Ma to pani na własne życzenie...
13 września , 5.30 rano. Na izbie przyjęć zaspana młoda pielęgniarka patrzy na mnie pytająco. Ja zapłakana, z teczką dokumentów w jednej rzeczami osobistymi w drugiej ręce mówię „ Jestem w trzynastym tygodniu ciąży i 20 minut temu zaczęłam krwawić”, „W którym?!”, „W trzynastym”. Nie śpiesząc się zadzwoniła na odział ginekologiczny, „Jest tu pani w trzynastym tygodniu i krwawi”, „ Krew jest jasna czy ciemna?!”, „Ciemna”- odpowiadam. Stoję tak w progu i czekam, „ Niech pani tam wejdzie, zaraz przyjdzie lekarz- wskazała ręką na pomieszczenie obok w którym znajdował się fotel ginekologiczny. Usiadłam na krześle i prosiłam Boga żeby ratował moje dziecko. Przyszedł lekarz „Boli panią?”, „Tak”, „Niech pani pokaże mi majtki”. Dźwigam spódnice, ściągam bieliznę, jest cała zakrwawiona. „Czemu tak późno pani przyszła? Człowiek się stara, ratuje a tu taka ...”- urwał. „Pójdzie pani teraz na USG”.
Na korytarzu czekał mąż. Wciąż przez łzy, w wielkim bólu mówię że idę na badanie. Nigdy nie widziałam go takiego przestraszonego i zdenerwowanego. Przytulił mnie, nie pamiętam czy coś powiedział. W pracowni USG lekarz włączając urządzenie kazał mi się położyć. Jeżdżąc mi po brzuchu sądom sprawiał mi ogromny ból. Nic nie mówił. Kiedy tak milczał mój strach o dziecko rósł. Nagle lekarz odezwał się „Tak nic nie zobaczę, proszę podciągnąć nogi pod siebie i rozchylić”. Mówił to tak sucho, bezosobowo a przy tym w ogóle nie patrzał na mnie. Wprowadził mi do pochwy strasznie zimną głowice. Jęknęłam z bólu! „Boli to panią?”. To co czułam dotychczas to było nic, a on ruszał tą głowicą na wszystkie strony. Zniecierpliwiona pytam go „I co panie doktorze? Co z moim dzieckiem?”. W odpowiedzi usłyszałam suche „Nic z tego.”, „Jak to nic z tego? Już po dziecku?” „ No nic z tego!” – odpowiada. „Pójdzie pani z powrotem na izbę przyjęć.” Wyłam.
Idąc pustym korytarzem dostrzegłam męża siedzącego na poczekalni przy izbie przyjęć. Podeszłam do niego i powiedziałam prawie niedosłyszalnie „ Już po dziecku.” „Co?” „Już po dziecku!”. Wstał przytulił mnie mocno, bardzo mocno. Weszliśmy do sali gdzie były moje rzeczy. Przytuleni czekaliśmy na lekarza. „ Straciłam Je, straciłam nasze dziecko, to koniec.”- tylko o tym myślałam. Wszedł lekarz mówiąc żebym położyła się na fotelu. „ To ja wyjdę.”- mówi mąż.
Kiedy wychodził lekarz zapytał się „ Wypadło pani jakieś mięsko?”. „Nie.”- odpowiedziałam automatycznie. To pytanie znokałtowało mnie. Przecież to nie jakieś mięsko tylko moja niunia, moja mała niunia!!! Siadając na fotel gin. miałam wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę , że stoję obok, że to nie ja! Do rzeczywistości przywołał mnie potwornie rozdzierający od środka ból. Lekarz, prawą ręką wprowadził mi do pochwy wziernik (był przeźroczysty, taka zamykana łyżka od góry) i zaczął szarpać. Drugą ręką naciskał z całej siły na podbrzusze. Wiła się z bólu, myślałam że umrę. W myślach błagałam żeby przestał, a on robił to ze stoickim spokojem i mówił „ Człowiek się stara ratować a wy co robicie? Ma to pani na własne życzenie. To pani wina, trzeba było przyjechać wcześniej. Ma to pani na własne życzenie.” Przestał. Patrzyłam na niego kiedy skierował się w kierunku drzwi. Stał tam kosz na odpadki. Zauważył, że patrzę. Odwrócił się do mnie i z satysfakcją pokazał mi zakrwawioną „łyżkę” mówiąc „Tu ma pani wszystko.”. Nogą nacisnął pedał kosza. Kosz otworzył się a lekarz stanowczym ruchem wrzucił moje dziecko do niego. Wyrzucił moje maleństwo, moją niunię którą nosiłam pod sercem!!!... Ból fizyczny ustał. „Ubierze się pani teraz.”, powiedział zaglądając jeszcze raz do kosza, jakby chciał się upewnić co wyrzucił. Wstając z fotela wypadło mi coś różowego. Przerażona spojrzałam pytająco na lekarza. „No, teraz wszystko będzie pani wypadać.”. Potem usłyszałam jak mówił pielęgniarce, że ma dopełnić formalności i zabrać mnie na zabiegowy. Usłyszałam „ Zrobimy pani zabieg!” Ubierając się wciąż patrzałam na ten kosz. Po odpowiedzeniu na pytania pielęgniarki i podpisanie kilku dokumentów pożegnałam się z mężem. Przytulił mnie znowu i pocałował. Tak bardzo tego potrzebowałam a on nie mógł zostać.
Na sale zabiegową trafiłam na wózku. Przyszedł ten sam lekarz i powiedział „ Ja mam tam poród a pani tu przyjechała”. Zabrzmiało to tak jakbym mu przeszkadzała. Zaczął mieć do mnie pretensje, że nie przyniosłam wypisu z sierpnia - byłam w tym szpitalu w dziewiątym tygodniu, lekarze mówili że nic mi i dziecku nie jest, że niepotrzebnie tam jestem. Tłumaczyłam lekarzowi że się spieszyłam. On się darł że będzie trzeba robić wszystkie badania od nowa. Pielęgniarka która właśnie zakładała mi wenflon uspokoiła go. Dowiedziałam się, że przyjdzie jeszcze anestezjolog. Kiedy lekarz wyszedł znowu zaczęłam płakać. Pielęgniarka zapytała się co się stało? „ Straciłam dziecko.”, „ Nie płacz, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.”. Pogłaskała mnie po głowie. Leżąc na fotelu czułam jak narkoza zaczyna działać. Spłynęła na mnie jak błogie ukojenie.
Obudziłam się na sali obok jakiejś pani z widoczną ciążą. Kiedy dotarło do mnie co się stało znowu zaczęłam płakać. Co jakiś czas przychodziła do sąsiadki położna mierzyć tętno dzidziusia. Co jakiś czas słyszałam płaczące noworodki z pobliskiej porodówki. Koszmar!!!
Przez cały czas pobytu w szpitalu lekarz, który mnie przyjmował - ordynator ginekologii i położnictwa, nie poinformował mnie jaki zabieg wykonano, jakie są jego następstwa, dosłownie nic! Pomijając skandaliczne zachowanie ordynatora, spotkałam się z przeogromną życzliwością ze strony personelu medycznego tj. salowych, pielęgniarek i położnych. Ich słowa otuchy dodały mi sił. Także ogromne wsparcie rodziny a przede wszystkim mojego męża, pozwoliły mi budzić się z nadzieją na lepsze jutro.
Ala