KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Podczas tej tragedii otoczyło nas opieką wiele aniołów

6 grudnia 2005 zamiast słodkości do buta dostałam cudownego maleńkiego groszka. Mieliśmy już wtedy jakieś 4 tygodnie. Na święta byliśmy w Polsce, by przedstawić nasze dzieciątko całej rodzinie. Choć wszyscy już wcześniej wiedzieli. 30 grudnia wróciliśmy do Niemiec. Wieczór przyniósł dwie małe czerwone kropeczki na bieliźnie. Pół godziny później byłam w szpitalu.

Przywitała mnie położna z pytaniem, co się dzieje. Mój mąż krótko stwierdził, że są kropki krwi, że jest strach, że nie wiemy co się dzieje. Posadziła nas przed pokojem USG, wezwała lekarza i uspokajała, że w tak wczesnej ciąży plamienia się zdążają, że przede wszystkim trzeba myśleć o maleństwie, że nerwy mogą zaszkodzić, a łzy zasmucić naszego Groszka. Wiec siedzieliśmy przytuleni i modliliśmy się o dobre wieści.

Pani doktor przyszła bardzo szybko, z cudownym ciepłym uśmiechem przedstawiła się i poprosiła mnie do pokoju. Powiedziała co będzie robić. Pierwsze miało być badanie ginekologiczne, które miało jej ułatwić znalezienie naszej kruszynki. Spytała się, czy życzę sobie obecności męża, chcieliśmy być razem. Lekarka była delikatna i bardzo czuła. Przed badaniem specjalnie rozgrzewała ręce by zagwarantować mi jak największy komfort. Podczas badania wszystko tłumaczyła i pocieszała. Jednakże, pokazała też zakrwawioną rękawiczkę po badaniu. Powiedziała, że jest to groźne, ale niczego nie przekreśla. Poszliśmy zrobić USG – ta sama sala. Przy suficie podwieszony wielki monitor dla szczęśliwych rodziców.

Badanie trwało długo, lekarka przestała cokolwiek mówić – szukała, szukała, szukała. Nagle „szczęśliwy monitor“ stał się dla mnie za duży, za pusty, zbyt nieruchomy. Lekarka nie zdążyła jeszcze nic powiedzieć, gdy moje serce pękło, zrozumiało, że małego człowieczka już nie ma. Wyłam, łzy ciekły, a serce krzyczało z rozpaczy. W końcu pani doktor powiedziała, że nie widzi bijącego serduszka. Nie mogłam się uspokoić, mój mąż, który podczas badania dzielnie mnie przytulał, dostał takiego skurczu ze pozrzucał rzeczy stojące na stoliku, zalał dokumenty.

Lekarka wezwała pielęgniarkę, lecz nie do ratowania dokumentów lecz do mojego męża. Pielęgniarka przedstawiła się zaproponowała leki uspokajające, nie spuszczała męża z oczu. Ja dalej krzyczałam z rozpaczy. A lekarka bardziej zawzięcie szukała kruszynki. Ona wiedziała, że to już koniec, lecz chciała, dać nadzieję, być może sama chciała wierzyć, że jej diagnoza jest błędna.

Badanie bolało, przy każdym moim jęknięciu, słyszałam przepraszam i czy teraz lepiej, że czasem niestety musi trochę mocniej docisnąć. W końcu koniec. Poszłam się ubrać. W tym czasie pani doktor zadbała o mojego męża. Pytając jak się czuje, czy coś mu potrzeba, czy chciałby wody. Potem jednak powiedziała mu, co sądzi. Przekazała mu wyrok i poprosiła, byśmy jutro przyjechali na tzw. zabieg czyszczenia macicy (abrazję).

Powiedziała, że dziecka już nie ma, choć widziała oznaki przebytej ciąży. Powiedziała, że od nas zależy czy poddam się zabiegowi, lecz brak oczyszczenia macicy zmniejsza moje szanse na kolejną ciąże. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, ze wiele kobiet przechodzi podobną tragedię. Kiedy pojawiłam się z powrotem, pobrała krew na badania, chciała wziąć mocz do badania.

Powiedziała, że dla niej dzidzia nie żyje, jednak chciałaby bym jutro się pojawiła to przebada mnie jeszcze jeden lekarz. Powiedziała, widzi pani ja jestem bardzo młodym lekarzem, mam nadzieję, że większy ode mnie profesjonalista znajdzie bijące serduszko. Było jej tak przykro, głaskała mnie po ramieniu i patrzyła w oczy. Spytała się czy mamy jak wrócić do domu na noc czy ma załatwić nam transport.

W nocy już w domu dostałam skurczy. Czułam, jak dziecko odchodzi (nie wiedziałam, że lekarka dziecka w ogóle nie znalazła). Całą noc walczyłam, by nie utracić tej kruszynki, zaciskałam nogi, przytrzymywałam dłońmi krocze, brzuch. Modliłam się, tak gorąco jak nigdy. I nic, ale to nic nie powiedziałam mężowi.

Przyszedł następny dzien.

Krwotok i kolejna fala rozpaczy i przerażenia. Ból był potworny nie mogłam się sama umyć. Umył mnie mąż i powiedział że musimy jechać do szpitala. Nie chciałam, bo wiedziałam, że będzie to koniec mojej kruszynki. Podświadomie wierzyłam, że dobry Bóg da mi ten mały cud. Teraz już wiem cudów nie ma. Kolejna fala bólu, zmusiła mnie do pojechania do szpitala.

W szpitalu czekając na lekarza skurczyłam się na krześle sapiąc z bólu. Przechodzący lekarz spojrzał na nas i spytał co się stało. Mąż powiedział, że jestem w ciąży, że krwawię, że boli. Bez pytania wziął mnie na USG, w między czasie pojawiła się znana już mi pani doktor, spojrzała na mnie i głaszcząc po głowie spytała, czemu nie przyjechałam w nocy. Mąż powiedział prawdę, że chciałam na siłę zatrzymać dziecko. Wtedy pierwszy lekarz naprawdę się zdenerwował . Nie krzyczał, lecz dość ostro powiedział, że było to mało rozsądne z mojej strony.

Potem znów USG, tym razem badał mnie drugi lekarz. Bardzo bolało, a on tłumaczył, że nie może inaczej, że musi być pewny, że szuka, że muszę wytrzymać. Nic nie znalazł. Poszłam się ubrać. Do Męża powiedział, że dzieciątko straciliśmy, że bardzo mu przykro, że najlepsze co możemy teraz zrobić to poddać się zabiegowi, powiedział, że te tragedie przeżywa wiele rodzin, lecz potem tych samych ludzi spotyka zapłakanych ze szczęścia. Przeprosił, że nie może nic więcej zrobić.

Zostałam przewieziona przez pielęgniarkę na chirurgie, z dala od szczęśliwych mam. Dostałam koszulkę szpitalną, uciskowe rajstopy, gazowe majteczki i wielką podpaskę.

Leżałam na dwuosobowej sali, obok mnie leżała starsza pani w ciężkim stanie przy niej córki i wnuk. Sala z telewizorem, łazienką, balkonem, firaneczkami. Na ścianach kolorowe obrazy dodawały ciepła i gościnności. Przy każdym łóżku stolik z szafeczkami, lampka nocna. W łóżku podłączenie do słuchawek, by oglądając telewizję lub słuchając radia nie przeszkadzać drugiemu pacjentowi. W rogu wielkie dwie szafy na ubrania pacjentów. Także szafka dla pielęgniarek z której sięgały po rękawiczki gazy, ręczniki i sama nie wiem co jeszcze.

Na salę przyszedł pielęgniarz, przedstawił się i spytał, czy może pomoc mi przebrać się. Powiedziałam, ze mąż mi pomoże. Za moment przyszła pielęgniarka, przeprosiła i raz jeszcze zaproponowała pomoc przy przebraniu. Powiedziała, ze rozumie, że dla kobiety może być krepująca obecność obcego mężczyzny. Podziękowałam i powtórzyłam, ze mąż pomoże.

Jeszcze na Sali Przyjęć założono mi wenflon i podano pierwsze leki rozkurczowe. Już na sali dostałam kroplówkę. Bolało tak bardzo. Minęła godzina, w czasie której, dostałam szczepionkę (na konflikt serologiczny), zostałam przewieziona na salę operacyjną.

Mąż towarzyszył mi do samego bloku operacyjnego. Potem pokazano mu kawiarenkę w której ewentualnie może coś zjeść lub się napić. Zapłakana czekałam na zabieg.

Podeszła do mnie pani anestezjolog. Głaskała po ręce rozmawiała, tłumaczyła, że może dzidzia była chora, może tak musiało być. Mówiła, ze rozumie. Siedziałyśmy tak pół godziny. Lekarka powiedziała, że póki się nie uspokoję i w pełni nie będę świadoma tego co ma się odbyć nie pozwoli na zabieg. W końcu łzy obeschły, lekarka zrobiła ze mną jeszcze wywiad, na co chorowałam, na co uczulona jestem itd. Potem spytała czy jestem gotowa, czy chce jeszcze poczekać, w międzyczasie powiedziano, że jeszcze jedna nieszczęśliwa kobieta czeka na zabieg.

Więc wjechaliśmy na salę.
Znów płacz.
Spytano jak się czuje, czy dam radę sama przejść na fotel czy mają mnie przenieść. Na sali same kobiety, przeszłam sama. Zaczęto przywiązywać mi ręce i nogi – tłumacząc, że to dla bezpieczeństwa, jednak zaznaczając, że jeśli źle się przy tym czuje, to zrobią to jak już podadzą narkozę.

Każda z kobiet będących przy zabiegu podeszła przedstawiła się powiedziała co będzie robić i dlaczego. Do chwili gdy zasnęłam rozmawiały tylko ze mną i tylko o mnie i moim nieszczęściu. Łączyły się ze mną w bólu i mówiły, że skoro los chciał zabrać dziecko, to one zabiorą ból, przynajmniej ten fizyczny. Głaskały mnie po głowie i współczuły. Jedna z nich siedziała i ocierała ligniną moje łzy.

Na fotelu siedziałam w gazowych majteczkach, bym czuła się nie skrępowana – było mi zimno, wiec przykryto mnie stertą prześcieradeł, dodatkowo zakryto moje krocze. Wszystko dla mnie. Cierpiałam, lecz czułam się bezpieczna, nikt nie chciał mnie tu skrzywdzić, chcieli pomoc i z tą myślą zasnęłam.

Obudziłam się jeszcze na bloku, leżałam w łóżku, nagrzanym przez elektryczny pled. Cała armia osób, które były podczas zabiegu, czekała by powiedzieć mi dzień dobry, pogłaskać, uspokoić, że wszystko udało się znakomicie i że już niedługo będę mieć dzidziusia. Życzyły powodzenia złożyły życzenia noworoczne i pożegnały się.

Wróciłam na oddział chirurgiczny. Łóżko ustawiono na wprost dyżurki pielęgniarek, co chwila któraś przechodziła, patrząc czy wszystko w porządku. Obok mój mąż.

W końcu wróciłam na salę, narkoza przestała działać, wróciło to dziwne ukłucie. Znów łzy i rozpacz.

Jedna z córek mojej sąsiadki podeszła, przytuliła i powiedziała, wiem co czujesz ja też kiedyś straciłam. To się niestety bardzo często zdarza. A potem przywołała swojego syna i go mi przedstawiła. Bardzo pomogło. Dało nadzieję i wiarę. Co trochę przychodził ktoś z personelu pytał się jak się czuje, co może dla mnie zrobić.

Po kilku godzinach przyszła moja pani anestezjolog spytała się jak się czuje, usiadła i głaskała po głowie. Mężowi przedstawiła się i opowiedziała wszystko co się działo na sali. Kazała mu dbać bardzo o mnie i wciąż mówić o miłości. Potem dała jeszcze parę wskazówek odnośnie mojego zdrowia i pożegnała się. Potem przyszła pani chirurg, która robiła zabieg. Powiedziała że wszystko odbyło się bez komplikacji, że moje dziecko, nie żyło, lecz przewieźli je na patologię, nie tłumaczyła dlaczego, chyba też się nie pytaliśmy.

Ja spytałam się tylko czy było ono śliczne, lekarka uśmiechnęła się czule i powiedziała, że było bardzo maleńkie, że znalazła je w drogach rodnych i że nie było niestety dla niego szans (więc jednak było, jeszcze dziś rano ze mną – łzy pociekły po policzkach). Kazała mi dbać siebie, powiedziała co mnie może czekać w następnych dniach, dała zalecenia od wstrzemięźliwości płciowej do poczęcia bobaska. Obiecała, że teraz będzie dobrze. Siedziała długo i cierpliwie odpowiadała na pytanie. Spytała się czy chce wrócić dziś do domu.
Chciałam.
Przed wyjście dostałam kolację, mój mąż też.
Wróciliśmy do domu.

O 24:00h zimne ognie rozświetliły noc, szczęśliwi ludzie składali sobie życzenia. Witali Nowy Rok, my żegnaliśmy na zawsze nasze dziecko. Stojąc w oknie wpatrywaliśmy się w małą gwiazdkę na niebie, obiecując, że zawsze będzie z nami w sercach i dziękując lekarzom, że uszanowali naszą tragedię. Straciliśmy jednego aniołka, lecz podczas tej tragedii otoczyło nas opieką wiele, naprawdę wiele aniołów.

Dziękuję.

Ania