć z żalu za moją córeczką, przypominam sobie wszystkie chwile jakie z nią spędziłam, po raz tysięczny przeżywam te kilka godzin mego macierzyństwa. Po raz tysięczny żegnam się z Małgorzatką. Jutrzejsza data to kolejna brama w żałobie jaką przekroczę.

04.02

Leżę w szpitalu, ale kilkakrotne badanie ktg mnie uspokaja. Gdy na obchodzie lekarz pyta mnie co się dzieje, jak się czuję, odpowiadam że właśnie rok temu... i dlatego mój umysł odłączył się od ciała... ale już jest prawie dobrze, już znowu jestem w jednym kawałku... Kiwa głową, że rozumie. W południe są wyniki. Wszystko w porządku, cholestazy nie ma. Mogę wyjść ze szpitala. Czuję jak serce wydobywa się z ciasnej obręczy i zaczyna znowu bić spokojnym rytmem. Co za ulga...

SEN NA POŻEGNANIE

05.02

Wczoraj usilnie nie myślałam o tym, że rok temu, o tej porze... Choć cały czas te myśli i wspomnienia były koło mnie. Jakby na pożegnanie Małgorzatka przyszła do mnie we śnie. Bardzo dziwnym, poplątanym, niby logicznym choć zupełnie nierealnym. Byłam w ciąży. Wiedziałam, że jestem w ciąży z Michasiem, a jednocześnie gdy położna dotknęła mego brzucha wiedziałam, że to urodziła się Małgorzatka. Nie mogłam do niej iść od razu, dopiero po jakimś czasie trafiłam do pokoju gdzie było bardzo wiele dzieci. Roześmiane kilkulatki bawiły się ze sobą, maluszki pełzały po podłodze między zabawkami, w łóżeczku siedziała roześmiana moja córeczka. Była malutka, a jednocześnie już umiała siedzieć, wyciągać do mnie rączki, gaworzyć. Nagle uświadomiłam sobie, że przecież ona dopiero co się urodziła, że powinna leżeć w inkubatorku pod opieką dr Ewy Helwich, że przy tylu dzieciach może łatwo dostać kataru albo infekcji, a to takie niebezpieczne dla wcześniaczków, więc wyjęłam ją z łóżeczka, zawinęłam w kocyk i zaczęłam iść na oddział neonatologii. Z każdym krokiem Małgorzatka stawała się coraz mniejsza i mniejsza, wreszcie wyglądała jak maluszki w 12 tc, bardziej niedokończony szkic dziecka niż niemowlaczek. Przystanęłam by się jej przyjrzeć, pomyślałam, że może jak ją nakarmię to zacznie rosnąć, dałam jej kropelkę mleka, a w tym momencie moja kruszynka uśmiechnęła się i znikła. Wiedziałam, że tak być musiało, że nie mogę jej zatrzymać. Nawet nie czułam żalu, raczej spokój że dopełniło się to, co się dopełnić musiało. Obudziłam się jakbym wróciła z dalekiej podróży. Dotknęłam brzuszka. Synek przeciągał się sprawdzając jak daleko da się wystawić nóżki. Moja córeczko kochana... Rok temu o tej porze odeszłaś, wracasz już tylko snem. Wciąż Cię kocham, zawsze będziesz moją córeczką, moją dziewczynką ze snu...

Czułam, jakby z tym snem, z tym dniem zamknął się definitywnie jakiś rozdział w moim życiu. Nie mam złudzeń, to nie jest tak, że daje się zapomnieć, nie wracać do tego co było. Pewnie jeszcze nie raz będę płakać z tęsknoty, z żalu, że nie zobaczę jak Małgorzatka dorasta, jak zaczyna się uśmiechać, jak wyrasta jej pierwszy ząbek. Jeszcze nie raz widok małych dziewczynek z kucykami będzie wywoływać we mnie żal, że ja takich kucyków mojej córeczce nigdy nie zawiążę. Ale ona odeszła i nic nie jest w stanie tego odmienić. My zostaliśmy po tej stronie życia. Dla siebie, dla naszych dzieci, dla naszej przyszłości. Bardzo trudno żyć w takim rozdarciu, ale powoli, trzeba tą przyszłość w sobie układać i oswajać.

09.02

Taka byłam dumna, że przez całą ciążę ani razu nie zachorowałam, no i dopadło mnie w końcu. Najpierw koszmarne przeziębienie, a teraz gigantyczny katar. Leżę i mam dosyć, ale przecież muszę się szybko wykurować, bo jak w takim stanie mam jechać do szpitala?! Znam siebie dobrze – to moje ciało odreagowuje stres rocznicy śmierci córeczki. Rok temu po jej odejściu dostałam zapalenia oskrzeli, a mój dzielny „twardy” mężczyzna dostał zapalenia płuc.

Wprost nie mogę uwierzyć, że to jeszcze 2-3 tygodnie (a może tylko kilka dni?) i nasz synek będzie wreszcie z nami. Nie planuję zbytnio jak sobie damy radę, jak będzie wyglądać nasze życie. Nawet porodu sobie za bardzo nie wyobrażam. Gdy nadejdzie ten czas po prostu pojedziemy do szpitala i... mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Czego mogłam się dowiedzieć, nauczyć, przygotować – zrobiłam. Teraz pozostaje nam tylko czekać i kończyć najróżniejsze sprawy. Choć wiem, że wszystkiego co bym chciała zrobić i tak nie zdążę skończyć.

Czuję się dziwnie. Tyle miesięcy lęku i nadziei. Tak wiele oczekiwań i obaw. Co dzień patrzyłam z radością jak rośnie mój brzuszek, stawałam profilem przed lustrem najpierw wypinając go by był większy, potem już jego wielkość nie pozostawiała wątpliwości co do obecności maluszka w środku. Wciąż lubię stawać przed lustrem. To nic, że mam wielkie rozstępy, że moje ciało daleko odbiega od idealnych kobiet reklamujących kosmetyki dla przyszłych mam. Niebawem będę trzymać naszego synka w ramionach i tylko to się liczy. Gdzieś tam w głębi duszy trochę mi żal, że ten nasz czas już się kończy, przywykłam chyba i polubiłam stan bycia w ciąży. Choć także tęsknię za swoim ciałem. Za tym by móc potańczyć, przebiec się po lesie, ponurkować. Poćwiczyć do solidnego zmęczenia. Każdy koniec jest jednocześnie początkiem. Tym razem koniec mojej ciąży oznacza narodziny synka. Dla nas będzie to początek nowego wspólnego życia – z żywym dzieckiem.

13.02

Powoli zdrowotnie wychodzę na prostą... jeszcze tylko ten katar. Dziś rocznica naszego olśnienia, dnia w którym z moim mężem odkryliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Wieczorkiem szampan (pół lampki – chyba mogę w tak wyjątkowy dzień?) i długa rozmowa o nas, o tym co było i co będzie. Mówię jak wyobrażam sobie nasze pierwsze spotkanie z synkiem. „Spojrzy na ciebie i się zakochasz po uszka” – mówię. „Ja już go kocham” – stwierdza mój Mężczyzna z taką czułością...

Tak bym chciała by to było już...

A potem żyli długo i szczęśliwie. I każdego dnia od nowa uczyli się bycia razem, miłości i tolerancji dla siebie. I starali się pamiętać jak wielkim cudem w ich życiu jest ten malutki człowieczek. I już do końca, zawsze, bali się o niego.

NARODZINY SYNKA

15.02

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się czułam. Chyba od śmierci Małgorzatki ani razu. Nie mogłam spać, z desperacji o 3 rano poszłam do komputera by poczytać internetowe fora. W końcu po czwartej zasnęłam. A dziś obudziłam się pełna radości życia. Z poczuciem, że świat należy do nas, że każdy dzień jest cudowną obietnicą nieznanego. Mam ochotę śpiewać, tańczyć, śmiać się z przepełniającego mnie szczęścia. Nic nowego się nie zdarzyło. Za oknem bura zima od czasu do czasu lizana promieniem słońca. Praca jak to praca – jest i jak zawsze jej za dużo. A ja od rana płynę dwa metry nad ziemią. Może uskrzydliła mnie tak myśl, że to naprawdę prawie już, zaraz nasz malutek będzie z nami, choć na logikę wiem to od wielu dni.

Dziś wizyta u dr Góździa – wygląda na to że jeszcze tydzień co najwyżej będę w jednym kawałku. Bo brzuszek się opuszcza, szyjka wygładza nie ma żadnych przeciwwskazań by nasz synek do nas przybywał. Jeszcze tylko kilka dni...

16.02

- Kochanie, obiecałeś!!! – patrzę na Męża z wyrzutem. Mieliśmy zrobić sesję brzuszka, a tu ledwie kilka zdjęć bo ciągle coś nam przeszkadzało. Dzwonimy do naszego przyjaciela fotografa czy nie miałby ochoty na wieczorną sesję? Po południu trochę przysypiam, ogarnia mnie błogie lenistwo, w końcu jedziemy na spotkanie. Jest cudownie, czuję się taka ważna, najważniejsza. Około północy odkrywam, że coś się ze mnie sączy - to zaczynają odchodzić wody. Jestem wniebowzięta, 37 tydzień, maluch ma pełne prawo się już pojawić na świecie. Ale ponieważ skurczy nie ma postanawiam się nie przyznawać i dokończyć sesję, bo powtórki nie będzie! Wracając do domu mówię mężowi, że bierzemy torbę i jedziemy do szpitala.

Na izbie przyjęć w Instytucie Matki i Dziecka ta sama położna, która przyjmowała mnie 2 tyg. wcześniej na obserwację. Jest miło, wręcz domowo. Podczas badania lekarka stwierdza, że wody są zielone ale wg KTG wszystko ok. Do 3 rano nic się nie dzieje, zapadłam w półsen na łóżku porodowym podłączona do KTG.

17.02

O 8 rano nadal wody się sączą, a skurczy brak. Każdy lekarz po kolei jaki bierze moją kartę pyta: ile ciąż, ile porodów... Uodporniłam się, zobojętniałam, podaję fakty bez emocji. Aż sama się sobie dziwię, a może po prostu to taki moment, że muszę się teraz skoncentrować na zadaniu do wykonania. Coraz bardziej się martwię, by wszystko było ok. Wysyłam SMS do dr. Góździa, dostaję odpowiedź, że trzyma kciuki i czeka na dalsze wieści.

Jakaś położna pyta mnie czy w związku z naszą córeczką teraz nie chcemy pobrać krwi pępowinowej. "Bo wie pani jakie bywają tragedie? teraz ostatnio taka czterolatka, okazało się że ma białaczkę..." Aż za dobrze wiem, jakie bywają tragedie. Przez ostatni rok dość ich poznałam. Ale wiem też, że nie da sie przed losem zabezpieczyć. I cokolwiek zrobimy... jesli pisana nam przegrana to sie przed nią nie uchronimy. Nie chcę pobierać krwi.

O 9 lekarze podejmują decyzję, że trzeba podać oksytocynę. Dostaję ją pół godziny później i o 9.45 się zaczęło. Ja się zwijam z bólu, a tu mi mówią, że na KTG skurcze się nie piszą. Poradziłam by wywalili aparat przez okno, bo to na pewno SĄ skurcze.

Rozwarcie 1,5 cm – od razu mówię, że jak przekroczymy 4 cm to proszę o znieczulenie – chyba że nie zdążymy go podać. No i nie zdążyliśmy, bo niewiele godzinę później było już 6 cm (zanim by przyszedł anestezjolog, zanim by się wbił to już by było 8 cm) i tak chcąc nie chcąc powiększyłam grono rodzących bez znieczulenia :)

W tym momencie pojawił się dr Zwoliński – mój dobry anioł stróż – który akurat miał dzień wolnego i przyszedł do Instytutu załatwiać jakieś formalności. Gdybyśmy się umawiali to by się tak nam spotkać nie udało! Pogadaliśmy (ja trochę mało przytomnie) po czym spytałam, czy może już rozwarcie postępuje – no i okazało się, że już widać łepek Maluszka!!! Szybka akcja z przemontowaniem łóżka, ledwo zdążyli a już zaczęły się skurcze parte. Co do ilości skurczy są rozbieżności: wg mnie były trzy, wg męża – dwa. I nim się połapaliśmy na moim brzuszku wylądowała taka malutka skulona myszka o czarnym łepku...

Poczułam... nie, to nie była fala szczęścia i wszechogarniającej miłości. Raczej ulga, że się udało, przeszliśmy długą drogę i jesteśmy wreszcie razem. I taka świadomość, że ta meta jest też startem w nową długą drogę przez cale życie. I być może jednak nie będziemy żyli długo i szczęśliwie...

Gdy wreszcie zostaliśmy sami, moje pierwsze słowa do synka brzmiały: "Mam nadzieję że zostaniesz z nami na zawsze". Mam nadzieję iż to my pierwsi odejdziemy, tak jak być powinno...

Zaczęliśmy życie w trójkę...

KILKA DNI PÓŹNIEJ

W IMiDz wszyscy się zachwycali jaki ten dzidziuś śliczny, a ja miałam ochotę odpowiadać, że mógłby być czerwony, pomarszczony, łysy i najbrzydszy na całym oddziale - byle by był zdrowy. Ale nie mówiłam tego, bo kto by mnie zrozumiał ze szczęśliwych mam...

Mam wrażenie, że niektóre osoby z mego otoczenia jakby uznały, że dziecko odeszło, dziecko przyszło, stan liczebny sztuk 1 się zgadza, więc już wszystko jest OK. A to nie do końca tak. Kocham naszego synka (choć uczucie to przychodziło przez kilka dni, bo wiem jak kocha się dziecko które odchodzi, a dopiero uczyłam się kochać to, które zostaje), ale to nie przekreśla naszej przeszłości. Z pewnością jego obecność nadaje nowy sens naszemu życiu, wnosi radość i szczęście z bycia rodzicami, ale to nie jest tak, że kasuje automatycznie wszystkie wspomnienia. Choć miał rację dr Zwoliński, gdy na ostatnim USG powiedział mi, że odtąd zaczyna się nowy rozdział w naszym życiu, a Małgorzatka definitywnie staje się częścią naszej przeszłości. Tylko nie jest to przeszłość, o której mogłabym i chciałabym zapomnieć.

Kiedy wróciliśmy do domu, a nakarmiony synek wraz z tatą poszli spać, siadłam przed kominkiem. Tym samym, przed którym rok wcześniej płakałam z rozpaczy i bezsilności, wiedząc, że nasza córeczka nie przeżyje porodu. Pomyślałam, że wreszcie jest tak, jak być powinno. I w tym momencie na oknie zobaczyłam motyla. Oczywiście da się racjonalnie wytłumaczyć obecność motyla w lutym, ale poczułam, jakby to Małgorzatka witała swego braciszka w domu. I lekkim cieniem powrócił ten żal, że jej nie dane było z nami pozostać...

Zorka napisała kiedyś, że dopiero mając synka widziała ile straciła wraz ze śmiercią Martynki. Nie staram się w synku widzieć Małgorzatki, nawet nie staram się za wiele o niej myśleć. Ale to wraca, czasem tylko mgnieniem myśli, ale jednak wraca, choć jednocześnie nie przesłania mi radości bycia z naszym synkiem tu i teraz.

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ

Czasem mam wrażenie, że to wszystko mi się przyśniło: pierwsze poronienie, potem bliźniaki, wreszcie moja córeczka i jej śmierć, bura zima snująca się za oknem, gdy żegnałam się z nią na zawsze. Dziś ktokolwiek patrzy na nas widzi szczęśliwą rodzinę niczym z ostatnich stron Harlequina. Tak, dzięki naszemu synkowi znowu jestem szczęśliwa. Widok małych dziewczynek nie budzi żalu. Pytania o ilość dzieci nie przyprawiają o palpitację serca. Tylko ta sefaradyjska kołysanka, którą tak często śpiewałam Małgorzatce nie chce mi przejść przez gardło. Tylko czasem kilka łez, że naszej córeczki nigdy z nami nie będzie...

Niekiedy słyszę: „Należało ci się, zasłużyłaś na to dziecko, na to szczęście”. To przecież nie tak. Tak jak poronienie i strata dziecka nie są karą, tak narodziny następnego nie są nagrodą. Bo gdyby tak było, znam wiele wspaniałych kobiet, którym taki cud narodzin należy się znacznie bardziej, a które być może nigdy nie przytulą własnego dziecka. Niestety zasada sprawiedliwego świata nie działa, a dziecko nie jest monetą przetargową z losem.

To wraca. Zawsze w końcu wraca. Zwykle jakoś tak koło 4 lub 5 dnia miesiąca. Sama nie wiem skąd się to bierze, przecież nie liczę tych dni... Ostatnio dopadło mnie na początku września – wtedy miała się urodzić pierwsza kruszynka, miałaby już dwa latka... Pozostała mi po niej tylko karta wypisu ze szpitala, nawet nie zobaczyłam jej na USG... Wydawało mi się że już jestem twarda, że „przepracowałam” w sobie śmierć moich dzieci, że już mnie to nie boli, a jednak... Kiedy ostatnio ktoś widząc synka spytał „To pani pierwsze dziecko?” poczułam znajomy ucisk w gardle. Kiwnęłam głową, że tak, pierwsze... Gdybym miała mówić, rozpłakałabym się.

Pisanie tego pamiętnika było dla mnie formą terapii. Musiałam jakoś uporządkować w sobie te wszystkie sprzeczne emocje, wyrzucić je z siebie, wykrzyczeć ból. Zaangażowałam się po uszy w działalność pomocy rodzicom po stracie. Strona o poronieniach, „Dlaczego” - Organizacja Rodziców po Stracie i Rodziców Dzieci Chorych, artykuły, ulotki. Było mi to potrzebne, te spotkania z innymi mamami po stracie, aktywność, która pomagała uporać się z rozpaczą. Teraz w sieci bywam sporadycznie, czasem coś wspólnie robimy i wtedy poświęcam na pisanie więcej czasu, a niekiedy i przez kilka tygodni nie zaglądam na fora. Zawsze jednak gdy trafię na kolejną historię mamy po stracie opisującej szpitalny koszmar, niezrozumienie otoczenia, myślę, że jeszcze wiele pracy przed nami, by świat zrozumiał, iż śmierć dziecka dla oczekujących go rodziców jest tragedią. Nie żałuję mej decyzji o nie pochowaniu córeczki, choć nie mogę pogodzić się z tym, że wciąż tak często decyzję tą podejmują za rodziców lekarze i urzędnicy.

Spotkałam się z twierdzeniem, że żałoba powinna trwać rok i trzy tygodnie. Rok - by bez utraconej osoby przeżyć wszystkie pory roku, trzy tygodnie - by sobie to jeszcze w głowie poukładać. Myślę, że jest w tym sporo racji. Moja ciąża z synkiem była jednocześnie czasem rozpaczy po córeczce, jednak bez niego mój powrót ku jasnej stronie życia trwałby dużo dłużej. Dzięki Małgorzatce poznałam w sieci osoby, które stały mi się bardzo bliskie, miałam też szczęście w nieszczęściu spotkać na swej drodze wspaniałych ludzi: zarówno w IMiDz, jak i w moim otoczeniu. Dzięki nim było mi łatwiej przeżyć żałobę.

Dziś jestem znów szczęśliwa, choć wydawało mi się to niemożliwe. Mój potrzaskany świat odzyskał barwy i marzenia. Synek jest pogodnym dzieckiem, stres podczas ciąży nie pozbawił go radości życia. Bardzo się z tego cieszę. Staram się być mamą „wystarczająco dobrą”. Kochać go, ale i pozwalać mu na bycie sobą. Bo to jego życie, jego los, choć dla mnie zawsze będzie moim dzieckiem. Bardzo chciałabym mieć jeszcze dzieci tu, na ziemi. Czy mi się to uda? Nie wiem, mam nadzieję.

Gdy przytłacza nas ciężar dnia dzisiejszego, pamiętajmy, że jutro też zbudzi się dzień.

Moje jutro w końcu nadeszło.
Tak, jestem szczęśliwa.
I mam nadzieję.

Aniao3

PS. Dawno temu, gdy wymyślałam ten nick miał on oznaczać mnie i moje bliźniaki. Stało się inaczej. Zawsze już będzie mi przypominać o trójce moich dzieci z drugiego brzegu...

Zobacz też:
Pamiętnik Ani - dziękuję - komentarze na naszym forum.