Dziękuję.
Tak trudno żyć….
Tak to prawda, każda z nas, która doświadczyła straty dziecka wie o tym doskonale. Mówią, że czas leczy rany, ale to nieprawda. Nasza rana nigdy się nie zabliźni, ale z czasem uczymy się z nią żyć…
Maj 2000, mamy prawie wszystko. Własne mieszkanie, pracę i siebie, ale czegoś nam do szczęścia brakuje. Moje hormony buzują coraz bardziej, podejmujemy decyzję o dziecku. Trzy miesiące starań i są upragnione dwie kreski. Nie myślałam, że pójdzie tak łatwo…
Ciąża książkowa, z tych nudnych bym powiedziała. Pracuję do siódmego miesiąca, myję okna, noszę zakupy, bo przecież nikt nie zrobi tego lepiej i na Święta Wielkanocne mamy naszego króliczka. Mijają dwa lata i powraca chęć posiadania brzuszka. Taka różnica wieku jest idealna, więc nie ma na co czekać, jednak upragnione kreski nie pojawiają się.
Mijają miesiące, jestem coraz bardziej niecierpliwa, idę do lekarza, wszystko jest w porządku, wiec czemu nie mogę zajść w ciążę?
Siedzę w pracy i przeglądam strony poświęcone dzieciom i macierzyństwu. Przez przypadek trafiam na „Dlaczego”. Czytam historie, przeglądam zdjęcia. Łzy lecą po policzkach. Dziękuję Bogu, że mam zdrowe dziecko. Nie wiem czemu, ale wchodzę na te stronę coraz częściej, potem już wiem dlaczego…
Dostaję skierowanie na HSG, może ono coś wyjaśni, czekam na miejsce w szpitalu, robię test ciążowy, bo dziwnie się czuję. Są dwie kreski. Budzę męża, patrzy z niedowierzaniem, dzwonię do lekarza, umawiam się na wizytę, ale za dwa tygodnie bo jeszcze jest zbyt wcześnie żeby było coś widać. Jestem spokojna, bo przecież wszystko jest dobrze, bo niby czemu mało by być źle? Jestem zdrowa, urodziłam zdrowe dziecko więc teraz też tak będzie.
Następny dzień, wstaję rano, plamię. Dzwonię do lekarza, robimy badania….ciąża biochemiczna… Nie powiedzieliśmy nikomu, wyjeżdżamy na wczasy, dobrze nam to zrobi, choć żyć mi się nie chce muszę wziąć się w garść mam przecież synka, który mnie potrzebuje.
Znowu czuję się jakoś inaczej, robię test ciążowy, dwie kreski pojawiają się natychmiast, nie wierzę, nie staraliśmy się nawet, mieliśmy odpocząć, robię badanie krwi, wskazuje na ciążę.
Mój lekarz wyjechał za granicę, wraca za dwa tygodnie, czekam…Po tygodniu czekać nie mogę, plamię, odwiedzam dwóch innych lekarzy, nie ufam im, nawet nie robią usg, karzą czekać.
Nie czekamy, jedziemy do szpitala, dostaję duphaston i zalecenie leżenia. Leżę i czekam na powrót mojego doktorka. Umawiam się na wizytę, wszystko jest w porządku, widzę i słyszę malutkie serduszko, zakładamy kartę ciąży, za dwa tygodnie mamy się pokazać. Jesteśmy w stałym kontakcie, nadal lekko plamię, ale jestem szczęśliwa.
Dziewiąty tydzień.
Idę do lekarza, czuję się fatalnie, cały czas plamię, boli mnie głowa, ale to pewnie po duphastonie. Doktorek mnie uspokaja, serduszko pięknie bije, dzidzia ma 2,5 cm. Niepokoi nas jednak mały krwiaczek, to pewnie z niego to plamienie. Mam leżeć i przyjmować leki.
Jedenasty tydzień.
Plamienie ustało. Od kilku dni czuję się rewelacyjnie, dzwonię do doktorka, cieszy sie razem ze mną, mam się zgłosić na wizytę w wyznaczonym terminie.
Jest sobota, od rana czuję się dość dziwnie, planowaliśmy wyjazd na wieś. Chłopaki jadą sami, ja cały dzień spędzam na kanapie. Boli mnie głowa i jestem jakaś niespokojna. Teraz wiem, że to pewnie wtedy odchodziłaś moja Królewno. Nie dzwonię do lekarza, przecież we środę mam wizytę, a najgorsze tygodnie mam za sobą.
14 września.
Czuję się wyjątkowo dobrze, aż do godziny 15. Gramolę się na fotel, badanie, wszystko dobrze, lekarz żartuje, że macica jakaś duża jak na ten wiek, może gdzieś skrył się drugi ludek.
Robi usg, najdłuższe w moim życiu, na początku nic nie mówi, sprawdza przepływy, włącza Dopplera, cisza… Dlaczego dziecko się nie rusza, przecież powinno pomachać mi łapką. Lekarz uciska mój brzuch i widzę jak bezwładne ciałko przelewa się w środku. Jest źle, bardzo źle, bardzo mi przykro, przytula, dzwonimy po męża, bo nie chce żebym sama wracała do domu. Nie płaczę, nie dociera do mnie to co przed chwilą usłyszałam, nie przyjmuję do wiadomości tego co próbował mi powiedzieć. Przyjeżdża M, dopiero teraz się rozklejam. Dostaję skierowanie do szpitala…
Wracamy do domu, zamykam się w pokoju i wyję w poduszkę, ból rozdziera mi serce.
Szpital.
Wszystko odbywa się bez zbędnych pytań. Podstawowe badania, wywiad anestezjologiczny i proszą mnie do gabinetu zabiegowego. Dobrze wiem, że mój lekarz nie zostawi mnie w takiej chwili. Dostaję leki, łzy płyną po policzkach, nie mogę oddychać, nie chcę zasnąć, nie widzę swojego doktorka, mówię, że się nie położę dopóki nie przyjdzie. Przychodzi…
Budzę się na sali, obok mnie młoda dziewczyna, próbuje ze mną rozmawiać, nie odzywam się, przychodzi M, za chwilę mój lekarz, pociesza jak tylko potrafi, pyta czy chcę wieczorem iść do domu, wychodzę po 19.
W domu wszystko wraca, nie jem, nie śpię, nie odbieram telefonów, nie chcę widzieć nikogo,nie żyję…
Tydzień nie wychodzę z łóżka, dwa tygodnie zajęło mi wyjście z domu. Jestem wyrodną matką, nie potrafię zająć się własnym dzieckiem, nie mam na to siły…Dziś po latach wiem, wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, mam bardzo mądre dziecko…
Choć miał wtedy cztery latka, mój mały wielki chłopczyk wciąż pamięta o swojej nienarodzonej siostrzyczce.
Odebrałam wynik badania histopatologicznego, niczego się nie dowiedziałam, długo rozmawiałam z lekarzem, dziękuję Mu za to, że był tak cierpliwy.
Wysyłam sms-a do koleżanki, Ona też jest mamą po stracie. Oddzwania na drugi dzień, (mieszka w innym mieście) wcześniej nie mogła, miała dyżur w szpitalu ( jest pielęgniarką). Długo rozmawiamy, to Ona pierwsza uświadomiła mi że czas wcale nie leczy ran, kazała płakać i nie słuchać „dobrych rad”, nie wychodzić z domu jeśli nie mam na to ochoty, nie spotykać się ze znajomymi jeśli nie mam na to siły, dać sobie czas, tyle czasu ile mi potrzeba, żeby się z tym wszystkim uporać. Kasiu, bardzo Ci dziękuję, że byłaś wtedy z Nami, że wspierałaś, że płakałaś razem ze mną, że pomogłaś odzyskać spokój, że uświadomiłaś mi, że nie jestem w tym bólu sama, że nie tylko ja przez to przechodzę, że dziecko stracił także mój mąż. Przepraszam Cię Kochanie, że byłam taka nieznośna i dziękuję, że byłeś cały czas ze mną, że mogłam wypłakać się na Twoim ramieniu choć wiem jak Ci było ciężko.
Chcę tutaj także podziękować mojej kochanej mamie i siostrze, które przejęły moje matczyne obowiązki w stosunku do mojego synka i lekarzowi, doktorku dziękuję, że byłeś przy mnie zawsze kiedy Cię potrzebowałam. Życzę takiej opieki każdej pacjentce.
www.poronienie.pl
Spotkałam tu wiele życzliwych dusz. Dziewczyny bardzo Wam dziękuję. Jesteście wielkie w tym co robicie. Dziękuję wszystkim, których napotkałam na tej trudnej drodze. Dominiko, dobrze, że jesteś.
Chcę być znowu w ciąży.
To pierwsze słowa jakie usłyszał lekarz kiedy przyszłam na badanie kontrolne. Zalecił odczekanie trzech miesięcy. W tym czasie zrobiłam szereg badań, wszystkie wyszły w normie.
Po pół roku znów ujrzałam magiczne dwie kreski. Pojawił się wielki strach, który nie pozwolił się cieszyć z upragnionej ciąży. Chodziłam do pracy, ale nie potrafiłam skupić się na tym co robię. W siódmym tygodniu pojawiły się plamienia, wizyta w szpitalu i znów leki i leżenie, znowu krwiak. Na szczęście dzidzia ma się dobrze. Kolejna wizyta i znów strach. Na jajniku dwie duże torbiele. Jedna wskazuje na pozostałości po ciałku żółtym, ale druga ma 5cm i wygląda na ciążę pozamaciczną. To zdarza się bardzo rzadko, aby jednocześnie rozwijały się dwie ciąże jedna prawidłowo w macicy, a druga w jajowodzie.
Czekamy, jestem pod stałą opieką, lekarz ma nadzieję, że ciąża się nie rozwinie. Kolejne usg. Torbiele się zmniejszają, jednak jeszcze nie potrafię się cieszyć. Cały czas plamię, do tego dochodzą bóle brzucha. Jestem wykończona.
Połowa za mną powoli zaczynam się uśmiechać, ale wyniki mam kiepskie. Pojawia się niedokrwistość i małopłytkowość oraz wizja krwotoku. Dostaję kolejne leki. Po nich jest trochę lepiej, ale strach wciąż mi towarzyszy.
Dobrnęłam do 38 tygodnia. Nasze szczęście przyszło do nas przez cc tydzień przed planowanym terminem.
Dzisiaj jestem mamą trójki Maluchów. Dwoje dzieci mam przy sobie, jedno macha rączką z nieba. Jestem inną osobą, inaczej patrzę na świat. Potrafię cieszyć się z małych rzeczy, czuję potrzebę pomocy innym. Już wiem, że nic nie dzieje się przypadkiem, że wszystko ma swój sens. Zuzanko dziękuję, że byłaś.
Dziewczyny z poronienie.pl pomogły mi przejść przez najtrudniejszy okres w moim życiu. Dziękuję.
Minęły trzy lata od odejścia mojej Zuzi. Na stronie jestem codziennie. Przez jakiś czas nie uczestniczyłam w życiu forum, ale nie było dnia żebym tam nie zaglądała.
Minęło pół roku od założenia nieformalnej grupy wsparcia w moim mieście. Poznałam kolejne cudowne kobietki. Spotykamy się tak często jak tylko czas i obowiązki nam na to pozwalają, ale jesteśmy w stałym kontakcie telefonicznym. Dziewczyny pozdrawiam Was serdecznie.
Izapaździernik 2008